Lwy, osy i stare szafy, czyli historia festiwalu w Gdyni
Front walki z władzą, polskie Oscary, gniazdo środowiskowych os, wielkie święto kina – tym wszystkim był i jest festiwal w Gdyni od 1974 roku. Zaglądamy do szafy z aktami najważniejszego polskiego wydarzenia filmowego.
Na początek trochę liczb i faktów: odbyły się czterdzieści i cztery edycje, chociaż "Lawa – Opowieść o « Dziadach » Adama Mickiewicza" Tadeusza Konwickiego nigdy nie zdobyła Złotych Lwów, jedynie Specjalną Nagrodę Jury w 1990 roku. Początkowo festiwal gościł oficjalnie w Gdańsku, choć pokazy odbywały się także w Gdyni, Sopocie, a czasem nawet w Elblągu (np. w 1976 roku), a repliki choćby w Warszawie. Do Gdyni wydarzenie przeniosło się w 1987. Festiwal wędrował od jesieni do wiosny i z powrotem: odbywał się we wrześniu, maju, czerwcu i listopadzie, a w tym roku w grudniu. Najwięcej filmów w Konkursie Głównym pokazano w 1990 roku – 36; najmniej, bo 12 w 2011 roku.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Kino Leningrad, I Festiwal Polskich Filmów Fabularnych (7-14 września 1974), fot. Andrzej Szynarowski / PAP
Obrazek
kino-leningrad-gdansk-festiwal-filmowy-fot-andrzej-szynarowski-1974-pap_19740900_00q-s.jpg
A teraz zamknijmy (zmrużmy?) oczy i przypomnijmy sobie, jak brzmiał głos Andrzeja Łapickiego czytającego Polską Kronikę Filmową. Gdyby powstała wersja audio pierwszego numeru "Wiadomości festiwalowych" wydanego w sobotę 7 września 1974 roku, tylko ten aktor mógłby ją nagrać. Wyobraźmy sobie więc, że to właśnie on czyta słowa:
Trójmiasto. Fenomen połowy lat pięćdziesiątych, kiedy ruch studencki tego ośrodka pozbawionego uniwersytetu wysunął się przed wielkie, renomowane centra humanistyczne, jak Warszawa, Kraków, czy Lublin. Wtedy to właśnie błysnęli fantazją i zadziwili głębią refleksji członkowie klubu "Żak", teatrzyku satyrycznego "Bim-Bom" […] na próżno szukać przyczyn owego fenomenu w układach, związkach lekturach. One tkwią po prostu w klimacie tego miasta, które właściwie składa się z trzech miast i funkcjonuje w ogólnej świadomości jako Trójmiasto.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
I Festiwal Polskich Filmów Fabularnych (7-14 września 1974). Pokazem filmu Jerzego Hoffmana "Potop" w kinie Leningrad przy ul. Długiej zainaugurowano festiwal. Nz. piosenkarka Maryla Rodowicz i aktor Daniel Olbrychski wchodzą na pokaz, fot. Andrzej Szynarowski / PAP
Obrazek
festiwal-gdansk-1974-fot-andrzej-szynarowski-1974-pap_19740900_00p-s.jpg
Wybór padł na nadmorskie miasto, czy raczej miasta, także dlatego, że słynne festiwale we Włoszech i Francji mieściły się w nadmorskich kurortach: Wenecji i Cannes.
