W jednej z filmowych kłótni ojciec-pisarz mówi córce o swoim zobowiązaniu wobec historii i narodu. On, wielki mistrz i moralny autorytet, wierzy, że może wpłynąć na losy swojej ojczyzny. W odpowiedzi słyszy od Eriki bolesną prawdę o tym, że dwa imperia już dawno rozplanowały przyszłość, a on, wielki artysta, jest tylko czymś w rodzaju melodii w tle.
W Ojczyźnie Pawlikowski rozwija tę tezę. Pokazuje niebezpieczeństwa, jakie pociąga za sobą uwikłanie sztuki w politykę i nadawanie jej doraźnych znaczeń. Przypomina o Wagnerze, którego genialna muzyka stała się narzędziem Trzeciej Rzeszy, przywołuje postać Gustafa Gründgensa, aktora, który stał się pierwowzorem oportunistycznego kolaboranta Hendrika Höfgena z Mefista Klausa Manna. Przypomina o Bachu, który stał się „narzędziem” Kościoła, i Goethego, o którego w powojennych Niemczech walczy Wschód z Zachodem.
Ojczyzna staje się tym samym zaproszeniem do rozmowy o filozofii i historii, literaturze i kinie. Nie jest to rozmowa łatwa, a film Pawlikowskiego stawia przed widzem pewne oczekiwania. Aby w pełni się nim cieszyć, warto znać historię rodziny Mannów i szczegóły relacji łączącej Tomasza z jego bratem, Henrykiem, a także z synami: Klausem i Gollem (autorem znakomitych Dziejów Niemiec XIX i XX wieku – bardzo bliskich Ojczyźnie). Nie oznacza to, rzecz jasna, że przed filmowym seansem trzeba koniecznie spędzić tygodnie w bibliotekach, niemniej znajomość twórczości i biografii Mannów pozwala docenić niektóre smakowite fragmenty.
Ojczyzna uwodzi. Nie tylko odwagą i estetyczną bezkompromisowością, ale też poczuciem humoru. Pawlikowski przemyca tu bowiem wiele niepozornych żartów, intelektualnych, zamierzonych raczej na wywołanie uśmiechu niż rechot. Komediowe mikro-sceny znakomicie kontrapunktują tę poważną, filozoficzną opowieść o walce między prywatnym i publicznym. Choćby wtedy, gdy niemalże kabaretowy występ piosenkarki (Joanna Kulig) staje się komentarzem do niezwykle poważnych, nadętych dialogów, albo wtedy, gdy na przejściu granicznym Tomasz Mann zostaje zaczepiony przez żołnierza ze wschodnich rubieży Rosji, a zamiast wyproszonego papierosa wręcza mu eleganckie cygaro.
Wszystkie te komediowe akcenty, choć ożywcze, nie odciągają jednak uwagi od tego, co w Ojczyźnie najważniejsze – opowieści o artyście, który musi skonfrontować się z sobą samym. Pawlikowski opowiada tu bowiem o tożsamości twórcy, dla którego kultura staje się bezpiecznym schronieniem, ale czasem zmusza do zderzenia się z bolesną prawdą. W finałowej scenie Pawlikowski zdaje się odrzucać wizję sztuki jako powinności i artysty jako wieszcza. Siedząc na ławce zniszczonego kościoła, słuchając dźwięków Bacha wygrywanych na zdezelowanych organach, wielki Tomasz Mann na krótki moment musi skonfrontować się ze sobą, ze śmiercią zakochanego w Bachu syna i własną przeszłością. Nagle pomnik ożywa, staje się ludzki.