Termin outsider (z ang. outside – "na zewnątrz") oznacza człowieka obojętnego wobec obowiązujących norm i praw oraz najczęściej dobrowolnie odizolowanego od społeczeństwa. Outsider posiada niegasnące poczucie obcości i nierzeczywistości, odkryte w momencie, gdy człowiek nie utożsamia się ze swoim środowiskiem, a otoczenie dławi go bezmyślną mechanizacją życia i rutyną. Głośna eseistyczna powieść "Outsider" (1956) jednego z angielskich "młodych gniewnych" Colina Wilsona (1931–2013), spowodowała, że termin ten przyjął się w całym świecie, a szczególną karierę zrobił w latach kontrkulturowego ruchu hippisów.
Jednak już wcześniej literackimi skandalistami obwoływano ludzi pióra, którzy kwestionowali powszechnie obowiązujące normy społeczne i żyli wbrew nim. Pisarze ci byli na ogół niedoceniani za życia, zyskiwali za to – paradoksalnie – rozgłos po śmierci, zwłaszcza nagłej lub samobójczej (paradygmat romantyczny: "Zabił się – młody…", Juliusz Słowacki, "Kordian", Akt 1, sc. I). Zdaniem sceptyków, ta spóźniona, kompensacyjna ekscytacja osobą i twórczością zmarłego była z kolei przesadna, bo wypaczała właściwą ocenę jego dokonań.
Za patrona wszystkich niepogodzonych ze światem można uznać François Villona (1431–1463), pierwszego wielkiego poetę francuskiego czasów nowożytnych. Był pijakiem i włóczęgą, wielokrotnie sądzonym i więzionym, skazany na powieszenie, a po apelacji – na banicję. Autora "Ballady wisielców" zaczęto określać poetą spod szubienicy.
Idąc dalej francuskim tropem, nie sposób nie wspomnieć o "poetach przeklętych" – termin został zapożyczony z "Poètes maudits" (1884), tomu krytycznych esejów Paula Verlaine'a (1844–1896). Określał nim grupę znanych z licznych skandali obyczajowych bliskich mu autorów, których twórczość literacka spotykała się zwykle z odrzuceniem współczesnych, lecz po śmierci stawała się przedmiotem kultu. Do najbardziej znanych poetów przeklętych należy dopisać Charlesa Baudelaire'a (1821–1867) i Arthura Rimbauda (1854–1891).
Na naszym podwórku miana poetów przeklętych doczekali się autorzy pokolenia '56, m.in. Andrzej Bursa, Stanisław Grochowiak, Halina Poświatowska, Edward Stachura. Przedstawiciele pokolenia "Współczesności" (jak je również nazywano) reprezentowali nową wrażliwość łączącą liryzm z brutalnością. Odkryciem sezonu stała się również proza Marka Hłaski; zadebiutował zbiorem opowiadań "Pierwszy krok w chmurach" (1956), z dzisiejszej perspektywy zaledwie poprawnych, natomiast w momencie publikacji rewelacyjnych, bo wyzbytych obowiązujących dotąd cech twórczości socrealistycznej.
Jednakże tytuł primadonna assoluta w omawianej tu dziedzinie mógłby przypaść Marii Komornickiej.
Maria Komornicka (Piotr Odmieniec Włast)
Piotr Odmieniec Włast, Maria Komornicka, reprodukcja: Jerzy Dudek/Forum
Maria Komornicka (Piotr Odmieniec Włast) (1876–1949) – poetka, nowelistka, krytyczka literacka, tłumaczka. Po wiele obiecującej młodości popadła w stan duchowego mroku, przerywanego krótkimi błyskami pełnej świadomości. Zostały po niej dwa zdjęcia, trzy niewielkie książki – w tym jedna zbiorowa, rozproszone po czasopismach wiersze, opowiadania, dramaty, teksty krytyczne oraz zapisany "w czasach obłędu" gruby zeszyt wierszy, który nazwała "Xięgą poezji idyllicznej".
Pragnę z pamięci świata tak doszczętnie
Wymrzeć, by z nazwy nie zostało śladu –
By mnie nie poznał nikt po dawnym piętnie,
Gdy ląd pozdrowię z floty mej pokładu.
[Maria Komornicka, "Pragnienie"]
Twórczości Marii Komornickiej nie da się rozpatrywać w oderwaniu od jej biografii. Zdecydowany zwrot w jej życiu nastąpił w 1907 roku, gdy spaliła suknię. Rodzinie zapowiedziała, żeby odtąd uważali ją za mężczyznę i zwracali się do niej Piotr Włast. Kazała sobie wyrwać wszystkie zęby, żeby swojej twarzy odebrać kobiecy wygląd. Zaczęła ćwiczyć mięśnie rąk i nóg, aby je wydłużyć, wyszczuplić, a całe ciało przygotować do latania.
Z woli rodziny została praktycznie ubezwłasnowolniona. Od 1907 roku przez siedem lat nieprzerwanie przebywała w sanatoriach i szpitalach dla nerwowo chorych. "Uwolniła" ją ewakuacja szpitala podczas I wojny światowej – trafiła do rodzinnego Grabowa, który wówczas był już majątkiem brata.
Zbyt mało wiemy, żeby pokusić się o ocenę, czy w przypadku Marii Komornickiej w grę wchodził transseksualizm. Na ile mamy też do czynienia klasyczną jednostką chorobową (obłędem), a na ile artystycznym (estetycznym) i intelektualnym (etycznym) buntem? Niewykluczone, że gest zmiany płci mógł być spektakularną niezgodą pisarki na zakłamanie epoki, czyli takiego urządzenia świata, w którym szacunek deklarowany przez płeć silniejszą słabszej nie przekładał się de facto na ich równy status. Komornicka nie wyobrażała sobie przedmiotowego traktowania, na jakie była skazana jako kobieta.
Umarła w Dniu Kobiet (8 marca 1949) w zakładzie leczniczym w Izabelinie. Opiekujące się nią zakonnice do pochówku ubrały ją w czarną suknię. W mroźny marcowy dzień za skromnym konduktem żałobnym szły dwie zakonnice i siostra Marii, Aniela.
W XXI wieku nastąpił renesans Komornickiej. Życiem i twórczością pisarki interesują się krytyczki feministyczne, badacze LGBT, dziennikarze, twórcy filmowi i teatralni.
Witkacy, Schulz, Gombrowicz
Stanisław Ignacy Witkiewicz jako "Profesor Pulverston", fot. Józef Głogowski, z kolekcji Ewy Franczak i Stefana Okołowicza, Muzeum Pałac w Wilanowie
Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy) (1885–1939), Bruno Schulz (1892–1942) i Witold Gombrowicz (1904–1969) – trzech szermierzy słowa, którzy wypowiedzieli walkę skostniałej tradycji. Trójka indywidualistów, wytyczających na literackiej mapie nowe wspaniałe szlaki.
Było nas trzech, Witkiewicz, Bruno Schulz i ja, trzech muszkieterów polskiej awangardy z okresu międzywojennego. Jak się teraz okazuje, ta awangarda nie była taką sobie znów efemerydą.
[Witold Gombrowicz, "Dziennik"]
Z perspektywy dziesięcioleci możemy się zastanowić, czy Stanisława Ignacego Witkiewicza (Witkacego), Brunona Schulza i Witolda Gombrowicza więcej łączyło, czy dzieliło. Długo można dywagować, co przeważało w ich wzajemnych stosunkach: podobieństwa czy różnice.
Mural Brunona Schulza, autor: Filip "Skont" Niziołek, Wrocław, fot. Marek Bazak/Ewst News
Wszyscy trzej mieli poplątane życiorysy, a prywatnie te czy inne fobie bądź manie. Pozostali jednak nieprzejednani, jeśli chodziło o własną twórczość, uniezależniając ją od wszelakich literackich, artystycznych czy politycznych koniunktur. Ich legendę przez lata podtrzymywały tragedie samobójczej śmierci Witkacego, perfidnego strzału gestapowca, który odebrał życie Schulzowi oraz emigracyjnej biedy Gombrowicza, niekiedy wręcz skrajnej, przemnożonej przez lata nagonki lub milczenia na własny temat w ojczyźnie pisarza.
Witold Gombrowicz, 1963, Argentyna, Buenos Aires, fot. Miguel Grinberg/archiwum Klementyny Suchanow/Fotonova
Imponujący dorobek, jaki owi "muszkieterowie polskiej awangardy" pozostawili po sobie, jak również rosnące znaczenie całej trójki w obiegu światowej kultury, nie pozwala zamknąć ich twórczych ról w czynach jedynie buntowniczych. Jeśli nawet uznać ich za odszczepieńców, to byli nimi zawsze w istotnej sprawie. A mijający czas uparcie udowadnia słuszność podjętych przez nich bezkompromisowych wyborów.
Stanisław Grzesiuk
Stanisław Grzesiuk, Warszawa, 1962, fot. Wacław Kapusto/Forum
Stanisław Grzesiuk (1918–1963) – samorodny talent literacki. Pisarz, pieśniarz, kompozytor, piewca obyczajów i specyficznego kolorytu starej Warszawy.