Gdyby faktycznie powstała PKF, to co zobaczylibyśmy na zdjęciach z tamtego pierwszego festiwalu? Na pewno kino Leningrad w Gdańsku (przemianowane na Neptun i zamknięte w 2008 roku), gdzie odbywały się pokazy konkursowe, uroczyste zamknięcie i otwarcie festiwalu, Ratusz Staromiejski, miejsce konferencji prasowych, kawiarnię w Łazienkach Północnych w Sopocie, gdzie publiczność spotykała się z artystami. Pewnie też pojawiłyby się obrazki z gdańskiego kina Żak, sopockiego Bałtyku i Polonii albo gdyńskiej Warszawy. Socjalistyczna kronika z pewnością odnotowałaby też wizytę Jerzego Hoffmana i jego aktorów: Daniela Olbrychskiego, Leszka Teleszyńskiego, Bruno O’Ya, Władysława Hańczy i Wiesława Gołasa u robotników wznoszących Port Północny. Rozmowę poprzedził pokaz specjalny "Potopu", który kilka dni później stał się laureatem Złotych Lwów. Znamienne, że pierwszy festiwal wygrała adaptacja powieści o zwycięstwie nad obcym najeźdźcą, a do tego jeden z najwystawniejszych filmów w historii powojennej Polski, a nie na przykład martyrologiczna opowieść o majorze Henryku Dobrzańskim, "Hubalu" wyreżyserowana przez reżimowego twórcę Bohdana Porębę.
W tamtym pierwszym konkursie oglądano też eksperymentalną "Iluminację" Krzysztofa Zanussiego (Nagroda Specjalna), wizyjne "Sanatorium pod klepsydrą" Wojciecha Jerzego Hasa (Najlepsza Scenografia) czy kontynuację "Samych swoich", czyli "Nie ma mocnych" Sylwestra Chęcińskiego (jedna z trzech nagród publiczności). Najlepszym aktorem został wybrany Daniel Olbrychski i uznał nagrodę za swego rodzaju rekompensatę za burzę medialną, która rozpętała się, gdy dostał rolę Andrzeja Kmicica. "Pamiętam, że konkurencja była wtedy ostra. Rywalizowałem między innymi ze znakomitą kreacją Ryszarda Filipskiego w « Hubalu ». Lecz jury uznało pewnie, że nagroda należy się właśnie mnie jako rekompensata za « krzywdy moralne » poniesione w wyniku wielkiej podsycanej przez prasę debaty, w której naród podzielił się na tych, którzy chcieli, żebym zagrał Andrzeja Kmicica oraz tych, którzy byli temu przeciwni. Tych drugich było znacznie więcej", mówi Daniel Olbrychski w książce "A statek płynie…" wydanej przez Stowarzyszenie Filmowców Polskich z okazji 30-lecia festiwalu. To właśnie ta organizacja przyczyniła się do powstania wydarzenia filmowego, które nie tylko miało celebrować dokonania PRL-owskiej kinematografii. "Staraliśmy się o zorganizowanie festiwalu polskich filmów fabularnych, na którym dokonywalibyśmy corocznych podsumowań osiągnięć naszego kina i mielibyśmy okazję mówić o sztuce filmowej, o jej problemach, o współczesności w tej sztuce, a więc o sprawach dla środowiska filmowego najważniejszych", mówił w "Wiadomościach festiwalowych" 1/1974 Jerzy Kawalerowicz, ówczesny prezes SFP i przewodniczący pierwszego jury, a później także laureat Złotych Lwów (1984: "Austeria"). "Dyskusja taka jest dla środowiska absolutnie konieczna, a spotkania czy narady, jakie miewaliśmy dotychczas, sporadycznie, okazały się formą przestarzałą i nie zdawały już egzaminu".
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Daniel Olbrychski i Stefan Szmidt (jako Tyzenhauz), fot. Polfilm / East News
Obrazek
fo_film_potop_hoffman_06_42462.jpg
Festiwal stał się czułym barometrem nie tylko kinematografii, ale Polski w ogóle. Cokolwiek znaczącego działo się w kraju, echo docierało do nadmorskiej imprezy – gdy podpisywane były Porozumienia Sierpniowe, zgodę na rozpoczęcie festiwalu wydawał Lech Wałęsa. Gdy po upadku komunizmu Polska chciała być modna i zachodnia, w Gdyni pojawił się "oscarowy" system nagród –kilkudziesięcioosobowe grono oglądało wszystkie filmy konkursowe i dawało trzy (kategorie: aktorskie i reżyserska) lub pięć nominacji (najlepszy film) do dalszego rozpatrzenia przez jury. Wyróżnienia w kategoriach tzw. zawodowych – za kostiumy, scenografię, muzykę itd. – jurorzy przyznawali już bez podpowiedzi, co oznaczało, że i tak musieli obejrzeć cały zestaw konkursowy (w 1990 roku – 36 filmów, w 1991 - 21 ).
