Henryk Bardijewski, "Dzikie Anioły i inne opowiadania"
Henryk Bardijewski, fot. Aleksander Jałosiński / Forum
Książka rewelacja, której perfekcja niemal onieśmiela. Doskonałej formie – gdzie każde słowo wydaje się być niezbędne i na swoim miejscu – towarzyszą zadziwiające treści o groteskowym posmaku. Trudno oderwać się przed doczytaniem do końca. Nieomylny znak, że to proza, do której będzie się wracać.
Opowiadania Henryka Bardijewskiego, znanego pisarza starszego pokolenia i autora słuchowisk radiowych, cechuje łagodnie zdystansowane, satyryczne spojrzenie na rzeczywistość. Wszystkowiedzący narrator – alter ego autora – musiał dojść do najwyższego stopnia wtajemniczenia, skoro niczemu się nie dziwi. Po stoicku przygląda się postępkom bliźnich – z dyskretną ironią, jakkolwiek bez jadu i zacietrzewienia, nie oszczędzając też samego siebie: "Miałem prawdę mówiąc niewiele męskich walorów, a to, co zostało, było w znacznej mierze przeterminowane, niemniej nie czułem się jeszcze całkiem stracony dla kobiet" ("Czas wody").
Jego przewrotne spostrzeżenia uderzają trafnością: "zamknęły się w łazience w sobie tylko wiadomym celu, a może i bez celu, bo wyszły stamtąd brzydsze niż weszły" ("Opiekunka"). Albo: "pojawił się na bazarze z płótnem w złoconej ramie. Rzecz tę nazwał obrazem, i to mogło się podobać, bo dowodziło wrażliwości na sztukę malarską, nawet wtedy, kiedy jej nie było" ("Biust Sokratesa").
Humor przenikający każdą z opowieści nieoczekiwanie znajduje puenty w filozoficznych refleksjach:
Związek między posiadaniem autorytetu a posiadaniem dzieci nie był jasny [...]; każdy miał odmienne zdanie, blondyn na przykład twierdził, że albo się ma autorytet, albo dzieci, wysoki uważał autorytet za przeżytek, a siwy i najstarszy orzekł, że autorytetów jest tyle, ilu ludzi.
["Odezwa do młodości"]
Jeden z bohaterów, który długo nie zwracał pożyczonej książki, deklarował: "Mnie zdarza się czytać jedno zdanie Flauberta czy Prousta godzinę i dłużej. Czytam tak długo, dopóki w tekście zabawnym nie doszukam się czegoś smutnego, a w tekście smutnym czegoś śmiesznego, dopóki w komedii nie dostrzegę dramatu, a w tragedii komizmu. Bo tak naprawdę treść nosimy w sobie. To od nas zależy, czym wypełnimy napisane przez autora słowa. [...] nie ma tak wielkiej różnicy między autorem i czytelnikiem, jak się powszechnie sądzi" ("Trzeci tom Czechowa").
I tak też trzeba smakować kunszt pióra Henryka Bardijewskiego.
[Henryk Bardijewski, "Dzikie Anioły i inne opowiadania", PIW, Warszawa 2006]
Wiesław Dymny, "Opowiadania zwykłe"
Wiesław Dymny, fot. Wojciech Plewiński / Forum
"Opowiadania zwykłe" Wiesława Dymnego obrosły już – podobnie jak ich niepokorny autor – legendą. Wydany przez "Iskry" w 1964 roku zbiorek sześciu opowieści ("Żyd", "Oskarżony", "Skrzynka bez pudła", "Dezerter", "Złodziej", "Chudy i inni") przyniósł autorowi stypendium im. Tadeusza Borowskiego i Nagrodę Fundacji Kościelskich (1967). Książka doczekała się wielu pochlebnych słów (m.in. od Marii Dąbrowskiej) i tłumaczeń (na angielski, francuski, czeski, japoński), ale nie miała, niestety, następnych wydań. Coraz nowsze pokolenia fanów Dymnego – plastyka, aktora, poety, pisarza, scenarzysty, satyryka, nieodżałowanego artysty Piwnicy pod Baranami – zmuszone były w poszukiwaniu książki obiegać antykwariaty, najczęściej zresztą bez rezultatu. Po 33 latach doczekaliśmy się wznowienia zbiorku przez wydawnictwo Muza.
Na przekór tytułowi "Opowiadania zwykłe" są ze wszech miar niezwykłe. Każde z osobna zaskakuje odmienną stylistyką, kryje inne tajemnice. "Żyd" jest historią starego mędrca, przez dziecięcego narratora zwanego rabinem, który widząc tragedię swoich współbraci, nie czekając na boskie wyroki, sam zacznie wymierzać sprawiedliwość hitlerowskim katom. Nostalgiczno-elegijny ton tego opowiadania przełamany jest natychmiast przewrotnym "szwejkowskim" humorem następnej opowieści pt. "Oskarżony".