Podstawą jego repertuaru stał się uliczny folklor stolicy, wyśpiewywany z towarzyszeniem bandżoli i gitary. Jako wykonawca piosenek o tzw. kolorycie lokalnym narażał się wielu nadętym ważniakom za "gloryfikowanie obyczaju marginesu społecznego". Obok Stefana Wiecheckiego (Wiecha) zaliczany jest do grona najbardziej zasłużonych twórców propagujących język i kulturę warszawskiej ulicy.
Kiedy w czasie wojny, za udział w ruchu oporu, trafił do obozu koncentracyjnego w Dachau, a potem Mauthausen–Gusen – piosenkami rozjaśniał współwięźniom ponure życie obozowe. Za 400 sztuk papierosów (a każdy papieros miał wartość bochenka chleba!) kupił instrument – skrzyżowanie bandżo z mandoliną – bandżolę, wykonaną z denka od krzesła, gryfu od mandoliny i psiej skóry (wymienionej potem na świńską). Akompaniował sobie na niej, nazywając ją "drewnem". Ten instrument szczęśliwie przetrwał wszelkie zawieruchy dziejowe, aż do dzisiejszych czasów.
[Iwona Thierry, "Stanisław Grzesiuk – bard Czerniakowa. Posłuchajcie ludzie…", booklet CD, 2002]
Niedługo po powrocie do kraju wstąpił do PPR. Jarema Stępowski (1925–2001) uważał, że nie był koniunkturalistą czy komunistą: "Był socjalistą. Ruskich nienawidził tak samo jak Niemców". Grzesiuk wielokrotnie podkreślał, że potworna bieda, w której dorastał, na zawsze odcisnęła piętno na jego poglądach i zniechęciła do systemu obowiązującego w przedwojennej Polsce. Był antyklerykałem i ateistą.
Konsekwencją pobytu w obozach była zdiagnozowana w 1947 roku gruźlica płuc. Z obozowych doświadczeń powstały wspomnienia "Pięć lat kacetu" (1958). Otwarcie i szczerze opowiadał Grzesiuk, jak dzięki życiowemu sprytowi i twardemu charakterowi udało mu się przeżyć w warunkach nazistowskiej machiny wyniszczania i niewolniczej pracy.
W kolejnej powieści "Boso, ale w ostrogach" (1959) sugestywnie odmalował klimat "szemranych" dzielnic miasta i ciężkie warunki życia, w jakich musiał dorastać. Utrwalił w niej przedmiejski folklor Czerniakowa lat 30., zamieszkałego przez warszawską biedotę. Z charakternymi chłopakami, którzy nie znają lęku i nigdy nie kapują, a "za parkanem" (w kieszeni) mają "pomocnika" (nóż fiński).
Choćbym chciał być grzeczny i układny, to ludzie mi nie dadzą. Zawsze znajdzie się jakiś typ, który będzie się prosił, żeby go stuknąć w ryja, i nie sposób takiemu odmówić.
["Boso, ale w ostrogach"]
Pośmiertnie wydane wspomnienia Grzesiuka "Na marginesie życia" (1964) opisują dramatyczne zmaganie autora z gruźlicą, która była rezultatem pobytów w obozach koncentracyjnych. Mimo trudnego położenia bohater nie poddaje się. Zawsze twardy, próbuje sobie radzić, "orze jak może", nie tracąc przewrotnego poczucia humoru.
Powiedział mi kiedyś kolega, że największe zwycięstwo to zwyciężyć samego siebie.
[Stanisław Grzesiuk, "Na marginesie życia"]
Jan Himilsbach
Jan Himilsbach w filmie "Chleba naszego powszedniego", reżyseria: Janusz Zaorski, 1974, fot. Filmoteka Narodowa/www.fototeka.fn.org.pl
Jan Himilsbach (1931–1988) – pisarz, scenarzysta i aktor był przede wszystkim kamieniarzem. Pracował na warszawskich Powązkach i ten zawód stanowił jego powód do dumy, ale też służył mu jako sposób na odróżnienie się od pisarskiej czy artystycznej masy.
Jak pisał o nim Jan Strękowski [Culture.pl] debiutował wierszem w roku 1951. W 1959 zadebiutował jako prozaik. Wydał cztery tomy opowiadań: "Monidło" (1967), "Przepychanka" (1974), "Łzy sołtysa" (1982), "Ludzie lat wojny" (1985). Jako aktor zadebiutował w słynnym "Rejsie" (1970), tworząc od tego czasu niezapomniany duet komediowy ze Zdzisławem Maklakiewiczem (1927–1977). Wcześniej, bo w 1969 zrealizowano pierwszy film fabularny na podstawie prozy Himilsbacha ("Monidło"). Jest autorem lub współautorem sześciu scenariuszy filmowych, zagrał w prawie 70 filmach fabularnych i telewizyjnych. Po śmierci Himilsbacha ukazały się drukiem kolejne książki jego autorstwa (wybory publikowanych tekstów oraz teksty niepublikowane za życia): "Zatopione skały i inne monidła" (2002), "Moja oszałamiająca kariera" (2003), "Raj na ziemi i inne historie" (2003), "Monolog i inne zapiski" (2015).
Bohater niezliczonych anegdot. Tadeusz Konwicki (1926–2015) skreślił jego portret w "Kalendarzu i klepsydrze":
Himilsbach udaje kamieniarza warszawskiego, ale jest – jak się zdaje – synem plutokratycznej rodziny z Mińska Mazowieckiego. Takiej familii, co miała wszystkie młyny w powiecie albo tartaki. Himilsbach mówi ochrypłym, zapijaczonym głosem, ale nad jego dykcją i manierami pracowali francuscy guwernerzy. Himilsbach używa brzydkich wyrazów, ale jego codzienną lekturę przed zaśnięciem stanowią najnowocześniejsi filozofowie zachodni. Himilsbach ma wykształcenie i umysłowość przenikliwego krytyka literackiego i gdyby uprawiał krytykę, byłby pierwszym eseistą Europy. Himilsbach to chory, perwersyjny kwiat przerafinowania w dziurawych portkach z Cedetu. On gra przed wami niebyt trafnie chama i opoja. On się maskuje, z trudem udając lumpa, którego podpatrzył w waszych powieściach. Dlatego z taką rozpaczą rzucił się w otchłań filmu. Tam przynajmniej po raz pierwszy w życiu nie musi grać siebie. Tam może wreszcie zagrać człowieka. […] Himilsbach nie jest dziecko. Himilsbach wie, co robi. Uszanujcie tajemnicę tego polskiego Prousta skrytego w cieniu budki z piwem.
Jan Himilsbach lubił się zgrywać, ale nigdy nie zgrywał pisarza. On pisarzem po prostu był. Nigdy do maszyny do pisania nie siadał ani po pijaku, ani na kacu. Traktował to zajęcie śmiertelnie poważnie.
Andrzej Bursa
Andrzej Bursa, reprodukcja: Dagmara Smolna
Andrzej Bursa (1932–1957) – jeden z wielkich nieobecnych polskiej literatury. Prekursor nowoczesnej poezji gniewu i romantycznego buntu, gwałtownie reagujący na przejawy niesprawiedliwości i zakłamania. Obłudzie świata przeciwstawiał młodzieńczą bezkompromisowość i odrębność. Autor wchodzący w zwarcia z nieczułym otoczeniem, przybierające formę artystycznej prowokacji, groteskowej deformacji, makabrycznej gry.
Poeta epatujący rozmyślną brutalnością i cynizmem, występujący przeciw poetyce zbiorowej "pryszczatych", jak również "martwej perspektywie młodości" własnej generacji. Odrzucający wszelkie zastane wzorce postępowania, a zarazem poszukujący trwałych wartości humanistycznych. Stylistycznym przejawem jego twórczości stała się drapieżna, naturalistyczna ostrość obserwacji, przemieszana z nadrealistyczną wizyjnością o lirycznym podkładzie.
Do mitologii swojego pokolenia przeszedł wkrótce po przedwczesnej śmierci w wieku zaledwie 25 lat. Przyczyną była wrodzona wada serca.
Nie doczekał książkowego wydania swoich wierszy. Niewiele miał dowodów uznania w swoim krótkim życiu. W Piwnicy jednak oklaskiwało go zawsze entuzjastyczne audytorium, a jego utwory były ozdobą każdego programu. I wtedy, kiedy żył, i później, przez długie lata. Neurotyczny i żyjący życiem dość osobnym, był jednak wiernym przyjacielem i ze wzruszeniem czytam dziś w starych gazetach, jak zabiegał o Piwniczne interesy, oskarżając władze miasta o brak zainteresowania fatalnymi warunkami, w których działa klub i kabaret, i użalając się nad losem Piwnicznych artystów. Odstawał od Piwnicy, choć ją cenił. Był na pewno bardzie zgorzkniały i nieufny niż my. Dojrzalszy? Bardziej bezkompromisowy? O cieńszej skórze? Innej struktury psychicznej. Jako dziennikarz bardzo angażował się w walkę z głupotą i bylejakością rzeczywistości.