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Obrazek
gazeta-festiwalowa-gdansk-1974-mkl-1974-adw-001a.jpg
Najważniejszym dla środowiska wydarzeniem tamtych pierwszych edycji festiwalu było forum SFP, w którym brali udział przedstawiciele władzy z jednej strony, a filmowcy z drugiej. To na forum padło po raz pierwszy sformułowanie "kino moralnego niepokoju" – w 1976 roku z ust młodego reżysera Janusza Kijowskiego. Zdaniem niektórych historyków filmu bez festiwalu w Gdańsku ten nurt mógłby się nie wyodrębnić, a już na pewno nie znalazłby tak dobrego kontaktu z publicznością.
Rok później autor "Indeksu" uczestniczył też w głośnym – dosłownie i metaforycznie – forum SFP, które wspomina tak: "Jedyna okazja, żeby przyłożyć władzy. Wykrzyczeć jej prosto w twarz co nas naprawdę boli. Więc krzyczeliśmy… A oni – o dziwo – słuchali. To było jak drążenie skały" ("A statek płynie"). Za oknami szalała akurat wrześniowa burza, co wspomina Jerzy Kawalerowicz, a w środku polscy reżyserzy ciskali piorunami buntu w niesławnego ministra kultury Janusza Wilhelmiego, który chciał ubezwłasnowolnić filmowców i podporządkować Zespoły Filmowe – wówczas oazę twórczej i intelektualnej wolności – partii. Przemawiali, czy też krzyczeli, nie tylko reżyserzy opozycyjni jak Andrzej Wajda, Agnieszka Holland, Feliks Falk, ale nawet partyjni: Czesław Petelski czy Bohdan Poręba.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Scena z filmu "Człowiek z marmuru" w reżyserii Andrzeja Wajdy, 1976, fot. Renata Pajchel / Studio Filmowe "Zebra" / Filmoteka Narodowa / www.fototeka.fn.org.pl
Obrazek
Scena z filmu "Człowiek z marmuru" w reż. Andrzeja Wajdy, 1976. Scena zbiorowa., fot. Renata Pajchel / Studio Filmowe "Zebra" / Filmoteka Narodowa / www.fototeka.fn.org.pl
Gorącą atmosferę wokół imprezy podgrzał też werdykt – najwyższe czynniki zabroniły nagradzać "Człowieka z marmuru", jednak czwarta władza, czyli dziennikarze postanowili swoją nagrodę przyznać Andrzejowi Wajdzie i to w bardzo symbolicznej formie. Po gali zakończenia reżyser otrzymał nie lwiątka czy inne odlane z metalu zwierzę, a cegłę - nawiązującą do fachu głównego bohatera filmu, Mateusza Birkuta. Wręczający ją krytyk Andrzej Ochalski wkrótce stracił pracę wicenaczelnego "Ekranów", z kolei nagrodzony wówczas Złotymi Lwami Gdyńskimi za "Barwy ochronne" Krzysztof Zanussi postanowił nagrody nie przyjmować, jak mówi, w imię solidarności z Andrzejem Wajdą. To solidarność właśnie, niepowtarzalne poczucie wspólnoty i misji najczęściej pojawiają się we wspomnieniach uczestników pierwszych, gdańskich edycji festiwalu.
Ideowo byliśmy dość blisko, stylistycznie staliśmy na przeciwnych biegunach. Nie walczyliśmy, nie konkurowaliśmy nawet ze sobą, wręcz przeciwnie, wspieraliśmy się – to było piękne i zadziwiające.
