Barbarzyńca w ogrodzie dźwięków

Jan Kanty Pawluśkiewicz, 2003, fot. Bogdan Krężel / Przekrój / Visavis.pl / Forum
Nowy rozdział w twórczości artysty otworzyła jego współpraca z Teatrem STU i Krzysztofem Jasińskim. W 1977 roku wraz z Markiem Grechutą napisał dla tej sceny muzykę do musicalu "Szalona lokomotywa" na podstawie twórczości Stanisława Ignacego Witkiewicza, a w 1985 roku stworzył operę "Kur zapiał", do której libretto stanowił poemat Wiesława Dymnego – "Polski szynkwas żydowski".
Kiedy zacząłem pisać muzykę ilustracyjną, stosowałem tak zwany motyw obsesyjny, co, jak słyszałem, bywało nudne. Zatem skorzystałem z mądrego powiedzenia: "Nie ten ogrodnik, co umie sadzić, a ten, co umie ciąć".
[Jan Kanty Pawluśkiewicz w rozmowie z Wacławem Krupińskim, "Jan Kanty Osobny", Kraków 2015]
Jako kompozytor muzyki teatralnej Pawluśkiewicz związał się z również z pozostałymi krakowskimi scenami: Teatrem Ludowym ("Opera żebracza" Johna Gaya, reż. Krzysztof Orzechowski), Starym Teatrem, Teatrem Bagatela, Teatrem im. Juliusza Słowackiego, Teatrem KTO. Równie ciekawie przedstawia się dorobek artysty na scenach poza Krakowem, poczynając od muzyki do przedstawień Tomasza Zygadły w Teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu ("Nowe cierpienia młodego W.", "Dziady"). W Warszawie Jan Kanty tworzył muzykę dla Teatru Narodowego ("Na czworakach" Tadeusza Różewicza, reż. Kazimierz Kutz) i Teatru Dramatycznego ("Sezon w piekle" według Rimbauda, reż. Adam Sroka), Sceny Plastycznej KUL ("Kres" Leszka Mądzika), Teatru im. Jaracza w Łodzi, Teatru im. Osterwy w Lublinie, i dla wielu, wielu innych scen w kraju.
Teatr nie potrzebuje symfonii, nie potrzebuje kilkudziesięciu głosów orkiestry. Muzyka teatralna jest bowiem tylko pewnym sygnałem wywoławczym, jest pewnym projektem muzycznym. Szalenie oszczędną, ale i wyrafinowaną wizją muzyczną. Jest rodzajem ekwiwalentu muzycznego i przy bogactwie swoich funkcji zawsze zostaje tylko dopełnieniem. Wobec tego nie może zastępować ani wypełniać pozostałych elementów struktury spektaklu. […] Moja obecność w tej muzyce – nazwijmy ją poważną – jest obecnością barbarzyńcy w ogrodzie rozkoszy dźwięków niezrozumiałych. Muzyka to są stany napięć i ciszy. Muzyka to sytuacja, to stan dziejący się w pewnym czasie. Zarówno cisza, jak i wewnętrzna dramaturgia dźwięków są elementami akcji muzycznej. To jest istotne: przebieg, rytm, tempo, sposób narracji, napięcia – są to elementy muzycznego dramatu, wokół których musi się go budować. Natomiast nie jest to do końca intelektualne wyrachowanie, intelektualna analiza czy też kreacja muzyki, ponieważ elementy napięcia muszą temu towarzyszyć.