[Joanna Olczak-Ronikier, "Piwnica pod Baranami, czyli koncert ambitnych samouków", Warszawa 1994]
Wizerunek zbuntowanego poety uwiecznił Stanisław Czycz (1929–1996) w opowiadaniu "And" (1980).
Marek Hłasko
Marek Hłasko, Warszawa, 1957, fot. Adam Mottl/PAP
Marek Hłasko (1934–1969) – w wydanych u Jerzego Giedroycia quasi-wspomnieniach "Piękni dwudziestoletni" (1966) zawarł treści niekoniecznie zgodne z faktami, które on sam ochrzcił mianem "prawdziwego zmyślenia". Na jego predylekcjach do mistyfikacji szybko poznał się Tadeusz Konwicki, co opisał w "Kalendarzu i klepsydrze". Czas akcji: druga połowa lat 50.
Mieszkaliśmy wtedy w domu literatów w Oborach pod Warszawą. Animował nas tam i czarował Mareczek Hłasko, w pełni sił, w sztosie natchnienia, w pierwszym kroku przez chmury. Jednego wieczoru zniknął i nikt nie wiedział, kiedy zniknął i na jak długo zniknął. Znikał zresztą dosyć często i powracał z jakąś niespodzianką. Nazajutrz zjawił się zapłakany, roztrzęsiony, złamany nieszczęściem. Umarła mu w nocy córeczka. Wszystkie panie, wszystkie nasze ówczesne literatki podniosły lament. Zrobił się ogromny ruch w Oborach. Zaczęła się okropna bieganina, trzaskanie drzwiami, spazmatyczne szepty. Ktoś leciał z walerianą, ktoś biegł z setką czystej, ktoś rozpoczął dyżur przy nieszczęśliwcu. […] Później ruszyłem obejrzeć Marka trochę skonfundowany intensywnością obrzędu. Siedział na ganku z opuszczoną głową, zamarły w geście rozpaczy i rezygnacji. Wokół niego psykały panie, nawołując się w ten sposób do stosownej ciszy. Marek podniósł głowę i spojrzał mi w oczy przez grube łzy. I już wiedział, że ja wiem, że on wie, że to nieprawda. I przez te wielkie, niebieskie łzy zobaczyłem w jego oczach żal do mnie, bolesną pretensję, że przez zwykłą małostkowość, przez drobnomieszczańską małoduszność nie stać mnie na podjęcie gry, na śmiałe i pełne ryzyka wstąpienie w zaczarowany krąg boleśnie pięknych urojeń, dramatycznie wzniosłych zwidów.
Legenda pisarza zaczęła się niewinnie, od pomysłu Igora Newerlego (1903–1987), który docenił potencjał zawarty w opowiadaniu Hłaski o życiu pracowników bazy samochodowej i we wstępie do almanachu tekstów młodych ludzi na literackim starcie opisał go jako kierowcę, wręczającego mu manuskrypt rękami czarnymi od smarów. Sam zainteresowany podtrzymywał później mołojecką sławę proletariusza zarówno piórem, jak i zachowaniem.
Jego poza wzięła się zapewne stąd, że w wieku nastoletnim i wczesnomłodzieńczym wyglądał wciąż jak dziecko o rysach nieomal dziewczęcych. Z tych małoletnich kompleksów zrodził się znany później z fotografii wizerunek krzepkiego mężczyzny, o pomarszczonym czole i ironicznym wejrzeniu, z nieodłącznym papierosem przyklejonym do kapryśnie wykrzywionych warg. Starannie wypracował tę manierę i to zanim miał okazję zobaczyć na ekranie bliźniaczo podobne wcielenie, odgrywane przez Jamesa Deana (1931–1955).
Marek Hłasko, o czym doskonale świadczy jego pisarski dorobek, był pracowity. Lubił jednak znaleźć się niekiedy w typowo męskim towarzystwie, jakkolwiek miał słabą głowę i nie najlepsze zdrowie. Tymczasem silny mężczyzna, za jakiego chciał uchodzić, musiał przecież umieć pić.
Stanisław Grochowiak
Stanisław Grochowiak, 1973, Warszawa, fot. Marian Sokołowski/CAF/PAP
Stanisław Grochowiak (1934–1976) – poeta, prozaik, dramatopisarz, publicysta. W 1951 roku ukończył liceum w Lesznie Wielkopolskim i zdał w nim maturę, po czym rozpoczął studia polonistyczne w Poznaniu. Przerwał je jednak po kilku tygodniach.
Należał do tzw. pokolenia "Współczesności", debiutował w 1951 roku wierszami "Ave Maryja" i "Notuję deszcz", publikując je w piśmie "W oczach młodych", dodatku do "Słowa Powszechnego". W 1956 roku wydał "Balladę rycerską", pierwszy kompletny tom, który był jednym z najciekawszych debiutów poetyckich w czasach odwilży październikowej. Został dobrze przyjęty przez krytykę, wymieniany był obok książek Zbigniewa Herberta (1924–1998) i Mirona Białoszewskiego (1922–1983).
Nieco wcześniej w tym samym 1956 roku wydał swoją pierwszą powieść, "Plebanię z magnoliami"; chociaż wyszła w roku odwilży, nie była wolna od rozwiązań typowych dla powieści produkcyjnej. W 1959 roku opublikował we "Współczesności" artykuł "Karabela zostanie na strychu" będący atakiem na ideały wychowawcze młodości "powstańczej, konspiracyjnej i ułańskiej". Mając 30. lat Grochowiak zaprzestał pisania prozy. Jako dramatopisarz zadebiutował w 1961 roku.
W polskiej poezji zapisał się jako twórca, który poszukiwał nowych form ekspresji i przeciwstawił się tradycyjnej interpretacji "piękna". Był klasyfikowany jako poeta reprezentujący nurt turpistyczny (od łac. turpis – brzydki) – programowym wręcz przykładem jest wiersz "Płonąca żyrafa". W późniejszym okresie swojej twórczości skłaniał się ku klasyczności i zgodzie na reguły dnia codziennego ("bunt nie przemija, bunt się ustatecznia").
Cechowała go szczególna wrażliwość na kolory. Jeśli w jego utworach pojawiały się jakieś barwy, nigdy nie był to przypadek. Np. kolor czarny symbolizował śmierć lub żałobę, zielony – rozkład ciała, błękitny – nieograniczone przestrzenie, niebo, czerwony – aktywność, życie. Zapytany w jednym z wywiadów telewizyjnych, jakiego koloru jest wiersz, odpowiedział, że biało-czarny.
Stanisław Grochowiak stworzył także liczne dramaty, realizowane na scenie, w radio i Teatrze TV, takie jak "Szachy", "Partita na instrument drewniany", "Król IV", "Chłopcy" i inne, publikowane w miesięczniku "Dialog", a później zebrane w wyborach: "Rzeczy na głosy" (1966), "Rzeczy na wersety i głosy" (1973), "Dialogi" (1976).
Poeta borykał się z problemami materialnymi i chorobą alkoholową, która w końcu doprowadziła go do jego śmierci. Wszystko to wytworzyło nienajlepszą atmosferę wokół postaci Grochowiaka i sprawiło, że w latach 70. i 80. jego poezja cieszyła się mniejszą popularnością i zainteresowaniem badaczy – Jacek Łukasiewicz uznał, że znalazła się w czyśćcu. W latach 90. powoli z niego wychodziła – powstały nowe prace o twórczości poety, doczekaliśmy się także wydania jego poezji w serii Biblioteki Narodowej.
Halina Poświatowska
Halina Poświatowska, Henry Sanatorium Deborah, Browns Mills, 1958 Fiedorowicz, archiwum Małgorzaty Porębskiej
Halina Poświatowska (1935–1967) – poetka, autorka słynnych liryków miłosnych. Zalicza się ją do pokolenia "Współczesności", choć ona sama nie identyfikowała się z żadną grupą literacką.
Na jej życie determinujący wpływ miało kilka dni z dzieciństwa, kiedy podczas wyzwalania Częstochowy w 1945 roku, rodzice Haliny schronili się w piwnicy. Zimno i wilgoć sprawiły, że dziewczynka ciężko zachorowała, a choroba doprowadziła do powstania nieodwracalnej wady serca.
Nasz ból, nasza miłość, wszystkie nasze pragnienia odejdą razem z nami i nie zostanie po nich nawet puste miejsce. Na ziemi nie ma pustych miejsc. […] Nie umrę jeszcze, poczekam, poczekamy razem; my umiemy przecież pięknie czekać, na życie, na śmierć, na cokolwiek…
[Opowieść dla przyjaciela]
Ze względu na słabe zdrowie, dużą część życia spędziła w szpitalach i sanatoriach – pisała o niej Natalia Mętrak-Ruda w szkicu dla Culture.pl. – W jednym z nich poznała innego pacjenta, malarza i studenta szkoły filmowej Adolfa Ryszarda Poświatowskiego (1930–1956), którego – wbrew zaleceniom lekarzy – poślubiła w 1954 roku. Po dwóch latach została wdową. W 1958 roku przeszła operację serca w Stanach Zjednoczonych, na którą pieniądze zebrała m.in. amerykańska Polonia. Zamiast wrócić do kraju, złożyła wniosek o stypendium w prestiżowym college'u Smiths College w Northampton. Ukończyła go po trzech latach. Choć mogła zostać na studiach doktoranckich w Kalifornii, postanowiła wrócić do kraju. Zamieszkała w Domu Literatów w Krakowie i zapisała się na filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim.
