Reklamoza to zjawisko wyjątkowo demokratyczne. W jego tworzeniu biorą udział zarówno największe światowe korporacje, politycy, instytucje kultury, jak i mali przedsiębiorcy. Wszyscy bowiem mają swoje zasługi w zaśmiecaniu przestrzeni (bardzo często nielegalnymi) nośnikami reklam, od gigantycznych świecących ekranów, przez wielkoformatowe bilbordy po szyldy, plakaty, wklejki i ulotki na słupach i przystankach. Od trzech dekad, wraz z rozwojem w Polsce systemu kapitalistycznego, reklama zdominowała polskie ulice. I znów: początkowo wydawało się, że to zjawisko pozytywne, że wnosi w przestrzeń miast "powiew Zachodu", że każda ulica zasługuje, by przypominać nowojorski Times Square. Z czasem okazało się, że nadmiar reklamy i brak jakiejkolwiek nad nią kontroli – to jedno z najbardziej negatywnych współczesnych zjawisk, które nie tylko szpecą, ale mają wpływ nawet na nasze zdrowie (zjawisko visual pollution, zanieczyszczenia obrazami, jest już zbadane i opisane). To dlatego kolejne miasta starają się wprowadzać uchwały krajobrazowe, najlepsze narzędzie porządkujące nie tylko obecność reklamy w mieście, ale i wygląd szyldów, parkanów, małej architektury. Tam, gdzie podobne uchwały już obowiązują (np. w Gdańsku czy Krakowie), jakość i estetyka przestrzeni miejskiej znacznie się poprawiła.