Sentymentalna wyprawa, jaką urządza swym widzom Aksinowicz, jest tylko preludium do prawdziwego dramatu. Opowieści o samotności, chorobie, o traumie dorastania w domu naznaczonym przez alkohol. O egoizmie chorego i egoizmie tych, którzy chcieliby, żeby wyzdrowiał i nie przynosił już wstydu. Reżyser, który sam jest dorosłym dzieckiem alkoholika, sięga do osobistych doświadczeń, co z łatwością wyczuć możemy na ekranie. W "Powrocie…" nie ma fałszywych tonów, jest odwaga otworzenia się przed widzem, zaproszenia do wspólnej rozmowy.
Akisnowicz metodycznie odziera swoich bohaterów z radości i nadziei, pokazując, jak przebiega proces deziluzji. Demaskuje piękne kłamstewka, w które bohaterowie chcieliby wierzyć (choćby te o pracy ojca w amerykańskim radiu) i odkrywa przed nami smutną prawdę o rzeczywistości. Wyidealizowany Alek z czasem zmienia się w z fajnego ojca w ofiarę własnego nałogu, słabego człowieka krzywdzącego tych, na których najbardziej mu zależy.
W interpretacji Macieja Stuhra to postać przerażająca i wzruszająca zarazem, niepozbawiona uroku, ale sponiewierana przez chorobę. Aktor, który większości polskich widzów kojarzyć się w może z komediowym repertuarem, w "Powrocie…" tworzy jedną ze swoich najlepszych aktorskich kreacji. Ociepla swoją postać i broni jej, ale jednocześnie nie zakłamuje jej prawdziwego obrazu. Bo Aksinowicz rysuje swoich bohaterów subtelną kreską – nie interesuje go formułowanie filmowego aktu oskarżenia, ale opowieść o ludziach uwikłanych w dramat choroby niszczącej wszystko i wszystkich.