Rzecz jest o Wilusiu Rusinie i jego przyjacielu Kani, Polakach przemocą wcielonych do niemieckiej armii, w której poczynili wielkie spustoszenia, przyczyniając się nawet do zmiany biegu drugiej wojny. Odyseja po splądrowanej Europie, błyskotliwe zwroty akcji, elementy sensacji sprytnie rozładowywane śmiechem, przyjaźń, zdrada i szalona, namiętna miłość sprawiają, że w "Oskarżonym" znajdujemy wymarzony materiał na film. Aż dziw bierze, że jeszcze nie powstał.
A przy tym jakaż to znakomita proza! Pełna językowej inwencji, jędrna, obrazowa: "Seria z cekaemu położyła się za nim. Z piasku wyskakiwały małe chichotliwe diabełki". Ulubionym zabiegiem autorskim Dymnego jest sprowadzanie czytelnika na ziemię ciętym ironizowaniem: "Na froncie niebo jest zawsze tragiczne. Ma odcień krwi i karnację spalonej skóry, a może po prostu tylko tak się wydaje każdemu, kto siedzi w okopie i patrzy, z której tu strony go łupną i czym".
Intryga "Skrzynki bez pudła" wykazuje natomiast duchowe pokrewieństwo Dymnego z Witoldem Gombrowiczem. Na podstawie błahych z pozoru przesłanek bohater, mimochodem, dochodzi do zaskakujących wniosków. Odkrywa krwawą zbrodnię sprzed lat. Pojawiający się w tym opowiadaniu motyw pokoleniowej zazdrości/nienawiści synów i ojców w wiejskich społecznościach południowej Polski, pełniejszy wyraz znajdzie w "Dezerterze".
Mowa w tym opowiadaniu o Starym i Synu. W ich rodzie męscy potomkowie konsekwentnie uchylali się od obowiązku służby wojskowej. Uciekali w góry przed służbą w obcych armiach: carskich, cesarskich, okupacyjnych… Oszukańczy pogrzeb pozwala uchylić się przed wojskiem (w warunkach pokoju) również Synowi. Jedynie Stary wie, że chłopak żyje. Wie, gdzie się ukrywa – nosi mu jedzenie i wódkę.
Syn nie ufa nikomu, nawet ojcu. I słusznie. Stary przekona się z czasem, że nie tyle przed wojskiem jego Szymon uciekł w góry, ile przed nim.
Przed domem, obowiązkami, odpowiedzialnością. Sytuacja nabrzmiewa do tego stopnia, że rozwiązać ją już może tylko upust krwi. Mistrzowska narracja powoduje, że ostatnie akapity największy twardziel czyta ze zdławionym gardłem.
"Złodziej" to z kolei utwór napisany z satyrycznym zacięciem i obrazoburczą swadą, w klimacie bliski Hrabalowi. Jest to wesoła łotrzykowska opowieść o dwóch przypadkowo pokumanych wędrowcach. U kresu podróży jednemu z nich przyjdzie wykonać niemiły rozkaz.
Tak to dopiero rano, dopiero po przejściu takiego kawałka drogi, po wysłuchaniu całej historii z biskupem, po przespaniu nocy i zjedzeniu śniadania (z bimbrem wszystko!), policjant mógł powiedzieć:
– Aresztuję cię w imię prawa.
– Wielka szkoda, że nie powiedziałeś tego na dole.
– Wielka szkoda, ale mniejsza […]. Bardzo mi cię żal – powiedział policjant, nakładając Cypcerowi kajdanki.
– Nie musi ci być żal. Jakoś sobie poradzę.
[…] Poszli w dół ścieżką, co bardzo szybko ginęła w niskich krzakach…
Książkę zamyka opowiadanie "Chudy i inni", dzięki filmowi Henryka Kluby najbardziej znane. Warto przeczytać "Chudego…" i porównać go z filmem. Z pozoru jest to produkcyjniak. Tak naprawdę – produkcyjniak a rebours, ballada o twardych ludziach, męskich zmaganiach z kapryśnym losem, o mniej lub bardziej romantycznych przygodach niezbyt romantycznych ludzi, pracujących na wielkiej budowie. Nie żadnych herosów i przodowników, lecz zwyczajnych zjadaczy chleba, którzy patrzą, gdzie by tu zarobić jak najmniejszym nakładem sił.
Szczególnie jeden z wątków opowiadania – wystrychnięcia na dudka jedynego w brygadzie członka partii – był jak na ówczesne gomułkowskie standardy pionierski i odważny. Może dlatego przy następnych filmach spółki Dymny/Kluba ("Słońce wschodzi raz na dzień", "Pięć i pół Bladego Józka"), znacznie baczniej patrzono im na ręce.
