Pisze Pani, że „nikt nigdy nie pytał Warmiaków o zdanie”. A jak wyobraziłaby sobie pani Warmię urządzoną przez Warmiaków? Czym różniłaby się od dzisiejszej?
W książce przyjmuję perspektywę mojego ojca, więc to oczywiście jest jego stwierdzenie, on tak postrzega sytuację. Ja tego nie kwestionuję, ale przyglądam się, notuję, sprawdzam, skąd w nim takie poczucie braku zrozumienia, skrzywdzenia. Ale przede wszystkim – zauważam istnienie Warmiaków. Przynajmniej tego jednego! Richtycznego Warmjoka. Zauważyć istnienie, nawet tak enigmatyczne, nieoczywiste, to już jest chyba coś. Bo wiele osób twierdzi, że ich nie ma.
Warmiaków nie ma, wyjechali, stali się Niemcami, albo są Polakami, nie ma już żadnej warmińskości, nie ma o czym mówić. A tu nagle pojawia się taki Warmiak cało gambo, królewski okaz, o złożonej tożsamości, wielowątkowy, zdeklarowany jednak w swojej warmińskości.
Nie wiem, jak mój ojciec urządziłby Warmię, ani czy byłaby ona wtedy lepszym miejscem niż jest teraz (śmiech). Jak dla mnie jest w porządku taka, jaką jest, podlegająca znikaniu, bo wszystko znikaniu podlega. Śladów tej Warmii, o której opowiada mój ojciec – a jego opowieści bywają zarówno straszne i bolesne, jak i piękne – pozostało już niewiele. I to była jedna z przyczyn napisania tej książki – to, co zachowało się w pamięci mojego ojca, wydało mi się bezcenne. Wychowali go dziadkowie, więc jest nośnikiem wspomnień wcześniejszych pokoleń – zachował w sobie pamięć o tej warmińskiej Atlantydzie, która była częścią większej kulturowej mozaiki, jaką były Prusy Wschodnie.
Ojciec chętnie pani o tym opowiadał?
Powiedziałabym, że skrajnie niechętnie (śmiech). Mój ojciec zdecydowanie nie jest osobą, która chciałaby chlapać na prawo i lewo o sobie i swoich rodzinnych tajemnicach. Z powodów życiowych stało się jednak tak, że trzy lata temu zamieszkałam z nim i przez ten czas trochę tych historii udało mi się z niego wycisnąć. Uznałam, że ważne jest to, żeby o tym opowiedzieć – po części w imieniu ojca, a po części także w imieniu innych Warmiaków i Warmiaczek.
W książce podejmuję próbę poskładania tych różnych małych opowiastek, znaków czy wskazówek dawanych mi przez ojca we własną opowieść, w której opieram się na swoich rozpoznaniach i intuicji. Cieszę się, gdy docierają do mnie głosy, że moje przypuszczenia się sprawdzają, np. gdy piszę o wewnętrznej emigracji Warmiaków, którzy nie chcą zbyt wiele mówić o przeszłości choćby dlatego, że kiedyś doświadczyli szykan ze względu na swoje pochodzenie. Ale przypuszczam, że mogą istnieć też inne perspektywy i spojrzenia na warmińskość i chętnie bym je poznała. Moja historia jest jedną z wielu.
W książce przywołuje pani metaforę wybrakowanych puzzli, czyli tych okruchów pamięci pani ojca, z których układa pani swój obraz Warmii. Zastanawia mnie jednak, jak mają się te rozsypane puzzle do opisywanego przez panią warmińskiego ordnungu – zamiłowania do porządku?
Warmiński ordnung realizuje się w tym, że ja próbuję to poskładać – podejmuję trud okiełznania tych wszystkich wątków i złożenia ich w spójną opowieść. Książka rzeczywiście jest napisana w taki fragmentaryczny puzzlowy sposób, ale mam nadzieję, że te fragmenty składają się w jedną całość – mimo tego, że są niejednorodne stylistycznie. Bowiem są tu fragmenty odnoszące się do trudnej historii regionu, ale i niemal dosłowne zapisy codziennych rozmów z moim ojcem, jak też momenty bardziej refleksyjne, czy wręcz – ośmielę się powiedzieć – poetyckie.
Tak chyba też właśnie działa ludzka pamięć – jest jak te rozsypane puzzle albo rozrzucone na chybił trafił przedmioty w muzealnym magazynie.
Tak to mniej więcej wygląda. I na dodatek na podstawie jakich kryteriów ocenić, co w tym wszystkim jest ważne, a co nieważne? W związku z tym, nie przeprowadzałam w książce radykalnej selekcji, nie dzieliłam wspomnień na istotne i nieistotne. Piszę zarówno o najbardziej znaczącej i najstraszniejszej dacie w najnowszej historii naszego regionu, czyli o roku 1945 (chociaż boję się historii, które się za tym kryją), ale też opowiadam choćby historyjkę o urządzeniu gospodarskim, które nazywano kopońką. Takie drobiazgi życia codziennego też mogą wydać się warte zapamiętania. Przecież codzienność to esencja naszego życia.
Okładka książki "Król Warmii i Saturna", autorka: Joanna Wilengowska, fot. Wydawnictwo Czarne
Myślę, że dzięki tej formule udało się pani napisać książkę, która mimo tego, że porusza wiele bolesnych i ciężkich tematów, bywa niejednokrotnie zabawna. Zresztą pisze pani: „Śmiech jest ważny. Trzyma warmińskie królestwo w całości i nie pozwala mu się pokruszyć”.
Mam nadzieję, że tak jest. Kwestia poczucia humoru jest bardzo indywidualna, ale też mi się tak wydaje, bo mój ojciec bywa czasem bardzo zabawny. Z jednej strony bywa takim naburmuszonym prorokiem i rzeczywiście ma majestatyczne gesty – dlatego też nazywam go „królem Warmii”. A z drugiej strony miewa czasem żarty, które wywołują zgrzyt w rzeczywistości, np. jak w tej scenie z książki, gdy odbiera telefon, przedstawia się i nagle ni z tego ni z owego dodaje „straszę obecnością”. Nie wiem, skąd mu się to bierze – tak po prostu ma.