- tak IV Festiwal wspomina Wojciech Marczewski, który pokazywał wtedy swój kinowy debiut "Zmory", nagrodzony wówczas Srebrnymi Lwami Gdańskimi (cytat za: "Film z widokiem na morze" pod redakcją Anny Wróblewskiej). Protesty środowiska filmowego nie są jednak pieśnią przeszłości – gdy w 2019 roku nie dopuszczono do konkursu trzech filmów, twórcy tak mocno sprzeciwili się decyzji komisji selekcyjnej, że ostatecznie te tytuły pojawiły się w Konkursie Głównym. To dzięki ich uporowi wróciło stanowisko dyrektora artystycznego festiwalu – od 2020 roku jest nim filmoznawca i kurator Tomasz Kolankiewicz.
Drugim, równie częstym tematem wspominek o pierwszych edycjach festiwalu jest mizeria noclegowo-aprowizacyjna – w okolicach kina Leningrad, a później sali kinowej Domu Technika NOT nie było wystarczająco dużo hoteli, restauracji i barów, by obsłużyć wszystkich zainteresowanych. Gdy grupa złożona z Krzysztofa Kieślowskiego, Jerzego Stuhra, Agnieszki Holland, Janusza Zaorskiego i innych chciała zjeść kolację po ogłoszeniu wyników III edycji w 1976 zastała puste i ciemne miasto. Jak wspomina Zaorski w "A statek płynie…", żołądki i nastrój filmowców uratowała recepcjonistka z biura festiwalowego, która zaprosiła ich do domu na… jajecznicę.
Dwa pierwsze festiwale w latach 80. to już "Gorączka" – ta wyreżyserowana przez Agnieszkę Holland i ta, która zapłonęła w stoczni. Jednym z najważniejszych wydarzeń festiwalu w 1980 roku był pokaz świeżo zmontowanego dokumentu "Robotnicy’80" dla widowni złożonej ze stoczniowców. Rok później w programie pojawiły się po raz pierwszy "półkowniki", w tym "Ręce do góry" Jerzego Skolimowskiego (zdjęty z półki po 14 latach!), "Indeks" Janusza Kijowskiego, "Jak żyć" Marcela Łozińskiego czy "Spokój" Krzysztofa Kieślowskiego, dając nadzieję, że od teraz w kinie będzie można mówić głośniej i swobodniej. A potem przyszedł stan wojenny. Festiwal w Gdańsku zniknął na trzy lata, zaś niektórzy twórcy filmowi – jak Ryszard Bugajski – zniknęli z Polski na dużo dłużej.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Kadr z filmu "Kobieta samotna" w reżyserii Agnieszki Holland, 1981. Na zdjęciu: Maria Chwalibóg i Bogusław Linda, fot. Filmoteka Narodowa/www.fototeka.fn.org.pl
Obrazek
Still from the film Kobieta samotna (A Lonely Woman) directed by Agnieszka Holland, 1981. In the photograph: Maria Chwalibóg and Bogusław Linda, photo courtesy of Filmoteka Narodowa/www.fototeka.fn.org.pl
Słowo FESTIWAL pochodzi od łacińskiego festivus - co znaczy: żywy radosny, wesoły, świąteczny. […] Z polskich synonimów łacińskiego festivus wybieram słowo żywy rozumiejąc je nie jako “skoczny” tylko bliski życia, otwarty, prawdziwy. Niech nasz IX (to cyfra beetovenowska!) Festiwal Polskich Filmów Fabularnych będzie w takim właśnie sensie żywy.