Zebrane w tomie teksty tchną siłą wyrazu i autentycznością opisu – prawdą czasów, w których powstały. Ale nie są to, broń Boże, reportaże prosto z życia. W zdaniach Dymnego czai się kruche piękno codzienności i zaklęta nadrealna poezja.
Książka została wydana bardzo starannie. Pod zdjęciem autora – zwięzły życiorys. Atrakcją samą w sobie jest odbitka listu matki autora, z opisem prawdziwie gorącego przyjęcia, z jakim książka spotkała się w Jaworzu – uzdrowisku, dokąd po wojnie los rzucił rodzinę Dymnych. Niektórzy mieszkańcy w bohaterach opowiadań doszukali się bowiem – niekoniecznie słusznie – własnych, niepochlebnych portretów.
Ilustracje Jana Sawki wyglądają, jakby wyszły spod ręki Jana Sawki i – równocześnie – Wiesława Dymnego. Na twardej, lakierowanej okładce kolorowy portret łysego osobnika w okularach, ciężko siedzącego w krześle, wrośniętego nieomal w podgórski pejzaż. Duże dłonie mężczyzny spoczywają na kolanach, grube bruzdy na twarzy układają się w wyraz cierpkiej rezygnacji. Tak Wiesław Dymny, gdyby dożył, mógłby wyglądać dzisiaj.
[Wiesław Dymny, "Opowiadania zwykłe", Muza, Warszawa 1997]
Gustaw Holoubek, "Wspomnienia z niepamięci"
Gustaw Holoubek, lata 60. XX wieku, fot. Romuald Pieńkowski / Forum
Życie bogatsze niż sztuka – tak pokrótce można by streścić autobiografię Gustawa Holoubka. "Wspomnienia z niepamięci" to naładowana dobrą energią, niezmiernie ważna książka.
Napisana piękną polszczyzną łączy konkret – ludzi, miejsca, zdarzenia, anegdoty z lat dziecięcych i młodzieńczych autora – z niemal magicznym opisem rodzinnego miasta, jakiego już nie ma. Obraz Krakowa lat 30. i 40. z jego zabytkami, kościołami, stadionami, przedmieściami – w oczach obserwatora przywracającego go pamięci po półwieczu – owiany jest aurą tajemniczości bliską mitycznemu ujęciu Drohobycza w poetyckiej prozie Brunona Schulza.
Aż dziw bierze, że napisana z narracyjnym talentem wspaniała książka Holoubka przeszła właściwie bez echa. Jej wznowienie – ukazujące się w pierwszą rocznicę śmierci wielkiego aktora – zostało wzbogacone wstępem syna Jana Holoubka oraz wyborem wielu intrygujących archiwalnych fotografii. Ukazują nie tylko rodzinę i przyjaciół aktora, ale i artystyczne ujęcia urzekających zakątków krakowskich czy lokalnych obrzędów. Są też fotokopie wycinków prasowych i afiszy z epoki.
Prawdziwym rarytasem jest po raz pierwszy reprodukowana, odnaleziona po latach tzw. korespondentka, datowana: Altengrabow 13 XI (1939). Nadawca: "Holoubek Gustaw, Kriegsgefagene Lager 11 a, I Kompania IV batalion, Nr 43 446". Adresat: "W. Pani Holoubkowa Eugenia, Kraków, ul. Kraszewskiego 25".
Najukochańsza Mateczko! Korzystając z okazji, piszę do Ciebie tę kartkę, pełną tęsknoty i łez. Jestem internowany w obozie jeńców wojennych w Altengrabow i powodziłoby mi się tutaj nieźle, gdyby nie brak Ciebie, kochana Mateczko. To, co przeszedłem dotychczas, dałoby się opisać na stu takich kartkach. Jak dotąd to jestem zdrów i czuję się dobrze. Po tym krótkim jakby sprawozdaniu o sobie chciałbym Cię prosić o kilka rzeczy. Przyślij mi, o ile możności, trochę pieniędzy niemieckich, bo polskich tutaj nie wymieniają. Odpisz mi natychmiast, co się dzieje z Józkiem, Helą, Zdziśkiem, Władką, Jasiem i moim małym bratankiem. Całuję Twoje piękne ręce. Twój Gustek.
Obok dopiski: "Poślij mi również paczkę z jedzeniem i tytoniem". "Staraj się o moje zwolnienie z obozu! Podanie składa się w miejscowym Ors-Komando z prośbą o przesłanie go do Ober-Komando w Berlinie, ul. Martin Luter".
Rzadko się zdarza autobiografia artysty, w której do zacytowania z nieodpartą siłą narzucają się wszystkie zdania. Autor przytaczał np. wspaniałe zdroworozsądkowe rady matki: "Jeśli żona powie ci, że źle się czuje – nie wierz jej; ona zawsze będzie się źle czuła, a ty umrzesz wcześniej". Albo: "Jeżeli już musisz zadawać się z tymi dziewuchami, to przynajmniej z ładnymi". Dlaczego? "Bo brzydkie są takie same".
