Zaczyna Pan ten "Dziennik…" w 1982 roku, w apogeum stanu wojennego.
Ale to nie jest dziennik polityczny. I nie chodzi mi o skargę. W tych notatkach jest także humor. Publiczne i prywatne splata się w jeden warkocz. Montując książkę, starałem się wybierać ciekawsze momenty. Nie nudzić. W pewnej chwili zobaczyłem, że montuję coś w rodzaju telenoweli...
To opowieść o byciu rodzicem, mężem, redaktorem, dziennikarzem. Dużo w niej czułości.
Może to kwestia dystansu. W samym sposobie pisania dziennika jest już dystans, bo nie zapisujemy zdarzeń natychmiast, tylko po iluś godzinach czy dniach. Coś minęło, a my chcemy, póki co, to utrwalić. To tak, jakby stać na pustym peronie po odjeździe pociągu i widzieć oddalający się ostatni wagon. Odjechał, ale niczego nie żałuję. Robiąc te zapiski, nie wiedziałem , do czego się przydadzą. Dwa lata temu znajomy powiedział: "zrób z tego książkę". Zacząłem robić, nie wiedząc, co z tego wyniknie.
Przedtem wydawał Pan już te dziennikowe zapiski.
Tak, pierwszą porcję wydało w 1988 podziemne wydawnictwo "Wola" , na powielaczu. To był zapis stanu wojennego "Stare grzechy. Dziennik dziennikarza". Fragmenty były też w "Dziecku Peerelu". "Dziennik. Jeszcze jedno zdanie" to trochę co innego: książka obejmuje prawie 20 lat naszego życia Ani i mnie, naszych córek, Justyny i Celi. Różnego rodzaju dzienniki pisałem od dawna, już w czasach licealnych. To się wiązało z duchem czasu. W latach 60., 70. rzeczywistość zaczęła wdzierać się do sztuki: do filmu, literatury, malarstwa. Cinema verite. Początki nowoczesnego kina dokumentalnego w Polsce – filmy Kazimierza Karabasza, Marcela Łozińskiego, Krzysztofa Kieślowskiego. Rewelacją była proza Mirona Białoszewskiego, zacierająca granice między "prywatnym" i "publicznym". Białoszewski tworzył dziennikowe małe narracje. Edward Stachura uprawiał swoje "życiopisanie". Wcześniej amerykańscy bitnicy w podobny sposób traktowali literaturę. Białoszewski mówił: "rzeczywistość jest artystką". To wszystko działo się na długo przed mediami elektronicznymi, przed internetem. Dziś to, co osobiste, "intymne" od razu idzie w świat. Pisze się na oczach tłumu. Tamte dziennikowe zapiski czytała najwyżej żona albo najbliższy krąg znajomych. To było domowe, dość bezinteresowne pisanie, w pełnym znaczeniu tego słowa, amatorskie. Refleksja złapana na gorącym uczynku.
W pewnym sensie wszyscy dziś jesteśmy diarystami.
Być może. Ale mnie nie ma na Facebooku. Czasem tylko zaglądam na cudze konta.
I co Pan znalazł?
Wiem, że ta książka ma oddźwięk w Internecie.
W "Dzienniku…" pojawia się wiele ważnych dla Pana osób, m.in. występujący również we wspomnianym "Amatorze" Krzysztof Zanussi.
Jego filmy towarzyszyły mi od czasu świetnego debiutu – "Struktury kryształu". Filmy z przełomu lat 60. i 70. były mi bliskie. Zanussi – trzeba to podkreślić – był pierwszym reżyserem, który wprowadził na ekran człowieka wierzącego. Ale nie są to filmy religijne, wiara jest tam zawsze hipotezą, żywym pytaniem. To było autentyczne. Na Krzysztofa Zanussiego patrzę w dzienniku – jak na wiele osób – z anegdotycznym dystansem. Ale muszę powiedzieć, że sporo mu w życiu zawdzięczam. Dzięki niemu spędziłem najciekawiej, jak można, czas "karnawału Solidarności", pisząc zamówiony przez niego reportaż z planu amerykańsko-włosko-polskiego filmu "Z dalekiego kraju", o Polsce Karola Wojtyły.