Takie nomen omen słowo wstępu przed wygłosił we wrześniu 1984 roku na łamach gazety festiwalowej Janusz Majewski, wówczas prezes SFP. Do programu zgłoszono wtedy 80 filmów, które powstały w ciągu ostatnich trzech lat – realizację części z nich przerwał stan wojenny, ukończenie innych opóźniał brak taśmy filmowej i chemikaliów do jej wywołania, o czym pisała już w 1981 roku krytyczka Maria Malatyńska. Ostatnie dwie edycje gdańskie (1985-86) odbywały się w cieniu minionego stanu wojennego, a trzeba przyznać, że niewiele z pokazywanych wtedy tytułów trafiło do kanonu polskiego kina. "W tym okresie panowało wąskie, upolitycznione widzenie funkcji filmu", wspominał Stanisław Różewicz, laureat Złotych Lwów za "Kobietę w kapeluszu". Swoje osobne opowieści snuli wtedy też Andrzej Barański ("Kobieta z prowincji"), Wojciech Has ("Pismak") i Grzegorz Królikiewicz ("Zabicie ciotki") i to one najlepiej przetrwały próbę czasu. Gdy festiwal został przez władzę przeniesiony najdalej jak się dało od przeżartej duchem buntu stoczni gdańskiej, czyli najdalej położonego z trzech miast, Gdyni, zaczęła się w historii imprezy zupełnie nowa epoka. Seanse w Teatrze Muzycznym nigdy już nie miały tej samej atmosfery – jeśli wierzyć nostalgii świadków – co te w ciasnej salce NOT-u. A miało być jeszcze dalej od polityki – bo zbliżający się nieuchronnie koniec PRL postawił przed kinem zupełnie inne wyzwanie niż walka z cenzurą. Ostatnie Lwy w czasach realnego socjalizmu wręczono "półkowniczce" Janusza Zaorskiego, "Matce Królów" oraz dyptykowi Krzysztofa Kieślowskiego, który zaczynał właśnie swoją międzynarodową karierę. Polskie kino też dążyło do świata – w 1992 roku ówczesny minister kultury podpisał umowę o przystąpieniu do programu MEDIA Unii Europejskiej, drugim sygnatariuszem był Dieter Kosslick, późniejszy wieloletni szef festiwalu filmowego w Berlinie.
Nowa epoka rozpoczęła się w polskim kinie symbolicznie – w 1989 roku festiwal w Gdyni nie organizował ani konkursu, ani nie wręczał nagród, przynajmniej tych regulaminowych. Swoje laury wręczyła za to publiczność oraz dziennikarze i to wyjątkowo jednomyślnie: "Przesłuchaniu" Ryszarda Bugajskiego. Ten sam film rok później dostanie też Nagrodę Specjalną Jury, nagrodę dla najlepszej aktorki pierwszo- i drugoplanowej (Krystyna Janda i Anna Romantowska) – według regulaminu wszystkie produkcje z poprzedniego roku mogły zostać ponownie zgłoszone do konkursu. Wielkim triumfatorem był Wojciech Marczewski, a jego film "Ucieczka z kina « Wolność »" – nakręcony w PRL, pokazany w III RP - o cenzorze, który dostaje szansę na odkupienie, doskonale trafił w swój czas. To jego autor przewodnicząc jury w 1996 roku, postanowi, że głównej nagrody nie dostanie nikt, mówiąc przy tym: "Koledzy, czy musieliście zrobić te wszystkie filmy?" (trzeba dodać, że w konkursie znalazł się "aż" jeden film zrobiony przez kobietę "Odwiedź mnie we śnie" Teresy Kotlarczyk). Juliusz Machulski, wręczając podczas gali zamknięcia nagrodę odpowiedział Marczewskiemu równie słynnym zdaniem: "Jeśli sami się nie nagrodzimy, to nikt nas nie nagrodzi". Na temat gdańskich i gdyńskich werdyktów powinien powstać zresztą osobny artykuł – co roku przynajmniej kilka nagród wzbudza kontrowersje – od zeszłorocznej nagrody za pierwszoplanową rolę kobiecą dla Magdaleny Boczarskiej (pojawia się w filmie Michała Rosy "Piłsudski" na dosłownie kilka minut), przez nagrodę dla "Essential Killing" Jerzego Skolimowaskiego zamiast faworyzowanej przez prasę i publiczność "Róży" Wojciecha Smarzowskiego (w 2011 roku), której według kuluarowych doniesień nie zrozumiało zagraniczne jury, dla melodramatu "Mała Moskwa" Waldemara Krzystka (2008) czy dla Tila Schweigera zamiast dla Cezarego Pazury, który stworzył jedną z najbardziej wyrazistych postaci komediowych powojennego kina w "Kilerze" Juliusza Machulskiego (1997).