W 1967 roku stan jej zdrowia był na tyle zły, że zdecydowała się na kolejną operację w Warszawie. Osiem dni po jej przeprowadzeniu zmarła.
zawsze kiedy chcę żyć krzyczę
gdy życie odchodzi ode mnie
przywieram do niego
mówię – życie
nie odchodź jeszcze
umrę kiedy odejdziesz
["zawsze kiedy chcę żyć krzyczę"]
Za życia Poświatowska nie była przez krytykę szczególnie ceniona: jej osobna i osobista, intymna liryka znajdowała się na marginesie głównego nurtu, w którym klasycy dyskutowali z romantykami. Później wyraźnie się to zmieniło: Poświatowską zaczęto czytać, analizować, a także śpiewać – utwory do jej wierszy wykonywali m.in. Magda Umer, Stanisław Soyka i Janusz Radek.
Zdaniem Jana Z. Brudnickiego: "Poświatowska zanegowała degradację ciała i wznowiła jego kult".
Wiesław Dymny
Wiesław Dymny, 1978, Kraków, fot. Wojciech Plewiński/Forum
Wiesław Dymny (1936–1978) – hojnie obdarowany talentami przez Stwórcę, spełniał się na rozmaitych polach: literackim, plastycznym, aktorskim, fotograficznym, filmowym, scenograficznym, rzeźbiarskim, muzycznym. Był najbogatszą osobowością artystyczną krakowskiej Piwnicy pod Baranami. Pisał i w niezrównany sposób wygłaszał swoje absurdalne teksty satyryczne, rymował na potrzeby piosenek dla kabaretu i dla big-beatowego zespołu Szwagry (1964–1969). Był obsadzany w wielu filmach, wiarygodnie budując postacie zaradnych plebejuszy.
Za opublikowane w 1963 roku "Opowiadania zwykłe" otrzymał Nagrodę Kościelskich. W jego prozie, poezji, scenariuszach czy dramatach widać zakorzenienie autora w Piśmie Świętym. Co nie dziwi, bo nabywana w domu i kościele znajomość opowieści biblijnych w Polsce Gomułki i Gierka była kulturowym fundamentem setek tysięcy chłopów, podobnie jak autor migrujących za chlebem do miast.
Czasy ówczesne mało sprzyjały niezależnym artystycznym duszom, ceniącym sobie prawo do nieskrępowanej swobody wypowiedzi. Stąd też dzieło życia Wiesława Dymnego przedstawia się na miarę ówczesnych możliwości, kiedy to obecność artysty w powszechnym obiegu kulturowym uzależniał kaprys państwowego mecenasa i widzimisię cenzora.
Wiele autorskich projektów Dymnego, zwłaszcza pracochłonnych scenariuszy filmów czy seriali, nie wyszło poza fazę przygotowawczą. Z bliżej niewyjaśnionych powodów stawały się z nagła źle widziane. Włodarze naszej kinematografii odrzucali je jako nieopłacalne.
Znaczną część plastycznego, fotograficznego i literackiego dorobku piwnicznego artysty strawił pożar mieszkania, które zajmował z żoną, Anną Dymną. Ogień powstał wskutek wybuchu kineskopu radzieckiego telewizora i szybko się rozprzestrzenił w przerobionym ze strychu, głównie drewnianym wnętrzu. To, czego nie zmogła pożoga i nie zalała woda ze strażackich sikawek, mogłoby wypełnić jeszcze kilka pracowitych życiorysów twórczych.
Piwniczny artysta niezmiennie odwoływał się do języka, tam też szukał nowych treści i znaczeń. Semantyka stała się obszarem, który najchętniej penetrował. Miał ogromne wyczucie słowa oraz umiejętność poszerzania jego znaczeń i wynajdowania nowych. Z upodobaniem stosował wyrafinowane chwyty stylistyczne oparte na grach słownych. Chętnie wprowadzał w swoje teksty różnorakie żarty semantyczne oparte na […] zestawianiu wyrazów prowadzących do tworzenia nowych znaczeń (Epikur Vasco da Gama), neologizmach (naddenaturalne zjawisko), dosłownych znaczeniach związków frazeologicznych (Na przykład Majewski podniósł wydajność z jednego hektara i przeniósł ją na drugi hektar), paronomazjach czyli wyprowadzaniu fałszywych etymologii słów (Pies proszę państwa to jest takie zwierzę, przepraszam, że się zwierzam).
[Monika Wąs, "Wiesław Dymny"]
Autorka tej biografii umieszcza Wiesława Dymnego, "z jego życiorysem twórcy zbuntowanego, niekonwencjonalnego", w gronie tak zwanych kaskaderów literatury. Obok Andrzeja Bursy, Rafała Wojaczka, Edwarda Stachury, Haliny Poświatowskiej i Marka Hłaski. Wszyscy oni byli indywidualnościami, o wyostrzonej wrażliwości, wszyscy hołdowali twórczości "będącej ekspresją ich wnętrza i spontaniczności".
Przepełniony jaskółczym niepokojem, wiecznie niespełniony i niepokorny Wiesław Dymny, inspirację do swojej twórczości czerpał wprost z życia. Żył natomiast w nieustannej gorączce tworzenia. Zmarł (zginął?) w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach, we własnym remontowanym i rozbudowywanym po pożarze krakowskim mieszkaniu, trzynaście dni przed swoimi 42. urodzinami.
Edward Stachura
Edward Stachura, ok. 1970, fot. Zbiory Muzeum Literatury/East News
Edward Stachura (1937–1979) – poeta, prozaik. Legenda polskiego barda zrodzonego na francuskiej ziemi, "poety drogi", trwa nadal. Mimo upływu dziesięcioleci od jego samobójczej śmierci, wiersze, piosenki i poetycka proza autora "Siekierezady" zyskują coraz to nowszych entuzjastów. Spotykają się oni na forach internetowych czy na festiwalach zwanych Stachuriadami.
Bo też wrażenie, jakie Sted pozostawiał po sobie, wbijało się w pamięć nawet całkiem przypadkowych osób. Oto fragment jednej z barwniejszych opowieści:
Ale ktoś podchodzi do mnie jakby mnie znał:
– Cześć, stary!
– Cześć!
– Pożycz dwa złote!
– Nie!
– No, pożycz. Nie bądź tym, co ryje!
– Nie!
– Dobra. To nie jesteś przyjacielem?
– Nie!
– Małego piwa nie postawisz?
– Spłyń!
– Co?
– Spierdalaj!
["Jasny pobyt nadrzeczny" z tomu "Jeden dzień"]
Sfatygowany egzemplarz książki wrócił pod pachę jednego ze Stachuriadowych bywalców. On sam zaś – po przeczytaniu tego fragmentu przypadkowemu towarzystwu – zapewnił, że to: "Czysta prawda. Tak było. To »spierdalaj« Stachura powiedział wtedy do mnie".
Epizod ze spławieniem natręta można by potraktować jako niewiele znaczący, był jednak dość znamienny dla wielu ludzi specyficznie "zainfekowanych" niebanalną osobowością Steda. Przypadkowy rozmówca poety poczuł się odpowiednio uhonorowany wzmianką w opowiadaniu pisarza. Przy czym sposób, w jaki autor utrwalił go w tym utworze, wydał mu się nieistotny.
W jego utworach afirmujących zdrowy trud życia, w warunkach dalekich od życiowego komfortu, nie było krytycznych akcentów wobec ówczesnej władzy. Bohaterowie zdawali się żyć w świecie pozbawionym politycznych konfliktów, wyznaczanych tragicznymi kulminacjami w latach: 1968, 1970, 1976. Temat "kombatanctwa" Stachura poruszył raz, i to, jak na niego, w zdumiewająco publicystyczny sposób:
Nawet zakładając, że to prawda, że wszyscy wtedy walczyli, że nikt się nie dekował czy choćby trochę ociągał z poświęceniem życia, to przecież jedną sprawą jest zginąć dla ojczyzny w jej obronie w czasach wojny, a inną jest mądrze i dobrze pracować dla ojczyzny w czasach pokoju, pomnażając jej najszerzej pojętą materialną i duchową kulturę.
["Wszystko jest poezja"]
Naczelnym problemem autora "Całej jaskrawości" – czego jego fani nie są do końca świadomi, a co potwierdzają liczne wypowiedzi jego przyjaciół, znajomych i bliskich, z rodziną włącznie – był jego skrajny egotyzm i narcyzm. Stawało się to przyczyną licznych nieporozumień z otoczeniem, kończących się niekiedy na komisariatach i w izbach wytrzeźwień. W jednej nich, doszło do następującej wymiany zdań:
– Co robicie?