Atencją darzył też wcześnie zmarłego ojca, oficera Drugiej Brygady Legionów Polskich:
Pędziłem jak wariat na górę, krzycząc od progu: "Ojciec idzie!", i dom w jednej chwili zamieniał się w ul rojny od czynienia porządków, ustawiania wszystkiego na swoim miejscu – jakby złapany na gorącym uczynku chciał jeszcze zatrzeć ślady występku.
Jako dozgonny kibic Cracovii wspominał pozyskaną z klubu piłkę:
Cała reprezentacja ulicy z napięciem śledziła głównego majstra, który przez otwór w pokrowcu wciskał gumowy szlauch tak, aby cycek pozostał na zewnątrz, po czym przez niego rozpoczynało się pompowanie, na ogół pompką od roweru, aż do odpowiedniej twardości. I wreszcie najtrudniejsza czynność – wiązanie sznurkiem cycka po odłączeniu pompki, tak aby nie uronić ani jednej cząstki zawartości powietrza. Wepchnięcie cycka do wewnątrz i zasznurowanie otworu wieńczyło dzieło. Ruszała kawalkada chłopaków na całą szerokość ulicy, a podawana z rąk do rąk i od nogi do nogi piłka, dla sprawdzenia wysokości kozła i siedzenia na bucie, wypuszczona wreszcie na dalekiego fora, wyznaczała zawsze ten sam kierunek: przestrzeń Błoń.
Autobiografia koncentruje się głównie na sprawach życiowych, nie na sztuce. Z żywota aktorskiego – jak twierdził autor – "nie umiałby się wyspowiadać".
[Gustaw Holoubek, "Wspomnienia z niepamięci", Marginesy, Warszawa 2009]
Jerzy Karaszkiewicz, "Pogromca łupieżu"
Jerzy Karaszkiewicz, "Pogromca łupieżu", fot. Wydawnictwo Dolnośląskie
Pod nieco dziwacznym, acz w dalszej treści uzasadnionym tytułem kryją się znakomite opowiadania, wspomnienia i gawędy Jerzego Karaszkiewicza – znanego aktora charakterystycznego, mistrza wyrazistego epizodu. Człowieka o bogatej osobowości, trzeźwym sądzie, niepospolitym dowcipie. W obrazkach obejmujących kilkadziesiąt lat XX wieku, autor przywołuje czasy wojny, szkoły, PRL. Pisze o Halinie Mikołajskiej, Elżbiecie Czyżewskiej, Jerzym Dobrowolskim, Januszu Głowackim, Stanisławie Barei, Stanisławie Tymie. A z okazji wizyty w monachijskiej rozgłośni Radia Wolna Europa – o Tadeuszu Nowakowskim.
O ludziach dużej sławy, oryginałach, jak i przeciętnych z pozoru zjadaczach chleba, których spotkał na swej drodze. O Studenckim Teatrze Satyryków, cenzorach i bojkocie. O księżach i ubekach, damach i kokotach, gentlemanach i cinkciarzach, uczonych i alkoholikach. Koleżankach i kolegach z planu, ze sceny, z kabaretu. O ich wielkości, ale i słabościach. Sam siebie przy tym nie oszczędza, przyznając się np. do własnego tchórzostwa, czym, paradoksalnie, daje dowód wielkiej odwagi.
Pisze językiem barwnym, z lekka groteskowym, ze znakomitą znajomością rzeczy. Niejeden z uznanych pisarzy mógłby mu pozazdrościć nie tylko fenomenalnej pamięci, ale i stylu. A zdarzeń opisanych w rozdziale "Tak było" – natchnionym eseju o Adamie Hanuszkiewiczu – z pewnością nie powstydziłby się sam baron Münchhausen.
O sobie autor pisze z przewrotną znajomością przedmiotu:
Mam wielki talent aktorski. I to jest jedna zaleta mej osobowości. Drugą jest skromność. I ta skromność kazała mi zawsze tak grać, żeby nikt mojego talentu nie zauważył. Można więc powiedzieć, że osiągnąłem sukces. W teatrze byłem zawsze bardzo lubiany. Ci niezdolni przepadali za mną, bo nawet od nich byłem gorszy. Ci zdolni też czuli do mnie sympatię. Chwalili mnie po każdej premierze, bo widać było, że się starałem.
Jestem pod wrażeniem książki Karaszkiewicza, który nie powinien mieć najmniejszego powodu, żeby nie uważać się za rasowego pisarza.
[Jerzy Karaszkiewicz, "Pogromca łupieżu", Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2002]
Kazimierz Kutz, "Portrety godziwe"
Kazimierz Kutz, "Portrety godziwe", fot. Znak
Wybór szkiców wspomnieniowych Kazimierza Kutza, w opracowaniu Jana F. Lewandowskiego, w znacznej części publikowanych wcześniej na łamach prasy. Portretowani przez Kutza to przede wszystkim artyści. Aktorzy: Kalina Jędrusik, Zbigniew Cybulski, Tadeusz Łomnicki, pisarz Stanisław Dygat, scenograf Marian Kołodziej.