[Jan Kanty Pawluśkiewicz w rozmowie z Krzysztofem Rekoszem, "Teatr to moja niezdobyta kochanka, "Teatr" nr 7/8 1996]
Sfery intelektualnych skłębień
Pawluśkiewicz ma w swoim dorobku muzykę do widowisk Teatru Telewizji oraz kilkudziesięciu filmów krótkometrażowych i fabularnych. Powstała we współpracy z takimi reżyserami jak Tomasz Zygadło ("Brzydkie kaczątko" 1973, "Rebus" 1977, "Ćma" 1980, "Odwet" 1982), Janusz Zaorski ("Chleba naszego powszedniego" 1974), Feliks Falk ("Wodzirej" 1977, "Obok" 1979, "Szansa" 1979, "Idol" 1984, "Bohater roku" 1986), Andrzej Titkow ("Układ krążenia", 1978), Agnieszka Holland ("Gorączka" 1980, "Kobieta samotna" 1981), Krzysztof Kieślowski ("Krótki dzień pracy" 1981), Kazimierz Kutz ("Zawrócony" 1994, "Pułkownik Kwiatkowski" 1995, "Sława i chwała" 1997), Márta Mészáros ("Córy szczęścia" 1999, "Mała Vilma" 2000), Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze ("Papusza" 2013 – nagroda za najlepszą muzykę podczas 38. Festiwalu Filmowego w Gdyni).
Kompozytor wyjaśniał, że na przykład w przypadku muzyki do filmu "Wodzirej" zamówienie Feliksa Falka nie dotyczyło "sfery intelektualnych skłębień". Reżyserowi chodziło o utwory knajpiane. I choć kompozytor nie ukrywa, że klimaty restauracyjne wraz z całą poezją życia zawsze go interesowały, niemniej jednak…
Takie zamówienie nie było prostą sprawą. Trzeba było w tę estetykę wejść. […] Oprócz dźwięku znajdują się w niej elementy "filmowego imperium". Jest aktor i jego twarz, ekspresja jego gry, całej scenografii i reżyserii. […] Film w swoim obrazie pokazuje różne plany, a muzyka dodaje głębię ostrości w postaci nastrojów, napięcia i ekspresji niewerbalnej, zmysłowej.
[Jan Kanty Pawluśkiewicz, "Muzyka filmowa jest trudniejsza od piosenki", Polskie Radio, Popołudnie z Jedynką, prowadził Przemysław Szubartowicz, emisja 26 grudnia 2014]
Psalmy, oratoria, poematy symfoniczne
Szczególnie ważne miejsce w dorobku artysty zajmuje nurt określany jako Mystery Music – monumentalnych kompozycji oratoryjnych na solistów, chóry i orkiestrę. W 1992 roku do tekstów ze zbioru "Psalmy dla dzieci małych i dużych" Leszka Aleksandra Moczulskiego stworzył oratorium "Nieszpory Ludźmierskie".
Oratorium od pierwszego wykonania wzbudziło zachwyt. Prostą, wzruszającą lirykę psalmów Moczulskiego połączył kompozytor z muzyką, której klimat był pokrewny poezji piosenek Piwnicy pod Baranami. Z tych dwóch elementów stworzył Pawluśkiewicz oryginalne dzieło oratoryjno-symfoniczne wzruszające intensywnością i niekłamaną prawdą emocji.
Prawykonania oratorium w kościółku parafialnym w Ludźmierzu 26 września 1992 roku słuchało około 400 osób. Dwa dni później odbył się koncert w Nowym Targu, po którym trwała dwudziestominutowa owacja na stojąco, a 200 osób zostało w kościele, by wysłuchać bisów. Burmistrz Nowego Targu przekazał urodzonemu w tym mieście kompozytorowi – wraz z góralskim kapeluszem i pamiątkowymi medalami – tytuł honorowego bacy Podhala. Następne występy odbyły się w kościele Świętej Katarzyny w Krakowie. Tysiące słuchaczy ściągały nazwiska niezwykle popularnych wykonawców.
Obiecałem Leszkowi Aleksandrowi Moczulskiemu, że jego tekst będzie dobrze docierał do widza – mówi Pawluśkiewicz. – Dlatego wziąłem aktorów: Beatę Rybotycką, Jacka Wójcickiego i estradowców: Hannę Banaszak, Grzegorza Turnaua, Zbigniewa Wodeckiego, wszystkich z perfekcyjną dykcją.
[Janusz R. Kowalczyk, "Wracając do moich Baranów", Warszawa 2012]
Jan Kanty Pawluśkiewicz dał w nich dowód znakomitego opanowania warsztatu kompozytorskiego, głębokiej, plastycznej wyobraźni muzycznej. "Nieszpory Ludźmierskie" były hołdem kompozytora złożonym własnym góralskim korzeniom. Ujawniały tęsknotę twórcy do wysokich form muzyki poważnej, choć wykonawcami byli w większości wykonawcy (co prawda znakomici) form popularnych.