– Piszę.
– Co piszecie?!
– Wiersze.
– To zostaniecie jeszcze na jedną noc.
"Stachura całej letniej literaturze przeciwstawił ekstazę", twierdził Brudnicki.
Andrzej Babiński
Andrzej Babiński, autor: Zbigniew Kresowaty, 2011, fot.Wikimedia.org
Andrzej Babiński (1938–1984) – jeden z tzw. poetów przeklętych, przyjaciel Edwarda Stachury. Dzieciństwo w czasie II wojny światowej spędził na wsi białostockiej. Poetycki życiorys związał jednak z Poznaniem.
W latach 1957–1961 studiował filozofię na sekcji psychologicznej Wydziału Filozoficznego na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, zrezygnował prawie pod koniec pięcioletnich studiów magisterskich. Pierwsze wiersze Babińskiego noszą datę: 1954. Początkowo publikował w prasie ("Poezja", "Radar", "Nurt", pisma studenckie). W latach 1972–1974 był współredaktorem poznańskiego "Nowego Dzwonka Porannego".
Przyjaźnił się z Edwardem Stachurą, Ryszardem Milczewskim-Bruno, Wincentym Różańskim. Babiński ciężko przeżył śmierć Steda. Poświecił przyjacielowi jeden ze swych najbardziej znanych wierszy "Nad grobem Stachury".
W 1975 roku zadebiutował tomem poezji "Z całej siły", za co rok później otrzymał Nagrodę "Peleryny" w gdańskim Konkursie "Czerwonej róży". W 1977 roku wydał kolejny tom wierszy "Znicze", nagrodzony Medalem Galerii Nowej w Poznaniu w 1978. Był laureatem Konkursu IV Dnia Poezji (Warszawa 1969), Turnieju Wiersza o Poznaniu i Wielkopolsce (1975), "Zielonej Wazy" (1976) i konkursu "U źródeł nowego wieku" (1977).
Babiński zmagał się z chorobą psychiczną (schizofrenia paranoidalna), która uniemożliwiała mu swobodny rozwój kariery. Wielokrotnie tematem jego wierszy są katastroficzne wizje. Autor próbuje zmierzyć się w nich ze śmiercią i z odrzuceniem, np. w wierszu z 1969 roku:
Odcięty i zapadły z metropolią w podziemiach
na próżno wołam SOS
Już głosem obłąkanego wołam
Nikt nie śpieszy z pomocą...
["***" ("Tylko mi Ziemi całej…")]
Dziesięć lat później, po śmierci Stachury, pisał: "Utraciłem przyjaciela. Teraz jestem przydrożnym kamieniem. Być nim nie chcę. Podłożę pod niego cała ziemię".
Utwory Babińskiego są dość trudne w odbiorze, wymagają dużego skupienia i czujności czytelnika. Część wierszy poety przepojonych jest romantyzmem i subtelną erotyką:
Rosa na nasturcjach się stęcza
Ptaki w twój ogród zlatują
Kwiaty rozkwitły gdy patrzyłaś na mnie uśmiechnięta
W cichości twoich oczu czułych […]
W rozłące często ty jedna znasz mój adres
A ja bez twego zdjęcia nie wyruszam w podróże
Oczyma swymi na niebie zapaliłaś wspólną nam gwiazdę
I znów mam próg i klamkę i ciebie na dłużej.
["***" ("Rosa na nasturcjach się stęcza…")]
Andrzej Babiński zmarł śmiercią samobójczą – 14 maja 1984 roku w wyniku upadku z mostu Marchlewskiego w Poznaniu (obecnie most Królowej Jadwigi) na betonowe nabrzeże. Śledztwo wykluczyło możliwość morderstwa. Prokurator Rejonowy z Poznania stwierdził ostatecznie: "Jego samobójstwo było niewątpliwie wynikiem skumulowania się dwóch czynników, a mianowicie choroby psychicznej i postawy twórczej".
Wincenty Różański
Wincenty Różański, 2008, Poznań, fot. Piotr Skórnick/AG
Wincenty Bolesław Różański (1938–2009), znany jako Witek – poeta; żył wyłącznie z pisania wierszy. Przyjaźnił się z Edwardem Stachurą, który nazywał go "Synem Bogini" i uczynił jednym z bohaterów powieści "Cała jaskrawość".
"Witek" był synem Cezarego, powstańca wielkopolskiego, ogrodnika w sanatorium w Ludowikowie i Józefy z d. Frąckowiak. Różańscy mieli pięcioro dzieci. Najstarszy z synów został architektem i plastykiem, drugi profesorem elektroniki. Jedną z sióstr Wincentego jest Joanna Różańska, artystka malarka.
Wincenty Różański ukończył technikum księgarskie. Po maturze rozpoczął studia polonistyczne na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza, których nie ukończył. Obowiązek odbycia służby wojskowej przypłacił zdrowiem. Po powrocie z jednostki zdiagnozowano u niego schizofrenię paranoidalną. Kolejne pobyty w szpitalach przyczyniły się tylko do pogłębienia choroby. Ciężko zniósł stan wojenny, a później śmierć matki.
Debiutował w 1958 roku wierszem "Bohema" w zbiorowej Kolumnie Młodych poetów poznańskich na łamach "Głosu Wielkopolskiego". Należał do grupy literackiej "Wiatraki" (1956–1959) i "Wiry" przy ZMW (1965–1974). W latach 1961–1967 pracował m.in. przy budowie Elektrowni Turoszów jako magazynier, w Domu Książki jako księgarz sprzedawca, w Teatrze Lalki i Aktora jako adept (wykonawca bez dyplomu), w Miejskiej Bibliotece Publicznej jako bibliotekarz. Od 1967 roku był rencistą i do skromnego świadczenia dorabiał wyłącznie pisaniem.
Do grona outsiderów debiutujących przed Nową Falą dołączył tomikiem "Wiersze o nauce nawigacji między kamieniami" (1968). Opublikował ich później prawie ćwierć setki. Jego poezja była żarliwym połączeniem życiowego doświadczenia i mądrości z grą znaczeń językowych i fantazją. Skojarzeniem naiwności z finezją, prostoty z kunsztem, ludowości z symbolem.
W 1993 roku Tadeusz Żukowski nakręcił film telewizyjny o życiu i twórczości Różańskiego – "Będziemy piękniejsi", a cztery lata później ukazała się książka Piotra Kępińskiego i Andrzeja Sikorskiego – "Któż to opisze, któż to uciszy. Rozmowy z Wincentym Różańskim", zawierająca rozmowy z poetą, jego wspomnienia, korespondencję i wiersze.
Swoje utwory publikował m.in. w "Twórczości", "Literaturze", "Nurcie", "Czasie Kultury", "Toposie", "Gazecie Malarzy i Poetów". Tłumaczono je m.in. na hiszpański, bułgarski, grecki, niemiecki, francuski i angielski. W jego poezji można odnaleźć zachwyt nad zwyczajnością. Mówił zawsze: ,"pisze się tak, jak się oddycha". Tworzył nadrealne wiersze, bez ulegania modom literackim. "Gdy świat zdaje się niemiłosiernie zinstytucjonalizowany, on pozostaje do bólu prywatny" – napisał o nim Tadeusz Żukowski w posłowiu zbioru "Wędrujemy do Szeol".
W 2003 roku poetę dopadła choroba pozbawiająca go mowy. Od tamtej pory znajdował się pod stałą opieką żony i lekarzy. Przez całe dorosłe życie mieszkał w Poznaniu, gdzie też na skutek nieszczęśliwego wypadku zmarł 3 stycznia 2009.
Ryszard Milczewski-Bruno
Ryszard Milczewski-Bruno (1940–1979) – poeta. Legenda mówi, że był człowiekiem niekonwencjonalnym, niepokornym, stanowczo na bakier z rzeczywistością.
W rodzinnym Grudziądzu ukończył technikum rolnicze. Studiował na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu i filologię polską na Uniwersytecie Wrocławskim. Debiutował w 1958 roku wierszem "Starość dłoni" w tygodniku społeczno-kulturalnym "Orka". Pisał reportaże do "Faktów" z zamiarem wydania ich w przyszłości w postaci tomu "Waga lita ciepła".
Niespokojny duch. Jego pierwszą sezonową pracą był nadzór nad odpowiednią fermentacją liści w Wytwórni Tytoniu w Grudziądzu. Później był agronomem w Rywałdzie i ogrodnikiem kwiaciarzem w Krakowie. Następnie został instruktorem poradnictwa żywieniowego w mleczarni w Lipnie. Kolejny zawód Bruna to inspektor plantacyjny w Centrali Nasiennej w Grudziądzu. Ponownie zmienił pracę – został kierownikiem Powiatowej Poradni Instrukcyjno-Metodycznej Pracy Kulturalno-Oświatowej. Działał również w Kółkach Rolniczych w Grudziądzu. Potem przeniósł się do Zakładów Mięsnych w Grudziądzu, gdzie pracował jako klasyfikator żywca. Po dość długim okresie bezczynności na nowo znalazł pracę, tym razem w cukrowni "Mełno" koło Grudziądza. Zacieśnił kontakty z redakcją "Faktów" – wkrótce został etatowym pracownikiem tego pisma.
