Wątek południowoamerykański spina biografię Maseckiego symboliczną klamrą. Jego dziadkowie poznali się podczas II wojny światowej w Buenos Aires. Do Polski wrócili jako małżeństwo, polonizując przy okazji nazwisko Meiselman na Masecki. Tanga, które dziadek grywał mu po lekcjach, początkowo nudziły młodego Maseckiego, ale po latach muzyk przyznaje: „To ziarenko coś zasiało i po 30 latach kiełkuje”. Z Argentyny pochodzi zresztą żona artysty, wokalistka i artystka wizualna Candelaria Saenz Valiente, którą poznał podczas studiów w Bostonie.
Impuls do muzycznego powrotu do tych korzeni przyszedł znienacka, podczas wyczerpującej sesji nagraniowej Wariacji Goldbergowskich. „Na wyczyszczenie się z tego problemu z Bachem po prostu zaśpiewałem piosenkę – wyszła ze mnie Solamente una vez, bolero, hit z Meksyku” – opowiada Masecki. Tak powstała płyta Boleros y más (2023) – po polsku „Bolera i nie tylko” – zarejestrowana w trio z kontrabasistą Maksemem Muchą i perkusistą Jerzym Rogiewiczem. To pierwszy krążek, na którym Masecki śpiewa, choć zaznacza, że nie czuje się z tego powodu wokalistą. Do śpiewania na scenie namawiali go już wcześniej Candelaria Saenz Valiente i Janek Młynarski. Poza tytułowymi bolerami, znajdziemy tam również: brazylijskie choro, wywodzącą się z kolumbijskiego tańca, ale popularną na całym kontynencie cumbię, argentyńskie tanga i wenezuelskie walce.
Rozwinięciem tego projektu jest big-bandowa płyta Boleros y Masecki (2025) nagrana z rozbudowaną sekcją dętą. Zgrali w niej m.in. Eldar Tsalikov, Kuba Więcek oraz trębacze z dwóch różnych pokoleń: Jan Harasimowicz (kolega Maseckiego z czasów szkoły muzycznej) i Bruno Wojnarski, poznany na warsztatach przez pianistę na festiwalu Ensemble. Wizualnym dopełnieniem wydawnictwa jest teledysk do utworu Noche de ronda inspirowany opowiadaniem Pływak Johna Cheevera, a wyreżyserowany przez Candelarię Saenz Valiente. „Granie muzyki latynoamerykańskiej z okresu mojego dziadka jest po prostu moją osobistą z nim rozmową” – podsumowuje artysta.
Praca nad materiałem latynoamerykańskim po raz kolejny przybrała u Maseckiego formę muzycznej archeologii. W okresie pandemicznej izolacji artysta usiłował zdobyć nuty do Mirandy i Las Palmas de Maracaibo – wenezuelskich walców, które trafiły do zachodniego krwiobiegu kulturowego za sprawą filmu Ghost World w reżyserii Terry’ego Zwigoffa. Ich twórca, wywodzący się z Wenezueli afro-karaibsko-sefardyjski kompozytor Lionel Belasco, u progu XX wieku położył podwaliny pod rozwój trynidadzkiego calypso. Paradoksalnie, mimo barwnej biografii, pokaźnej dyskografii i ewidentnego wpływu na fonosferę obu Ameryk (jego utwory interpretowali Louis Armstrong czy Harry Belafonte) papierowe zapisy jego kompozycji pozostawały nieosiągalne. Szczęśliwym trafem Masecki natrafił na skan opatrzony pieczęcią uniwersytetu w Caracas i nazwiskiem Eleonela Ramireza. Po nawiązaniu kontaktu badacz poprosił o wpłatę „co łaska”, w zamian przesłał zdigitalizowany dorobek swojego życia: zbiór wenezuelskich nut od XIX wieku aż po współczesność. Archiwum całkowicie niedostępne w sieci, która na co dzień daje nam przecież złudzenie dostępu do wszelkiej wiedzy. Dzięki temu krótka, dwuminutowa melodia Mirandy mogła rozrosnąć się do dwunastominutowej formy.