Pozostali są ściśle związani ze Śląskiem jak oszczepnik Janusz Sidło czy politycy: Wojciech Korfanty, Jerzy Ziętek, Edward Gierek. Potraktowani zostali przez autora z właściwym mu eseistyczno-polemicznym zacięciem – z chęcią oddania im sprawiedliwości – przypomnienia zasług, choć nie bez pominięcia słabości, błędów, nietrafnych decyzji.
W pisaniu Kutza niemałą rolę odegrał Stanisław Dygat. Najpierw scedował nań wspomnienie o Cybulskim dla "Polityki", a po przeczytaniu tekstu zaproponował, by i nim zajął się po śmierci.
Każdy znajdzie w tym zbiorze coś dla siebie. Mnie najbardziej przypadł do gustu "Tadźko". We wspomnieniu o Tadeuszu Łomnickim sięga Kutz absolutnego szczytu w portretowaniu bliźnich. Odwołując się do wzajemnych związków na styku reżyser – aktor w filmie i na scenie, ukazuje zarówno wspaniałego artystę, jak i wielkiego indywidualistę, którego cechy charakteru sprawiały, że nie zawsze ich wzajemne stosunki układały się bezkonfliktowo. Dzięki temu z kart książki wyłania się przede wszystkim prawdziwy człowiek – bliski każdemu czytelnikowi, a nie niedosiężny pomnik ze spiżu.
Portretowane osoby, choć najzupełniej różne, łączy pokrewieństwo pasji: artystycznej, sportowej czy politycznej. Tak też swą misję życiową rozumie autor. Dawał temu wyraz kamerą, piórem czy jako senator – cokolwiek robił, zawsze miał na celu chęć przywrócenia godności i podmiotowości każdemu mieszkańcowi ukochanego Śląska.
[Kazimierz Kutz, "Portrety godziwe", wybór i opracowanie Jan F. Lewandowski, Znak, Kraków 2004]
Antoni Marianowicz, "Życie surowo wzbronione"
Antoni Marianowicz, "Życie surowo wzbronione", fot. Czytelnik
Łatwo rozpoznawalną cechą stylu Antoniego Marianowicza, znanego poety, satyryka i tłumacza, jest towarzyszące mu nieodmiennie poczucie humoru. Biorąc do ręki "Życie surowo wzbronione" – tom wspomnień, w którym Marianowicz relacjonuje wojenne losy w warszawskim getcie i tuż po jego opuszczeniu – byłem przekonany, że i tym razem otrzymam rodzaj paradokumentalnego opisu czasów pogardy (jak mawia poeta) w dobrze nam już znanym patetyczno-martyrologicznym stylu. Jakże srogo się omyliłem, jakże nie doceniłem autora!
Nietypowe to wspomnienia. Marianowicz ma rzadki talent narracyjny, to po pierwsze. Po drugie – jego opowieści o dzieciństwie i młodości wsparte są ciepłym, oryginalnym humorem oraz cienkim, ironicznym auto-dystansem do spraw tego świata. Czyni to jego wspomnienia tym bardziej pasjonującymi. Przy tym – co się wydaje zupełnie niepojęte – pisarz nie rości żadnych pretensji do losu, mimo że nie wszystko na tym padole łez zamierzałby afirmować.
Dwieście pierwszych stron "Życia…" zajmuje bardzo zajmująca rozmowa z pisarzem, wartko i kompetentnie poprowadzona przez Hannę Baltyn. Spod pióra Antoniego Marianowicza wyszło następnych 120 stronic, z barwnymi charakterystykami bliższych i dalszych krewnych czy przyjaciół (najczęściej nie przeżyli Holocaustu) oraz opisem rodzinnego domu. Obie części uzupełniają się i przenikają nawzajem, tworząc dodatkową jakość literacko-paradokumentalną. W sumie książkę czyta się, a raczej – jak się kolokwialnie mówi – połyka.
Przez karty tomu przewijają się postaci mniej lub bardziej znane, spokrewnione, bądź spowinowacone z autorem, np. małżeństwo Janina i Antoni Słonimscy czy bracia Pańscy: Jerzy, Antoni i Wacław (Solski). Francuskiego uczyły małego Kazia (Antoni Marianowicz to pseudonim przejęty przez pisarza z podrobionych "aryjskich" papierów) zdziwaczałe demoiselles, niemieckiego – rozmaite Fräulein. W arkana języka Szekspira wprowadzał go sam Hugh A. Mackenzie, autor międzynarodowego podręcznika do nauki angielskiego:
Mój nauczyciel stał się w czasie wojny jednym z bohaterów "Jeziora Bodeńskiego" Dygata, po wojnie zaś okazał się agentem Intelligence Service.
