Jul Łyskawa, "Prawdziwa historia Jeffreya Watersa i jego ojców"
Okładka książki Jula Łyskawy, "Prawdziwa historia Jeffreya Watersa i jego ojców", fot. wydawnictwo Czarne
Więc czym właściwie jest ta książka? Opowieścią o artyście i jego dziele czy dziełem samym w sobie?
Jeśli chcesz, może być martwą naturą ze spawanego żelaza nawiązującą do prekubistycznych obrazów Picassa. To chyba zależy od czytelnika, ale nie znam się na literaturze. Znam się na rzeźbie
– ten fragment "Prawdziwej historii Jeffreya Watersa i jego ojców" najpełniej oddaje to, czym jest powieść Jula Łyskawy. Kim z kolei jest tytułowa postać? To wytwór drwalskich mięśni i szalonej wyobraźni autora. Czytelnik wpada do miasteczka Copperfield (skojarzenia z Twin Peaks jak najbardziej na miejscu), by dowiedzieć się co nieco o rodzinie drwali, odwiedzić ukrywającego się przed światem rzeźbiarza, a przede wszystkim skonfrontować się z amerykańską mentalnością. Różne wątki oplatają oś fabularną niczym bluszcz, jednak to nie treść gra tutaj pierwsze skrzypce.
Debiutancka powieść Łyskawy to gatunkowy rollercoaster. Fragmenty medialnych wypowiedzi przechodzą w rodzinną sagę, spreparowany wywiad dopełnia recenzenckie popisy. Myśli są rwane, dialogi – stylizowane, słowa bawią, obrazy zaskakują. Ruchem konika szachowego przemieszczamy się między końcówką XIX stulecia a latami dwutysięcznymi. Montaż literacki to w tym przypadku istny majstersztyk. Krytycy są zgodni: "Prawdziwa historia Jeffreya Watersa i jego ojców" to najbardziej elektryzujący debiut ostatnich lat.
Postscriptum [7]
A propos debiutów… Czy Jakub Jarno to Remigiusz Mróz? To pytanie od tygodni zadają sobie krytycy i czytelnicy powieści "Światłoczułość". O jej autorze oficjalnie wiadomo tylko tyle, że mieszka na wsi, nie chce udzielać wywiadów i jest przekonany, że "to nie pisarz jest ważny, ale jego opowieść. I że jedynie kryjąc się w słowach, można sprawić, by te ożyły w umysłach innych". Co dociekliwsi licytują się na argumenty dowodzące zbieżności niektórych wątków, postaci czy nawet konkretnych słów debiutanckiej prozy z dotychczasowym dorobkiem najpoczytniejszego pisarza w Polsce. Dla innych rzeczywiście nie ma znaczenia, kto jest autorem, liczy się dzieło. Nie będziemy brać udziału w literackim śledztwie, zadajmy jednak nieco inne pytanie: Czy początkujący pisarz mógłby sobie pozwolić na opiekę tak uznanego wydawnictwa lub na zakrojoną na szeroką skalę kampanię marketingową? Czy taki start jest uczciwy wobec innych twórców i czytelników?