Po sukcesach "Nieszporów Ludźmierskich" kompozytor nie spoczął na laurach. 24 czerwca 1994 roku w dziesięciotysięcznym amfiteatrze wystawionym na krakowskich Błoniach odbyła się premiera kolejnego wielkiego poematu symfonicznego Jana Kantego Pawluśkiewicza – "Harfy Papuszy", do wierszy cygańskiej poetki Bronisławy Wajs (Papuszy). W tym przypadku kompozytor jeszcze wyżej ustawił poprzeczkę artystycznych ambicji.
Do tchnących autentyzmem tekstów cygańskiej poetki napisał własne oryginalne nuty, bez czerpania z bogatego muzycznego folkloru Romów. Poezja Papuszy, wykonywana w języku Romów, ożywiona płynnymi frazami nierzadko kontrapunktowo zadzierzystej muzyki Pawluśkiewicza, popłynęła pod czyste, rozgwieżdżone niebo. Zapłonęły przesuwające się nad głowami widzów gigantyczne motyle i ważki – rzeźby Władysława Hasiora uczynione z przypominających harfy płyt rezonasowych fortepianów.
Kilka projektów udało mi się doprowadzić do końca, choć jak teraz o nich myślę, to były pozbawione zdrowego rozsądku. Bo koncert do poezji nieznanej Cyganki dla dziesięciu tysięcy osób – i jeszcze z gwiazdą Metropolitan Opera – nie miał racji bytu. A okazał się możliwy. Ale tak naprawdę interesuje mnie to, co jeszcze przede mną...
[Jan Kanty Pawluśkiewicz w rozmowie z Wacławem Krupińskim, "Jan Kanty Osobny", Kraków 2015]
6 maja 1999 roku w Kościele pod wezwaniem Świętego Józefa w Chorzowie kompozytor przedstawił oratorium "Droga – życie – Miłość. O Męce i Zmartwychwstaniu Pana", w którym poezję Leszka Aleksandra Moczulskiego uzupełniała staropolska literatura pasyjna. Kolejnym dużym przedsięwzięciem muzycznym kompozytora, również we współpracy z Moczulskim, było oratorium "Ogrody Jozafata", przedstawione 27 czerwca 2002 roku w kościele Świętej Anny w Zabrzu.
Efektem spółki z Moczulskim było też oratorium "Radość miłosierdzia", przygotowane na 30. rocznicę pontyfikatu Karola Wojtyły zamówione dla Filharmonii Poznańskiej. Prawykonanie dzieła zostało zarejestrowane i w maju 2009 roku ukazało się w wydaniu płytowym.
Eteryczny realizm

Jan Kanty Pawluśkiewicz, "Ogrody Jozafata" – projekt kurtyny dla Opery Krakowskiej, źródło: www.pawluskiewicz.pl
Oprócz komponowania muzyki Jan Kanty Pawluśkiewicz udziela się także jako malarz. Przez młodzieńcze umiłowanie do rysunku zdecydował się studiować architekturę na Politechnice Krakowskiej, dzięki czemu nie tracił kontaktu z malarstwem, grafiką i rzeźbą.
Otóż czas jakiś temu Kanty zajął się malarstwem właściwym sobie, które nazwał "żel-art". Uczciwszy fakty, należy stwierdzić, że ten rodzaj twórczości Jan Kanty po prostu wymyślił. Krystyna Moczulska – prywatnie żona Leszka Aleksandra, służbowo zaś historyk sztuki – określiła żelową kreację mianem "eterycznego realizmu". Dzieła powstają w wyniku misternego pokrywania powierzchni obrazu niezliczonymi kropkami wykonywanymi za pomocą specjalnych pisaków z żelem. To twórczość pełna kolorów.