Pisarz, zdecydowanie niechętny stadnym odruchom, zdobywa się na luksus rzadkiej szczerości:
W getcie, jak z pewnością zdążyłaś się zorientować, daleki byłem od myśli o żydowskich Termopilach – zwierzał się Hannie Baltyn. – Moją jedyną koncepcją była ucieczka, co wcale nie znaczy, że nie zależało mi na zachowaniu twarzy. Uważałem, że warto ją zachować chociażby na pamiątkę.
Nie wiadomo, co bardziej podziwiać – odwagę wyznania czy kunszt przewrotnej pointy? Podobnie smakowitych myśli, jakby wyszperanych w zbiorku starych mądrości żydowskich, można znaleźć po kilka na stronie.
Autor nie uogólnia i nie moralizuje. Przytaczając zdarzenia, w których historia uczyniła go mniej lub bardziej czynnym uczestnikiem, unika piętnowania czy sądzenia. Nikogo nie zamierza potępiać, ani rozliczać z postępków. Osąd pozostawia czytelnikowi.
Po przeczytaniu "Życia…" odnosi się nieodparte wrażenie, że Antoni Marianowicz mógłby swoimi przygodami (koligacjami, talentami, fantazją, wiedzą) obdzielić hojnie kilka niezgorszych artystycznych życiorysów. Równocześnie chciałoby się wziąć do ręki następny tom (-ne tomy) jego wspomnień, tym razem o latach PRL i najnowszych – ich lektura z pewnością byłaby niemniej wciągająca (o czym, niestety, możemy już mówić tylko w czasie przeszłym; autor zmarł w 2003 roku).
[Antoni Marianowicz, "Życie surowo wzbronione", Czytelnik, Warszawa 1995]
Krzysztof Nazar, "Laska pana Oramusa"
Krzysztof Nazar, "Laska pana Oramusa", fot. słowo/obraz terytoria
Debiut literacki reżysera teatralnego i telewizyjnego Krzysztofa Nazara czyta się z zapartym tchem – od deski do deski. "Jedynym, skutecznym lekarstwem, które może zwalczyć chorobę, na którą Pan cierpi, jest świadoma i dobrowolna zgoda na śmierć" – mówi lekarz do głównego bohatera, w którym co wnikliwsi czytelnicy będą się dopatrywać alter ego autora. To doskonała, nasycona emocjami proza, pokrewna eseistycznemu widzeniu świata.
Bliski śmierci mężczyzna rozpoczyna wędrówkę po przeszłości. Wspomina "sielskie, anielskie" lata dzieciństwa, "chmurną, durną" inicjację erotyczną młodości, "wiek męski, wiek klęski". Lata chłopięco-młodzieńcze są dlań okresem brutalnego zderzenia z powojenną polską rzeczywistością. Dorosłość okaże się z kolei tożsama z samotnością.
Kiedy zorientowałem się, że wszystko, w co wierzyłem, zostało pominięte w słowniku nowego języka, gdy zrozumiałem, że odmówiono w nim sensu temu, co dla mnie miało sens, że to, co w nowej mowie określano mądrością, w moim języku znaczyło oczywistą głupotę, że autorytetem nazywano teraz sezonowe cwaniactwo, wrażliwością – chamski tupet, misją – korumpowanie sztuki, i gdy przekonałem się, że nikt przeciwko temu nie protestuje, co najwyżej szepce z innymi po kątach – ruszyłem na obrzeża miasta. Wszystko zostawiałem za sobą. Mogłem się obyć bez takiego świata, a i on za mną nie tęsknił.
Teatralne doświadczenie autora pomogło mu w drobiazgowym opisie onirycznej atmosfery Krakowa lat 60. i 70. – od czasu "Śmierci ciotki" Andrzeja Bursy nikt nie oddał jej równie sugestywnie – jak też w tworzeniu świetnych spięć sytuacyjnych, wspartych jędrnymi dialogami.
Wyostrzony wzrok narratora pozwala sięgać mu pod powierzchnię zjawisk, wydobywać zaskakujące prawdy.
Jest to proza drapieżna, aczkolwiek niepozbawiona autoironii. Pełna goryczy, jednak przełamywana subtelnym humorem. Uczciwa rozliczeniowa powieść o przegranym pokoleniu ówczesnych pięćdziesięciolatków.
[Krzysztof Nazar, "Laska pana Oramusa", słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2004]
Piotr Siemion, "Niskie Łąki"
Piotr Siemion, "Niskie Łąki", fot. W.A.B.
