Choć w maju tego roku ukończy 82 lata, Skolimowski wciąż jest jednym z najmłodszych intelektualnie twórców polskiego kina. Niezależny, osobny. Nigdy nie ulegał stadnym instynktom. Robił swoje. Kiedy po latach milczenia wracał do kina z "Essential Killing", mówił "Newsweekowi":
Opowiadam o losach outsiderów. Widocznie noszę to w sobie.
Już jego debiutancki film był inny niż wszystkie. "Rysopis" powstał w łódzkiej Filmówce jako połączone ze sobą filmowe etiudy, które finalnie złożyły się w jedno dzieło.
Ale Skolimowski jeszcze przed Filmówką był outsiderem – jako dziecko wychowywał się nieopodal Pragi (jego matka była attaché kulturalnym), w elitarnym gimnazjum z internatem. Siedział w jednej ławce z Havlem, ale z racji językowej bariery pozostawał odludkiem. Po latach pozostał nim – raczej z wyboru, niż z przymusu.
W "Rysopisie", "Walkowerze", "Barierze" i głośnych "Rękach do góry" łamał filmowe zasady i polityczne zakazy. Choć był częścią środowiska, które stworzyło arcydzieła Szkoły Polskiej, jego filmom bliżej było do mistrzów Nowej Fali – Formana czy Cassavetesa.
Był reżyserem i aktorem, poetą i malarzem, bokserem i scenarzystą, który zmienił sposób, w jaki bohaterowie polskich filmów rozmawiali na ekranie. Po "Ferdydurke" z 1991 roku zniknął z kina, by do niego powrócić dopiero siedemnaście lat później. Od tego czasu znów zaprasza widzów na wycieczki po własnym, osobnym świecie. Wkrótce znów stanie na filmowym planie, by wyreżyserować swój najnowszy obraz – "Baltazara".
Grzegorz Królikiewicz (1939-2017)