Najważniejsze publikacje: "Brzegiem słońca" (1967), "Poboki" (1971), "Dopokąd" (1972), "Podwójna należność" (1974), "Jesteś dla mnie taka umarła" (1974), "Nie ma zegarów" (1978), "Poezje wybrane" (1981), "Gwizdy w obecność" (1982), "Jak już, to już" (1983), "Poezja, proza, listy" (1989), "Mamo przyszedłem straszyć" (2002).
Mamo przyszedłem straszyć
W ciemno jakoś trudno się zawłóczyć
["Przyszedłem straszyć"]
Za tom poezji "Poboki" otrzymał dwie nagrody: im. Peipera, przyznawaną przez "Ugrupowanie literackie 66" we Wrocławiu oraz miesięcznika "Poezja" za najlepszy zbiór wierszy roku 1971. Za tomik "Podwójna należność" otrzymał po raz drugi w 1973 roku Nagrodę im. Tadeusza Peipera, a także w 1972 roku Nagrodę im. Stanisława Piętaka. Był przyjacielem Edwarda Stachury, który poświęcił mu wiersz "Nie rozdziobią nas kruki" (znany również jako "Ruszaj się, Bruno").
Ryszard Milczewski-Bruno zmarł w wyniku utonięcia w jeziorze.
Patrząc dalej – w nekrologach nie było nas
Wyraźnie –
Włodzimierz Kowalewski, prozaik, znajomy poety oraz świadek jego tragicznej śmierci, zanim poznał Ryszarda Milczewskiego-Bruno, usłyszał o jego legendzie. "Była rozwijana i kultywowana w latach 70. przez kilku młodszych pracowników naukowych Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, którzy propagowali formułę orientacji poetyckiej Hybrydy, do której Bruna Milczewskiego przyporządkowywano. Jak widać z dzisiejszej perspektywy czyniono to trochę niesłusznie" – stwierdza prozaik. Dodaje, że był człowiekiem mocno "steranym". W wieku 39 lat wyglądał na znacznie starszego. "Trudno było się z nim porozumieć. Ze względu na różne okoliczności życiowe, kwestie związane z alkoholem, był człowiekiem, który bardzo często balansował na krawędzi rzeczywistości" – wspominał Kowalewski.
Marek Grechuta (1945–2006) śpiewał kiedyś piosenkę ze słowami: "Gdzieś w nas błyszczą gwiazdy poezji...". Możliwe, że nie tylko miłośnicy poezji Edwarda Stachury pamiętają z kolei śpiewany przez wielu wykonawców wiersz z refrenem "Ruszaj się, Bruno, idziemy na piwo, niechybnie brakuje tam nas!". Istnieje obawa, że to jak dotąd najszerzej znane ślady istnienia niezwykłej postaci Ryszarda Milczewskiego-Bruno, autora pierwszego z zacytowanych tekstów i bohatera drugiego.
W 2015 roku toruński zespół Gribojedow wydał płytę "Bruno z Grudziądza" z wierszami Milczewskiego-Bruna.
Jerzy Szatkowski
Jerzy Szatkowski (1940–2019) – poeta, prozaik, redaktor, nauczyciel dyplomowany – polonista.
W roku 1998 reaktywował "Okolicę Poetów", której był redaktorem naczelnym i wydawcą. Na łamach czasopisma publikował materiały ze swojego prywatnego archiwum dotyczące Edwarda Stachury, Ryszarda Milczewskiego-Bruna, Wincentego Różańskiego czy Andrzeja Babińskiego, z którymi się przyjaźnił. Dzięki temu czasopismo nabrało wartości edytorskich i tekstologicznych. "Okolica Poetów" wydawana była w tej samej, niezmienionej formie, będącej kontynuacją założeń pierwszego redaktora, Stanisława Czernika (1899–1969).
Do końca swojego życia opiekował się twórczością swoich zmarłych przyjaciół, doprowadzając do druku ich niewydane za życia teksty i gromadząc materiały dotyczące ich życia i twórczości. Był jednym z redaktorów trzytomowej edycji utworów Ryszarda Milczewskiego-Bruno (1989), redaktorem tomiku Andrzeja Babińskiego "Uwierzenie moje" (2000) oraz zbioru rysunków Wincentego Różańskiego – "Jasna kreska" (2013). Dzieje swojej przyjaźni ze Stachurą ujął w poświęconej zmarłemu przyjacielowi prozie zatytułowanej "Tryptyk", natomiast o znajomości z Milczewskim-Brunem pisał w powieści "To tak nieprawdopodobne że aż prawdziwe".
Publikował w wielu antologiach i almanachach literackich m.in.: "Droga do Ashramu" (1998), "Zjawa realna" (1999), "Klejnoty poezji polskiej" (2001). Wydał następujące zbiory wierszy: "Nie znam żadnego śpiewu" (1968), "Barwonie" (1973), "Bo żywosłowić ciebie jest żywicowanie" (1975), "Tren" (1980), "A może ja już tak wysoko upadłem" (1983), "Tren dla Steda" (1985), "Żywicowanie" (1990), "Triada dla Iwony. Cyklamen (prawdosłowny)" – arkusz poetycki (2007). Autor powieści "To tak nieprawdopodobne, że aż prawdziwe" (2010), "Tryptyk" (2011), "Epistoły" (2012).
Pozostawał pod wpływem autentyzmu, na co wskazują choćby elementy świata przedstawionego (najczęściej przestrzeń wsi) w jego powieściach oraz wewnętrzny nakaz pisania literatury autentycznej, który często pojawia się w wypowiedziach głównych bohaterów. Eksperymentował z językiem, w twórczy i nowatorski sposób wykorzystując to, co w nim jest dane i zastane (m.in. potencjał semantyczny drzemiący w nazwach roślin w poemacie "Triada dla Iwony"). W prozie wprowadzał innowacje językowe, bawiąc się składnią i interpunkcją, czerpiąc m.in. z języka potocznego, a także mieszając style niski z wysokim. Ciekawym przykładem jego gry z polszczyzną jest stylizowanie tekstu na formę języka mówionego, przekształcającą się niekiedy w monolog czy dialog, co jest wyraźnie widoczne w powieści "Epistoły".
Drzemiący w twórczości Szatkowskiego potencjał intertekstualny sprawia, że może ona stanowić kontekst dla twórczości Gombrowicza, poezji Bolesława Leśmiana (1877–1937) czy innych pisarzy eksperymentujących z językiem i jego znaczeniami. Wybrane fragmenty mogą też stanowić źródła ciekawych przykładów realizacji języka artystycznego; na uwagę zasługuje choćby frazeologia, którą autor traktuje jako swoiste tworzywo do budowania nowych znaczeń. Powieści, choćby ostatnie: "To tak nieprawdopodobne że aż prawdziwe" oraz "Epistoły", stanowić mogą literacki wstęp do dyskusji o wartościach – zwłaszcza tych, które dziś raczej się kwestionuje, a są tak bliskie światopoglądowi obu bohaterów pochodzących ze świata prawd przekazywanych sobie z pokolenia na pokolenia, niezmiennych i zakorzenionych przede wszystkim w kulturze wiejskiej. Dlatego też twórczość ta tak bliska może wydawać się powieściom Wiesława Myśliwskiego czy Edwarda Redlińskiego.
Jerzy Szatkowski otrzymał nagrodę za najlepszy tom wierszy roku Grupy Literackiej ECCE, Nagrodę im. Ryszarda Milczewskiego-Bruno, Nagrodę im. Klemensa Janickiego (2003), Wielki Laur Poezji XIV Międzynarodowej Jesieni Literackiej Pogórza (2005), Medal Jerzego Sulimy-Kamińskiego (2012). Został wyróżniony w Konkursie na Najlepszą Książkę Poetycką Roku podczas XXXIV Międzynarodowego Listopada Poetyckiego. Laureat Bydgoskiej Literackiej Nagrody Roku 2012 – Strzała Łuczniczki, Nagrody Wincentego "Witka" Różańskiego (Złota Książka) oraz Nagrody Ekspresjonistycznej im. Tadeusza Micińskiego – Feniks 2014.
Ma wiele osiągnięć, ale nie lubi przynależeć i bywać w salonach literackich, pozostał wierny poprzedniej epoce. To wielka osobowość, którą się szanuje, człowiek skromny, ceniący przyjaźń ponad wszystko. Wywodzi się z pokolenia znanych poetów, jak: Edward Stachura, Ryszard Milczewski – Bruno, Wincenty Różański, Andrzej Babiński i można wymienić jeszcze wiele innych nazwisk.
[blog Klubu Literackiego Brzeg]
Mimo wielu zauważalnych w pisarstwie Szatkowskiego cytatów i nawiązań – pozostaje on wciąż pisarzem osobnym, oryginalnym, trudnym do jednoznacznej kwalifikacji i – tak jak Wincenty Różański, Andrzej Babiński czy Milczewski-Bruno – zasługującym na zainteresowanie nie tylko w kręgu czytelniczym, ale i naukowym.