Wrocławowi trudno mierzyć się z legendą literacką Gdańska, opisywanego przez Güntera Grassa, Pawła Huellego czy Stefana Chwina. Kiedy jednak prawnik i tłumacz Piotr Siemion opublikował w 2000 roku debiutanckie "Niskie Łąki", wrocławianie uznali tę narrację za powieść z kluczem, łącząc jej bohaterów z mniej lub bardziej sobie znanymi postaciami opozycjonistów z początku lat 80. i osobami tamtejszego świata kultury. Kiedy zaś Waldemar Krzystek w 2004 roku zaadaptował powieść na scenę, szturmowali Teatr Współczesny – i słusznie, gdyż rozpisana na dialogi proza Siemiona znakomicie sprawdziła się w teatrze.
W chwili wydania była to opowieść o pokoleniu ówczesnych czterdziestolatków, którzy w stanie wojennym tworzyli grupę licealistów i studentów, buntujących się przeciw skundleniu rzeczywistości. Spiskowali, kolportowali bibułę, malowali wywrotowe hasła, uciekali przed milicyjnymi pałami. Ich poczynania obserwował przybysz z zewnątrz – Anglik, zakochany w polskim teatrze, któremu przyszło odbyć staż reżyserski na jednej z wrocławskich scen.
To, co zobaczył, jawiło mu się jako totalny absurd, porównywalny z kompletnie niezrozumiałą dlań "Kurką wodną" Witkacego, przy wystawieniu której pracował. Anglik szybko jednak przyswoił sobie nadodrzańskie klimaty, zwłaszcza gdy nieopatrznie zakochał się w Lidce. Będzie o nią rywalizować z krewkim Carlosem – powracającym z internowania, dlatego też cieszącym się największym mirem wśród kolegów.
Po latach Anglik zacznie studiować reżyserię filmową w Nowym Jorku, gdzie los nieoczekiwanie zetknie go z kilkoma poznanymi w Polsce chłopakami. Odnajdzie też Lidkę, której pomoże wydostać się z niebezpiecznych i mało chlubnych opałów. Po czym nastąpi jego powrót sentymentalny – przyjazd z kamerą do Polski czasu polityczno-ekonomicznej transformacji.
Rzeczywistość III RP ujawni przed nim swoje prozaiczne oblicze. Byli szeregowi opozycjoniści, z euforią przeżywający karnawał "Solidarności", stali się małymi dorobkiewiczami, usiłującymi – najczęściej mało legalnymi drogami – odbić sobie życiowe niepowodzenia, a to na emigracji za oceanem, a to w wolnej już Polsce. Carlos otworzy pierwszą niezależną rozgłośnię, Lidka – wypożyczalnię kaset wideo Las Vegas.
"Niskie Łąki" to powieść, w której autorowi udało się zawrzeć sporą porcję prawdy o nas samych – nieupiększoną, wręcz bolesną. O naszym narodowym charakterze. O tym, co nam się udało, i o niezwykłej łatwości burzenia i zaprzepaszczania szans. O romantycznych porywach duszy, które przegrywają ze skłonnościami do łatwego urządzania się w życiu.
[Piotr Siemion, "Niskie Łąki", W.A.B., Warszawa 2000]
Jan Tadeusz Stanisławski, "Zezem"
Jan Tadeusz Stanisławski, fot. Michał Kułakowski / Reporter / East News
Są takie książki, które dają znacznie więcej, niż obiecuje okładka. Do nich zaliczyłbym wspomnienia Jana Tadeusza Stanisławskiego "Zezem. O wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia". Nie są to wszakże, jak można by wnosić z tytułu, teksty satyryczne znanego aktora, estradowca, autora wielu nieśmiertelnych przebojów – choć i taki zbiorek mógłby liczyć na czytelnicze zainteresowanie – lecz znakomicie podpatrzone, opisane ze swadą i ciepłym humorem portrety środowisk, w których autor, współtwórca słynnych teatrzyków studenckich i kabaretów obracał się od połowy lat 50.
A miał on szczęście uczestniczyć w legendarnych dziś przedsięwzięciach artystycznych. Jako student ekonomii i filozofii Uniwersytetu Warszawskiego założył wraz z kolegami w 1957 roku kabaret Stodoła. Występował w STS-ie, gdzie zadebiutował jako reżyser nagradzanym "Solo na perkusji". Trafił do kabaretu Owca Jerzego Dobrowolskiego. Był jednym z wykonawców i autorów Kabaretu Olgi Lipińskiej i zespołu Pod Egidą Jana Pietrzaka.
Od debiutu w "Zezowatym szczęściu" Andrzeja Munka grał też w filmach. Popularność przyniósł mu autorski serial telewizyjny "Zez sterowany". Rozbawiał pokolenia Polaków jako profesor Katedry Mniemanologii Stosowanej. Kończący każdy z wykładów zwrot "I to by było na tyle" trafił pod strzechy, a prof. Jan Miodek poświęcił mu całą stronę swojego słownika.
