Pierwotnie elewacja Solpolu miała być obłożona czarnymi, polerowanymi płytami z gresu. W ich lustrzanych powierzchniach miał się odbijać ceglany kościół, co miało być kolejnym sposobem na uszanowanie historycznego sąsiedztwa. Imitująca kamień okładzina okazała się jednak za droga; ostatecznie dom towarowy zyskał elewacje z blachy i ceramiki. Wojciech Jarząbek wspominał:
Mieliśmy przeprojektować to tak, żeby wyszło taniej, kamień zastąpiła więc blacha. Ale czarna blacha to nie to samo co czarny kamień. Dlatego zaczęliśmy szukać innej kolorystyki. Z tego czarnego zrobiła się ciemnoszara okładzina ceramiczna, do której dodaliśmy róże, fiolety i turkusy, które na początku lat 90. były wszechobecne w grafice i reklamie i miały oddawać ducha czasu.
Niezwykła, niespotykana dotąd w Polsce kolorystka budynku miała swoje uzasadnienie w panującej wówczas modzie - dom handlowy miał przyciągać klientów, musiał się wpisywać w obowiązujące trendy. Można ją interpretować także jako swoisty "prztyczek w nos" mieszczańskim domom towarowym, których kilka działało w centrum Wrocławia od początku XX wieku. Solpol wyrastał z zupełnie innego ducha niż eleganckie, powściągliwe w formie poniemieckie domy handlowe; u jego podstaw stała radość i optymizm związane z transformacją ustrojową, poczucie odzyskanej wolności. Na łamach portalu Bryla.pl Wojciech Jarząbek przyznawał:
Zakładałem naiwnie, że po upadku komunizmu będziemy mieli w Polce wolność, zerwiemy wszelkie schematy i kanony, będziemy tworzyć bez skrępowania, bez tego całego ubranka stylowego. Nigdy zresztą nie zastanawiałem się, czy coś da się zbudować czy nie - zakładałem, że się da.
Solpol jest więc nie tylko przykładem oryginalnego komercyjnego budynku w kraju, w którym przez ostatnie pół wieku nie istniało pojęcie architektury komercyjnej, bo produkcja architektoniczna była upaństwowiona. Jest więc także niezwykle wyrazistą materializacją swoich czasów, panujących wówczas emocji i nastrojów, mody, ale i marzeń, które wtedy wydawały się wreszcie możliwe do zrealizowania.