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Marek Kondrat w filmie "Psy" w reżyserii Władysława Pasikowskiego, 1992, fot. Filmoteka Narodowa/www.fototeka.fn.org.pl
Obrazek
Marek Kondrat w filmie "Psy" w reżyserii Władysława Pasikowskiego, 1992., fot. Filmoteka Narodowa/www.fototeka.fn.org.pl
W połowie lat 90. rosła liczba głosów, że polskie kino nie ma swoim widzom wiele do zaoferowania, nie ma pomysłu na twórczy dialog z rzeczywistością lub antycypowanie jej. Nie było to w pełni zgodne z rzeczywistością: to w tamtym czasie na festiwalu dały się zauważyć nowe, silne osobowości reżyserskie takie jak Władysław Pasikowski (1992: nagroda za najlepszą reżyserię za "Psy"), Jan Jakub Kolski (1998: Złote Lwy za "Historię kina w Popielawach"), Marek Koterski (2002: Złote Lwy za "Dzień świra"), Krzysztof Krauze (1996: Nagroda specjalna jury za "Gry uliczne", 1999: Złote Lwy za "Dług"). Krajowy oddział Canal+ zaczął koprodukować polskie filmy, a nawet uratował festiwal. Gdy w 1997 roku przez kraj przeszła wielka powódź, środki które miały być przeznaczone na Gdynię, rząd przekazał powodzianom. Canal+ Polska dofinansował imprezę, zaś w konkursie pojawiło się już pięć filmów koprodukowanych przez nadawcę. Rok później wszystkie tytuły konkursowe powstały przy wsparciu telewizji – TVP, Canal+ lub Polsatu. Tych produkcji nie należy mylić z tzw. filmami telewizyjnymi, wyprodukowanymi na zlecenie stacji (przede wszystkim publicznej) i przeznaczonej do emisji w niej. Podnoszone w tym czasie głosy, że polskie kino jest w tak słabej formie, że musi dosztukowywać konkurs "filmami telewizyjnymi" zdradzał nieznajomość zarówno tych tytułów (wśród nich świetne pozycje z cyklu "Święta polskie" lub "Pokolenie 2000"), jak i historii narodowego festiwalu – produkcje robione na mały ekran były w programie od pierwszej edycji. Złym warunkom produkcyjnym nie da się jednak zaprzeczyć, sytuację zmieniło dopiero powstanie Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej i regularne zasilanie dotacjami projektów filmowych. W nowym tysiącleciu Gdynię przejęli młodzi – Dariusz Gajewski (2003: Złote Lwy zdobywa "Warszawa"), Magdalena Piekorz (2004: "Pręgi" wygrywają Grand Prix), Borys Lankosz (2009: "Rewers" triumfuje). Choć nie wytworzyło się zjawisko równie wyraziste co kino moralnego niepokoju, to dało się zauważyć, że polskie kino stoi siłą indywidualności reżyserskich. Powrócił też odwieczny problem oceny programu festiwalu – podobnie jak już w latach 70. więcej emocji wzbudzały filmy nowe, nawet jeśli były obiektywnie słabsze od tych pokazywanych już na ekranach. Gdynia stała się też jednym z najważniejszych punktów promocji polskich filmów – większość tytułów wchodzi do kin wkrótce po festiwalu, aby wykorzystać szybko gasnące światła reflektorów i lwich kłów. Ostatnim wstrząsem było powołanie w 2011 na stanowisko dyrektora artystycznego Michała Chacińskiego, który bez pardonu zmniejszył liczbę filmów pokazywanych w Konkursie Głównym. Reszta filmów trafiła do sekcji "Panorama" w czasach PRL nazywanej "Sekcją informacyjną".
