Gdybyśmy niczego nieświadomi cofnęli się w czasie na nasze osiedla sprzed ćwierć wieku, to jest spore prawdopodobieństwo, że po krótkim spacerze wykrzyknęlibyśmy: „Co to za miejsce? Jak ludzie mogą tak żyć?”. Wpierw kroplówka unijnych funduszy wyciągnęła nieco polskie miasta z estetycznej zapaści, potem pomogły im kosmetyczne zabiegi przed Euro 2012, aż wreszcie w ciągu ostatnich nastu lat zaczęły naprawdę pięknieć w oczach.
Inwestycyjny boom – pierwszy od gierkowskiej dekady – miał swoje jasne i ciemne strony i przyczynił się do tego, że coraz bardziej interesowaliśmy się przestrzenią wokół nas. Już w pierwszej dekadzie XXI wieku mogliśmy zaobserwować rozwój oddolnych inicjatyw, którym na sercu leżał ład przestrzenny swoich metropolii, np. Towarzystwo Upiększania Miasta Wrocław, Stowarzyszenie My-Poznaniacy czy łódzka Grupa Pewnych Osób, która od 2006 roku organizowała happeningi mające zwrócić uwagę na takie miejskie plagi, jak nielegalne reklamy czy zaniedbania miejskiej zieleni. W kolejnej dziesięciolatce, gdy takich przedsięwzięć powstawało coraz więcej, dorobiły się wspólnej nazwy – ruchy miejskie.
Tematy związane z architekturą i planowaniem weszły do podręcznego zestawu kawiarnianych rozmów. Słowniczek architektonicznych terminów, które w ostatnich latach rozgościły się w naszym codziennym języku, takich jak patodeweloperka czy betonoza, zebrała na Culture.pl Anna Cymer w artykule (Nowa) mowa o mieście. Architektura miała również szczęście do swoich popularyzatorów i popularyzatorek – wspomnijmy głośne swego czasu książki Filipa Springera (Wanna z kolumnadą czy 12 pięter), Beaty Chomątowskiej (Betonia) czy poświęcone odbudowie Warszawy i budowie Gdyni prace Grzegorza Piątka.
Proces burzeń sprawił, że coraz bardziej przejmowaliśmy się losem architektury późnego modernizmu, brutalizmu i wreszcie postmodernizmu (Solpol pamiętamy). Wspomnijmy też, parafrazując tytuł książki i wystawy, „obiekty, które zostały biedronkami”, czyli miejsca, które dawniej pełniły funkcje towarzysko-kulturalne (kina i kawiarnie), a następnie zostały przekształcone w dyskonty. W miejscu zabytków architektury przemysłowej wyrastały centra handlowe czy apartamentowce, potem przyszła moda na przekształcanie je w food courty.