Kazimierz Ratoń
Kazimierz Ratoń (1942–1982) – jeden z najbardziej znanych polskich poetów przeklętych.
Syn adwokata Stanisława i Zofii. Uczył się w liceum ogólnokształcącym w Żywcu, potem w Technikum Materiałów Wiążących w Opolu i w Technikum Włókienniczym w Bielsku-Białej. W latach 60. był związany z grupą "Współczesność". Wiersze, prozy poetyckie, tłumaczenia i recenzje publikował m.in. w "Kulturze", "Poezji", "Kierunkach", "Za i Przeciw", "W Drodze", "Literaturze" i w "Więzi".
Za życia wydał dwa tomiki poetyckie: "Pieśni północne" (1972) "Gdziekolwiek pójdę…," (1974). Pośmiertnie ukazały się jego "Pieśni ocalone" (1992), "Poezje" (2002), "Dziennik. Proza. Teksty krytyczne" (2012).
Kazimierz Ratoń jako młody poeta zapowiadał się dobrze. Błyszczał w Kole Młodych. Był laureatem Łódzkiej Wiosny Poetów (1965). Kiedy za swój debiutancki tomik "Gdziekolwiek pójdę..." otrzymał Nagrodę Gravesa, przyznawaną przez polski PEN Club (1975) – osiągnął apogeum. Miał pieniądze i wielu przyjaciół, którzy pomogli mu je błyskawicznie wydać.
Jedni opowiadali później, że za ostatnie pieniądze kupił sobie psa. Inni znów mówili, że został bezczelnie okradziony. Pisano o nim bardzo ciepłe recenzje. Pewnie wtedy uwierzył, że z poezji można wyżyć. Później przyszła bieda, za nią nędza. Ale on już nie potrafił inaczej żyć. Zawarł małżeństwo z poezją i skazał się na wierność jej. Tracił coraz więcej punktów oparcia, był przeraźliwie samotny. Gdy szedł ulicą, znajomi przechodzili na drugą stronę, bo nic nie mieli mu do powiedzenia, ani do zaofiarowania.
Do dzisiaj Ratoń stanowi wyrzut sumienia literackiego środowiska. Chyba najbardziej znaną anegdotą wyświetlającą los tego nieszczęśnika pozostaje spotkanie z Czesławem Miłoszem, który "po Noblu" świętował w Warszawie. Otóż na schodach Domu Literatury Miłosz spotkał Ratonia. Z wyraźnym przerażeniem i troską wręczył mu 500 zł, kiedy Ratoń poprosił jedynie o "Waryńskiego". Dostał "Kościuszkę". Miłosz miał powiedzieć: "Panie Kazimierzu, cóż to dzisiaj jest 100 złotych?". W kieszeni marynarki miał gruby plik pięćsetek spiętych biurowym spinaczem.
Nie tylko Miłosz wysoko cenił Ratonia. Poeta, dzięki wstawiennictwu Juliana Rogozińskiego, dostał nagrodę Pen Clubu. Cóż za paradoks! Rogoziński jako tłumacz fundamentalnych lektur Ratonia, załatwia mu spory dopływ gotówki, którą ten momentalnie przepija, rozdaje warszawskiemu półświatkowi meneli, prostytutek i cinkciarzy, by samemu zostać absolutnie z niczym, w norze bez okien i drzwi. Poeta ewidentnie nie był mistrzem asertywności. Ostatnie lata jego życia to istne piekło na ziemi, o którym pisze w "Dzienniku". Horror rozpadającego się ciała, wegetacja na poziomie szczurzym, kompletny zanik tego, co zwykliśmy uznawać za godność, a jednocześnie ciągłe trzymanie się literatury jako możliwego aktu oczyszczenia.
[Krzysztof Siwczyk, "Ikar w hangarze", "Polityka" 2 października 2012]
Przez większą część życia poeta ciężko chorował na gruźlicę. Zmarł w osamotnieniu, skłócony z rodziną i odrzucony przez środowisko literackie. Jego ciało odnaleziono 14 stycznia 1983, lekarz stwierdzający zgon ocenił, że śmierć poety nastąpiła ok. tydzień wcześniej.
W zamieszczonym w "Twórczości" (2006/5) tekście o tomie wierszy "Prawa natury" Ryszarda Kapuścińskiego (1932–2007) Janusz Drzewucki zastanawiał się, czy autor pisząc w jednym z utworów o poecie R., "którego biografię wewnętrzną i zewnętrzną da się streścić w paru zaledwie słowach: »gruźlica / alkohol / od czasu do czasu / wiersz«", nie zakryptonimował w ten sposób Kazimierza Ratonia.
Od 2005 Galeria Literacka w Olkuszu organizuje Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Kazimierza Ratonia. W 2011 ukazała się książka poświęcona jego twórczości: Magdalena Boczkowska, "W centrum literatury, na marginesie życia. O twórczości Kazimierza Ratonia".
Rafał Wojaczek
Rafał Wojaczek, fot. Instytut Mikołowski
Rafał Wojaczek (1945–1971) – poeta i życiowy anarchista. Zmieniał licea; maturę zdał w liceum wieczorowym w Kędzierzynie (1963). Rozpoczął studia filologiczne na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, ale wkrótce je przerwał. Przeniósł się w 1964 roku do Wrocławia, gdzie podjął pracę w MPO jako dyspozytor i poświęcił się pisaniu.
Tymoteusz Karpowicz (1921-2005) napisał wprowadzenie do debiutanckich wierszy Wojaczka, które ukazały się w miesięczniku "Poezja" (1965/1). W środowisku literackim przyniosły mu natychmiastowy rozgłos. Wydał zbiory wierszy, które wywołały prawdziwą burzę: "Sezon" (1969), "Inna bajka" (1972). Pośmiertnie ukazały się: "Którego nie było" (1972), "Nie skończona krucjata" (1972), "Utwory zebrane" (1976), "Poezje wybrane" (1983), "List do nieznanego poety" (1985), "Wiersze" (1996).
Rafał Wojaczek sprzeciwiał się masowości, tłumom, skostniałej, wymuszonej literaturze. Kiedy lekarze uznali go za zdrowego, zbuntował się przeciw diagnozie, jakby pielęgnował w sobie chorobę. Po to by nie przestać być wyjątkowym, być poetą. "Każdy artysta, wielki artysta jest psychopatą – i nie w ujemnym znaczeniu tego słowa" – zapisał Wojaczek w "Dzienniku".
Kazimierz Wyka (1910–1975), pisząc kiedyś o legendach związanych z Witkacym, stwierdził, że zmiażdżyły one twórcę, bo z ich zaczarowanego kręgu nie było ucieczki. Wojaczek buntując się przeciw szarej rzeczywistości, zbiurokratyzowaniu życia, skostnieniu w sztuce, obyczajach, w komunikowaniu międzyludzkim zdaje sobie sprawę, że jest to bunt beznadziejny. Konsekwentnie dąży więc do samounicestwienia, jakby realizując powszechne przekonanie, że za artystyczną nadwrażliwość, nawiedzenie trzeba drogo zapłacić, poświęcając nawet własne życie.
W jego ekspresjonistycznej liryce dominują motywy wyobcowania i dezintegracji człowieka, obsesja brzydoty i śmierci, drastyczność obrazowania z wykorzystaniem słownictwa ze sfery fizjologii i erotyki. Często nasycał swe kunsztowne liryki czarnym humorem i sarkazmem.
We Wrocławiu ujawnił się jako skandalista i sprawca obyczajowych ekscesów, ciągle prowokujący otoczenie. Zmarł śmiercią samobójczą, po zażyciu środków nasennych 11 maja 1972 roku we Wrocławiu. Pośmiertnie przyznano mu Nagrodę im. Andrzeja Bursy.
Burzliwe życie młodego twórcy, naznaczone alkoholizmem, skandalami i gwałtownie zakończone, przyczyniło się do powstania mitu poety przeklętego i zaliczenia Wojaczka do "kaskaderów literatury", co do dziś ma wpływ na zainteresowanie jego poezją. Legenda twórcy przesłoniła jej istotne znaczenie i bogactwo wymykające się prostemu schematowi artysty buntownika. Wojaczek pozostał poetą wyobcowania, buntu, obsesyjnego lęku i fascynacji śmiercią, co się wiążą z ciemną erotyką i głodem miłości.
Liryka nie była dla Rafała Wojaczka domeną bezpośredniej ekspresji, dziedziną szczerego wyznania. […] Interesowała go sztuka, a więc używanie i przekształcanie form.
[Jacek Łukasiewicz, "Liryka Rafała Wojaczka"]
W dawnym mieszkaniu rodziny Wojaczków od 1997 roku mieści się Instytut Mikołowski, który prowadzi działalność literacką i wydawniczą, m.in. organizuje coroczny Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. R. Wojaczka. W 1999 roku powstał film "Wojaczek" w reżyserii Lecha Majewskiego, z Krzysztofem Siwczykiem w roli głównej. Kolejne pokolenia odnajdują w poezji Wojaczka i jego biografii coś z własnego losu.