Wciąż pojawiają się głosy takie jak ten sformułowany w 1976 roku na łamach gazety festiwalowej: "Festiwal gdański jest w oczach szarego widza imprezą zawsze trochę dla masochistów - kto dobrowolnie obejrzy dzieścia polskich filmów w ciągu tygodnia? Kto poza fachowcami". Zarzuty o odklejenie od rzeczywistości, przeciętność, brak spójnej wizji rzeczywistości, odstawanie od światowego poziomu, brak artystycznej odwagi – pojawiają się od dekad i naprawdę nie są wymysłem lat 90., gdy polskie kino faktyczne przeżywało, przede wszystkim produkcyjną, zapaść. Ganienie polskiego kina jak rozczarowującego prymusa, który tylko poprawnie odrobił pracę domową lub ogłaszanie, często na wyrost, wielkiej zmiany pokoleniowej towarzyszy Gdyni od dekad. Raz impreza ma być dla "nas i o nas", czyli pokazywać wszystkie przyzwoite filmy wyprodukowane w ostatnim roku i zapraszać rodzimym twórców do ich oceny. Innym razem tworzone jest międzynarodowe jury (w 1993 zasiadał w nim nawet legendarny Brytyjczyk Lindsay Anderson), którego werdykt często spotyka się z jeszcze większymi kontrowersjami niż ten wydany przez krajowe grono. Jeszcze inny przypadek to ściśle kuratorowany Konkurs Główny, mający przez selekcję tworzyć prestiż festiwalu.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Kadr z filmu "Cześć, Tereska", fot. TVP / Best Film
Obrazek
czesc-tereska-zrzut-ekranu.png
Tak czy owak, większość obecnych tematów czy zjawisk pojawiających się na festiwalu była na nim obecna już wcześniej. Połączenie kina artystycznego i komercyjnego w Konkursie? Nie tylko w tym i kilku poprzednich latach, ale także w 1981 roku, gdy o Złote Lwy konkurował "Vabank" Juliusza Machulskiego. Podpisana w 2018 w Gdyni deklaracja "50/50 x 2020" mająca pomóc we wprowadzeniu równouprawnienia w branży filmowej to daleka kuzynka zorganizowanej w 1975 retrospektywy o roli kobiety w polskim filmie. Gdynia Industry, czyli wydarzenia branżowe, poprzedziły fachowo organizowane targi filmowe. Do Gdańska, Sopotu i Gdyni przybywali zagraniczni krytycy filmowi, często potem indagowani przez dziennikarzy z gazety festiwalowej (dwujęzycznej już w latach 70.). Zabawnie dziś się czyta niektóre opinie, jak choćby tę Franka Brena australijskiego pisarza i krytyka, który w latach 90. Zauważa:
Czyżby poza Barbarą Sass nie było w Polsce innych reżyserek? […] Myślę, że polska kinematografia mogłaby czerpać duże korzyści materialne i techniczne z "inwazji" koprodukcji, powiedzmy, z Hollywood. Polska ze wspaniałymi plenerami i potencjałem tkwiącym w ludziach, mogłaby to wykorzystać choćby tak, jak robią to Hiszpanie.
Hasło "wszystko już było" odnieść więc można nie tylko do fabuł filmów. Pięknie o festiwalu i jego roli napisał już w 1994 roku Tadeusz Sobolewski: "Przypominam sobie dawne festiwale: na pierwszy plan wybijają się ludzie, dopiero potem filmy. Publiczność w Gdańsku i Gdyni bywała lepsza od filmów, pełna oczekiwań. Może to jej historię należałoby spisać? Historia kina polskiego miałaby być opowieścią o wiecznym niespełnieniu, nieustannej pogoni za prawdą o rzeczywistości".
Tylko czy ten pościg ma w ogóle sens? Wszak z jednego z filmów pokazywanych w Gdyni pamiętamy tę kwestię: "Prawda? Nie ma takiej".