Eliza Kącka, pisarka, literaturoznawczyni, krytyczka, eseistka, felietonistka „Tygodnika Powszechnego” w swojej książce Wczoraj byłaś zła na zielono dokonuje czegoś wyjątkowego. Opowiadając o osobistych doświadczeniach, tworzy literaturę, która o naszych relacjach ze światem i z innymi ludźmi mówi więcej niż wiele traktatów filozoficznych.
Słowa i rzeczy
Pisząc o swojej córce, zwanej przez nią Rudą, i jej odmienności, autorka ani razu nie używa słowa „autyzm”. Podkreśla:
Nie będę cytować rozpoznań, bo ta książka sprzeciwia się władzy. Również władzy diagnoz. Diagnoza to zasieki ochronne i klincz, poduszka i kaganiec. Jest potrzebna, gdy idziesz na starcie z biurokracją, gdy zbroisz się przeciwko światu sztywnych liter i formuł, gdy zdajesz sobie sprawę, że świat społeczny to talia ról. Moja opowieść jest o czym innym.
Diagnozy mają wymiar praktyczny, nigdy jednak nie są w stanie wychwycić wszystkich, często bardzo subtelnych wymiarów inności, o których mówi książka Kąckiej. Zaczerpnięte z Susan Sontag motto otwierające książkę: „Jak już dziś wiadomo, istnieją sposoby myślenia, których jeszcze nie znamy” na kolejnych stronach zyskuje coraz to nowe znaczenia. Dowiadujemy się o pierwszych ukłuciach, które czuła matka, gdy zauważyła, że jej dziecko chodzi po stałych, dokładnie wyznaczonych przez chodnikowe płytki trajektoriach, a także o przypominającym metafizyczną zagadkę „tam”, czyli pierwszym słowie wypowiedzianym przez malutką Rudą:
Balkonowe „tam”, znak dali, słowo, które zawiera w sobie tajemnicę bycia nie u siebie, namierzania czegoś poza sobą, stało się dla mnie w jednej chwili symboliczne. Gdy się odezwała, zrozumiałam, że to nie tylko milczenie. Pierwszym słowem rzuconym z innej orbity w kosmos nie mogło być słowo „mama”. Mogło nim być słowo „tam”. Proste? Piekielnie proste.
Język i to, jak słowa łączą się ze światem, to w ogóle niezwykle ważny temat w książce. Kącka wspomina, jak odliczała kolejne skąpo wypowiadane przez Rudą zdania, notowała wypowiedzi-zagadki, jak tytułowe „wczoraj byłaś zła na zielono”. Przejmująco i fascynująco opisuje wspólne życie i codzienną komunikację kogoś, kto w języku czuje się jak ryba w wodzie, kogo żywiołem jest literatura, mówienie, z kimś, dla kogo słowa łączą się z kolorami lub emocjami, mają swój specyficzny ciężar i stawiają opór, co sprawia, że nie można nimi zbyt lekko szafować, a ich nadmiar męczy. „Wcześniej mogłam najwyżej dukać coś akademicko o słowie, ale nie wiedziałam nic o innej gęstości istnienia” – stwierdza Kącka. W tym odmiennym natężeniu rzeczywistości słowa zachowują swoją pierwotną nieoczywistość i dziwność, której większość z nas na skutek przyzwyczajenia i swobodnego ich używania już nie zauważa:
Jej sposób myślenia dał mi dowód istnienia innego świata. Niejednorodnego, żywego, nicującego nasze kategorie. Baśń może być do niego wehikułem. Nie do świata królewien, świnopasów i smoków, jak myślałam w dzieciństwie. Do świata wyzwalającego słowa, pojęcia i rzeczy z reguł oswojonej grawitacji.
Inne światy, inne sposoby myślenia
Który świat jest prawdziwy – ten bardziej zwyczajny i standardowy, w którym żyje Eliza, zwana przez córkę Pingwinem, czy ten bardziej tajemniczy, do którego ma dostęp Ruda? Który jest ciekawszy, piękniejszy, lepszy, bardziej niewinny? „[…] Kto to tu jest jeńcem siedzącym w półmroku i śledzącym przemykające po ścianie jaskini cienie? Jeńcem przykutym do swojej perspektywy i tego nieświadomym?” – zastanawia się autorka. Z fascynacją obserwuje, z jaką intensywnością na jej córkę działa natura, las, jezioro, morze. Ma świadomość, że chociaż od ponad osiemnastu lat tworzą z Rudą dwuosobową drużynę, porozumiewają się, wspierają, budują wspólnotę, to ich horyzonty nigdy się w pełni nie stapiają, że nie ma dostępu do świata swojego dziecka. Może się go tylko domyślać, spekulować na jego temat, budować teorie na podstawie skąpych informacji. Nieustannie do niego pukać, dyskretnie zadawać pytania. „Za brak dostępu się płaci. Napięciem w karku, pobolewaniem w klatce” – wyznaje Kącka. W książce przytacza też jeden z listów, które nocami pisała do córki, a potem wysyłała sobie samej z jednej skrzynki mailowej na drugą.
W co grają ludzie
Próbując opowiedzieć – czytelnikom, ale przede wszystkim sobie samej – o inności Rudej, autorka analizuje samą siebie. Przygląda się swoim wspomnieniom z dzieciństwa. Zauważa, że to dzięki córce nie boi się mówić własnym głosem, używać wyobraźni, tworzyć:
Mój umysł bardzo się zmienił pod władzą Rudej. A może zawsze taki był. Podobno, odkąd pamiętam, byłam inna, acz tylko czasem w niepokojący sposób.
Matka i córka – i jako duet, i każda z osobna – muszą oczywiście funkcjonować w rzeczywistości społecznej. A ta, jak wiadomo, często bywa okrutna. Autorka bardzo sugestywnie opisuje rozmaite przeprawy związane ze spacerami, piaskownicą, przedszkolem, szkołą, lekarzami, przejazdami transportem publicznym; ciągłe czuwanie nad Rudą („Agencja ochroniarska »Matka« osłaniająca spotkania dziecka ze światem”) oraz to, jak jej córka („Smukła, dumna, przyciągająca wzrok, a tym samym i skrajności – miłość i przemoc, żywiołową niechęć i sympatię”) w miarę dorastania sama stara się dzielnie z tym światem konfrontować. W porozrzucanych w książce krótkich rozdziałach „Rzeczy, które usłyszałam jako matka” prezentuje próbkę głosów – pouczających, apodyktycznych, złowrogich lub zwyczajnie bezmyślnych – starających się na różne sposoby ustawić także ją samą. Najmniejszy bunt przeciwko społecznym rolom i schematom, odwaga bycia osobnym bytem, spotyka się z natychmiastowym przywołaniem do porządku, mniej lub bardziej jawną agresją. W swojej książce Kącka pokazuje, jak niezwykle trudną sztuką, nie tylko dla Rudej, ale na jakimś poziomie dla każdego z nas, jest budowanie własnej podmiotowości, prawdziwe porozumienie z drugim człowiekiem oraz funkcjonowanie w świecie społecznym, a zarazem niepoddawanie się jego tyranii.