Jacek Bierezin
Jan Lityński, Jacek Bierezin, Konrad Bieliński i Anka Kowalska, 1979, Warszawa, fot. Janusz Przewłocki/ archiwum Andrzeja Friszke/ FOTONOVA/East News
Jacek Bierezin (1947–1993) – poeta, taternik, działacz opozycyjny. Współzałożyciel kwartalnika "Puls", jeden z sygnatariuszy tzw. Listu 59, stanowiącego protest przeciwko zmianom w konstytucji PRL (1976).
Studiował na Uniwersytecie Łódzkim polonistykę. W jego życiu działalność opozycyjna przeplatała się z literacką. W 1967 roku wydrukował w "Więzi" pierwszy wiersz i został współzałożycielem łódzkiej grupy poetyckiej Centrum – był jej członkiem do 1971 roku. Był ponadto bokserem i alpinistą, członkiem Klubu Wysokogórskiego.
W marcu 1968 został członkiem komitetu strajkowego na Uniwersytecie Łódzkim. Od 1969 był członkiem organizacji "Ruch", w grudniu 1970 został aresztowany; zwolniono go marcu 1971. W sierpniu 1971 skazano go jednak za działalność w "Ruchu" na karę 1,5 roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na 2 lata. Usunięto go również z uczelni, na którą powrócił w 1973 roku. W 1974 jego tom poezji "Wam" został odrzucony przez cenzurę i zamiast w wydawnictwie Czytelnik ukazał się nakładem Instytutu Literackiego w Paryżu. Autor został wówczas objęty całkowitym zakazem druku w Polsce.
W grudniu 1975 podpisał List 59 przeciwko zmianom w Konstytucji PRL. Od 1976 był współpracownikiem Komitetu Obrony Robotników, następnie Komitetu Samoobrony Społecznej "KOR". Uniemożliwiono mu wówczas ukończenie kolejnych studiów – etnograficznych, które rozpoczął w 1974. We wrześniu 1977 podpisał Deklarację Ruchu Demokratycznego – dokument programowy opozycji korowskiej. W 1977 ścierając się z podziemnym "Zapisem", założył własny kwartalnik "Puls", został też współzałożycielem Niezależnego Klubu Dyskusyjnego w Łodzi. W stanie wojennym został internowany (od 13 grudnia 1981 do września 1982) w Jaworzu i Darłówku.
W 1982 roku wyjechał wraz z Anką Kowalską (1932–2008), która otrzymała paszport na leczenie we Francji. Bierezin został jej "osobą towarzyszącą i opiekunem". Autorka "Pestki" wróciła do Polski; poecie akurat kończyła się ważność paszportu – poprosił o azyl polityczny, który uzyskał.
Do jesieni 1983 kierował londyńską kontynuacją "Pulsu", po czym zerwał z redakcją. Współpracował z "Kulturą" i Radiem Wolna Europa. Zarabiał na życie również jako ratownik pływacki i licencjonowany instruktor pływania. W latach 1987–1988 kierował miesięcznikiem "Kontakt", a następnie został redaktorem naczelnym Wydawnictwa Kontakt (1988–1992).
Jacek Bierezin zmarł tragicznie 26 maja 1993 roku. O 6.15 rano na Pont d'Alma, niedaleko pomnika Adama Mickiewicza, został potrącony najpierw przez jeden, a potem drugi samochód, kiedy z nieznanych przyczyn wszedł na jezdnię.
Był członkiem Polskiego Pen Clubu (od 1980), Związku Literatów Polskich (1981–1983), Stowarzyszenia Pisarzy Polskich (od 1989). Od 1995 roku w Łodzi przyznawana jest prestiżowa nagroda dla debiutantów w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Jacka Bierezina. W 2006 został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Dedykowano mu pierwszy odcinek "Erraty do biografii", serialu o polskich literatach aktywnych po II wojnie światowej.
Jacek Bierezin – razem ze Stanisławem Barańczakiem (1946–2014), Julianem Kornhauserem, Ryszardem Krynickim i Adamem Zagajewskim – był zaliczany do twórców Nowej Fali. W swojej poezji łączył właściwy dla tego pokolenia ton społecznego zaangażowania, buntu przeciw totalitarnej władzy z wrażliwością na piękno otaczającego świata.
Zdzisław Jaskuła
Zdzisław Grzegorz Jaskuła, Łódź, 2012, fot. Małgorzata Kujawka/AG
Zdzisław Grzegorz Jaskuła (1951–2015) – poeta, reżyser teatralny, krytyk literacki, tłumacz, reżyser, dramaturg, edytor, animator życia kulturalnego, społecznik, dyrektor teatru. Zwany "poetą z ulicy Wschodniej" i "bardem robotniczej Łodzi" od zawsze był indywidualistą, który najpełniej realizował się w relacjach z innymi.
Studiował polonistykę na Uniwersytecie Łódzkim, skąd na piątym roku został w 1975 usunięty za podpisanie listu protestacyjnego przeciw zmianom w konstytucji PRL (o przewodniej roli partii i o wiecznej przyjaźni z ZSRR). Magisterium zrobił na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Od 1976 roku był związany z Komitetem Obrony Robotników.
Debiutował w prasie w miesięczniku "Poezja" (1969). Pierwszy tom wierszy – "Zbieg okoliczności" ukazał się w 1973 roku. Rok później, wraz z żoną Sławą Lisiecką, tłumaczką języka niemieckiego, zamieszkał przy ulicy Wschodniej. Ich mieszkanie – dokąd schodzili się poeci, działacze, artyści, również ci zaangażowani politycznie – stało się ostoją wolnej myśli.
Nasz dom był podobny do takiej kawiarni – wspominał. – Poeta czytał wiersze, muzyk grał, dyskutowaliśmy o wydarzeniach w kulturze, oczywiście też w polityce. To był dom otwarty na różne, jakbyśmy dziś powiedzieli, "projekty artystyczne". Sztuka nie może się rozwijać w niewoli. Ona się wiąże z wolnością, a wolność z polityką. Jak patrzę w przeszłość, to widzę, że miałem fajne, intensywne życie. Już ono samo było nagrodą.
Salon przy Wschodniej? Ulica meliniarzy, tzw. Trójkąt Bermudzki, uchodziła za synonim biedy i patologii. Z czasem jednak barwny styl życia nowych mieszkańców sprawił, że sąsiedzi ich chronili.
Pod kamienicą przy Wschodniej 49 parkowały esbeckie samochody. Stale inwigilowanemu poecie uniemożliwiono wyjazdy za granicę. Rodzina była nękana anonimowymi telefonami i listami od "oburzonych przedstawicieli klasy robotniczej". Kolegia orzekające karały ich grzywnami za "zakłócanie ciszy nocnej".
Zdaniem bezpieki Jaskuła stał się symbolem nurtu kontestatorskiego. Podczas jednej z rewizji funkcjonariusze skonfiskowali mu tomik wierszy "Jasne południe"; zabrali go też z Wydawnictwa Literackiego, gdzie się miał ukazać. Nigdy się nie odnalazł. Ostatni tom Jaskuły ujrzał światło dzienne w 1984 roku:
"Maszyna do pisania" wydaje się być jednym z najwybitniejszych osiągnięć poetyckich Nowej Fali, chociaż doskonale zdaję sobie sprawę, że udowodnić tę opinię będzie podwójnie trudno. Po pierwsze śladowa recepcja krytycznoliteracka zbioru Jaskuły nie stwarza alibi do kreowania podobnej tezy, po drugie – gdy opadła temperatura nowofalowych emocji – nie budzi spodziewanego zainteresowania. O tomiku możemy powiedzieć, że jak na razie pozostaje niezauważony i nieodczytany. Opieszałość wydawnicza i pryncypia polityki kulturalnej poprzedniej dekady sprawiły, że nie tak łatwo oddać poecie sprawiedliwość. Oczywiście, gdyby książka ukazała się dziesięć lat temu…
[Janusz Drzewucki, "Chaos i konwencja", Kraków 1988]
"Kto pisze o łodzianinach? – zauważył kiedyś Jaskuła, myśląc o swoim przyjacielu Jacku Bierezinie. – Najlepsi łódzcy krytycy wyjechali do Warszawy, a »środowisko« jest zawsze głównie krakowsko-warszawskie". Nie opuścił Łodzi, choć miewał propozycje pracy w znaczniejszych kulturowo ośrodkach.
W wydanej przez IPN książce "Niezależność najwięcej kosztuje" poeta wspomniał o roli łódzkiego "domu otwartego". Na co dzień jednak unikał "kombatanctwa". Do swoich teczek mieszkańcy Salonu na Wschodniej nie zaglądali.
Jako wiceprezes Oddziału Łódzkiego SPP Zdzisław Jaskuła inicjował i prowadził znaczące wydarzenia literackie. Ostatnich pięć lat swojego życia poświęcił głównie budowie nowego kształtu artystycznego Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka. Śmierć poety sprawiła, że zarówno on sam, jak i Salon Na Wschodniej przeszły do legendy.