Kulisy powstawania skeczy, wierszy, piosenek, występów na estradach, przeglądach i festiwalach – nie tylko w Polsce, bo i na zagranicznych artystycznych "saksach", głównie w USA – autor opisuje żywą, szlachetną polszczyzną. 220 stron znakomitych opowieści o walce, jaką przyszło mu staczać z absurdami czasów PRL, plus rewelacyjne anegdoty z udziałem legendarnych dziś osobowości świata kultury, sztuki, polityki. Indeksu nazwisk brak, a szkoda; jest za to wklejka ze zdjęciami.
[Jan Tadeusz Stanisławski, "Zezem. O wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia", Rosner & Wspólnicy, Warszawa 2004]
Roland Topor, "Bal na ugorze"
Roland Topor, 1996, fot. Louis Monier / Forum
Wędrujący paryskimi ulicami narrator "Balu na ugorze" narzeka na praktyki bukinistów: "Księgarnie próbują mnie sprowokować, wyzywająco trzęsąc okładkami. Błyszczące obwoluty trzepoczą skrzydełkami i same się oklaskują. Na próżno wytrzeszczam oczy, żadna z moich książek nie leży na wystawie. Nic dziwnego, że się tak źle sprzedają".
To ostatnia książka Francuza polskiego pochodzenia Rolanda Topora (1938–1997), najbardziej osobista, z licznymi wątkami autobiograficznymi. W Polsce makabreski Topora – rysunki, grafiki, opowiadania, powieści czy dramaty – cieszyły się zawsze powodzeniem, dodajmy, że w pełni zasłużonym. "Bal na ugorze" może tylko utwierdzić nasze jak najlepsze mniemanie o tym wszechstronnym twórcy.
Talentów miał bowiem tyle, że mógłby nimi hojnie obdzielić kilka pracowitych życiorysów: rysownik, malarz, grafik, plakacista, prozaik, poeta, dramaturg, tekściarz, scenarzysta, reżyser teatralny, scenograf, aktor… Ubolewał nad faktem, że zabrakło mu zdolności rzeźbiarskich i muzycznych.
W dziedzinach, które uprawiał, Topor był prawdziwym mistrzem. Nigdy nie rozmieniał się na drobne. Najlepszym potwierdzeniem jest jego ostatnia książka. Dla recenzentów taka proza to niebywała gratka. Nie ma w niej miejsc pustych. Każda strona, każdy akapit to gotowa do cytowania sentencja.
Topor łagodnie pokpiwa sobie z absurdów rzeczywistości, nie oszczędzając nikogo, nie wyłączając samego siebie. Jego spostrzeżenia noszą znamiona genialności. Najznakomitszym epizodem książki jest dla mnie opis spotkania narratora "Balu na ugorze" z innym wyrobnikiem pióra, którego powieści "Życie do kitu", niestety, nie przeczytał.
Znajomy pisarz nie ma mu tego za złe. Zorientował się już, że jego książki nie przeczytał nikt, z recenzentami włącznie.
– Znam wielu dziennikarzy. Wiedzą, co ta powieść dla mnie znaczy. Wyprułem sobie dla niej flaki. Siedem lat strasznej harówki. Trzy zerwania. Dziesięć przeprowadzek. Nie mieli odwagi źle o niej napisać. Sprawdziłem: żaden nie czytał. Znasz dziennikarzy, kartkują książki, podchwycą cytat to tu, to tam i gotowe.
Księgarze nie wyszli poza pierwszą stronę. Przyjaciele twierdzili, że pochłonęli ją w jedną noc, inni, że rozkoszowali się powoli, ale na konkretne pytania odpowiadali wykrętnie, albo nie na temat. Wydawca zapewnił autora, że jest on jedynym, którego książki przyjmuje z zamkniętymi oczami. Korektorzy?
– Nie znasz korektorów? Poprawiają, ale nie czytają. Przynajmniej ci dobrzy. A założę się, że nie ma ani jednej literówki.
Pisarz zatrudnił więc bezrobotnego, który jego "Życie do kitu" czytał na głos za… 150 franków za godzinę. Co pięć minut uciekał zresztą do łazienki, by nabić taryfę…
Jeśli chodzi o mnie, znakomitą książkę Topora przeczytałem z prawdziwą przyjemnością bez rzeczonych 150 franków za godzinę. Czytelnicza satysfakcja gwarantowana.
[Roland Topor, "Bal na ugorze", tł. Agnieszka Taborska, wydawnictwo Sonia Draga, Warszawa 2010]
Ze zrozumiałych względów sporządzony wyżej zestaw nie obejmuje książki "Wracając do moich Baranów", której autorem jest Janusz R. Kowalczyk, czyli piszący te słowa. O tym, czy wymieniona pozycja o Piwnicy pod Baranami godna jest wakacyjnej lektury, nie mnie jednak sądzić. Dlatego proponuję, żebyście państwo przekonali się o tym sami.