[Danuta Grechuta, Jakub Baran, "Marek. Marek Grechuta we wspomnieniach żony Danuty", Kraków 2011]

Jan Kanty Pawluśkiewicz, "Jeśli zdążymy – to zwyciężymy!" z cyklu "Voyage", źródło: www.pawluskiewicz.pl
Po raz pierwszy swoje obrazy, wykonane równie pomysłową, co specyficzną techniką, pokazał w 1999 roku w Piwnicy pod Baranami. Od tego czasu stworzył już wiele serii obrazów, rysunków i grafik, kreując w nich magiczny świat, zawierający szczególny ładunek emocjonalny, pełen baśniowości i radości. Barwny i świetlisty; żel-art.
Termin jest autorstwa Tadeusza Nyczka, a pomysł, owszem, mój. Zawsze chciałem łączyć współczesną ekstrawagancję z konwulsyjną klasyką, tylko wcześniej brakowało mi odwagi. Technicznie jest to ogromnie pracochłonne, bo polega na nanoszeniu tysięcy kropek żelowymi długopisami.
[Krzysztof Jakubowski, "Jan Kanty Pawluśkiewicz. Od niepewności do nieszporów", krakow.gazeta.pl, 3 listopada 2012]
Na jeden centymetr kwadratowy przypada przeciętnie 350–400 kropek. Prace artysty w nowatorskiej technice były pokazywane poza krajem między innymi na wystawach w Brukseli (w sali Yehudi Menuhina w budynku Parlamentu Europejskiego), na Słowacji, Węgrzech i we Włoszech. Można przyjąć, że sukcesy malarskie wyprorokował Pawluśkiewiczowi w znanej piosence Marek Grechuta.
Innym razem zaproszony byłem na wernisaż,
Na wystawy późną nocą w głębokich piwnicach,
Czy to były płótna mistrza Jana, czy Kantego?
Nie pamiętam tego...
["Nie dokazuj", słowa Marek Grechuta, muzyka Jan Kanty Pawluśkiewicz]
Miłość aż do końca
Wbrew potocznym wyobrażeniom o popularnych artystach, dotyczących ich mniej lub bardziej ekscentrycznego trybu życia – z wpisaną poniekąd w cechowy herb swobodą obyczajów – dwaj współzałożyciele zespołu Anawa nigdy do takich podejrzeń nie dawali powodów. Wykonywana przez nich twórcza profesja mogła czasem skłaniać obu do pewnej apodyktyczności, niejakiej brawury, albo i bezczelności wobec innych współuczestników konkretnego artystycznego przedsięwzięcia. Za to w sferze najściślej prywatnej – kultury osobistej – hołdowali jednak zupełnie innym wzorcom.
Nie będzie przesadą stwierdzenie, że wobec dam objawiali się jako wielce delikatni mężczyźni. Zarówno Marek, jak i Janek robili wrażenie, jakby nigdy nie przekroczyli progu szkół koedukacyjnych. Jan Kanty długo nie zdradzał się ze swoimi sympatiami dotyczącymi konkretnych pań. Aż do dnia, kiedy niezapowiedziany zjawił się w naszym mieszkanku na Dębnikach ze zjawiskową dziewczyną, o delikatnej urodzie i z włosami ściągniętymi w węzeł na czubku głowy, która inteligentnie milczała. Dowiedzieliśmy się, że właśnie wróciła z Maroka od swojego ojca i zaczęła studia na romanistyce. Jak pokazała niedaleka przyszłość, to było dziewczę, któremu Jan Kanty przysiągł miłość aż do końca. Poznaliśmy więc Sylwię – niebawem panią Pawluśkiewicz. Od tamtego dnia wraz Sylwią – jak mówią mężczyźni – kumplujemy się, a jak mówią babeczki – się koleżankujemy.
[Danuta Grechuta, Jakub Baran, "Marek. Marek Grechuta we wspomnieniach żony Danuty", Kraków 2011]
Jan Kanty Pawluśkiewicz jest od lat mężem Sylwii z domu Soszyńskiej, ojcem Filipa i Katarzyny oraz dziadkiem Matyldy. Od czasu studiów mieszkał w Krakowie, choć ostatnio głównie w beskidzkiej Milówce nad Sołą.
Jan Kanty Pawluśkiewicz – to żyjący klasyk – uważa Leszek Aleksander Moczulski. – Cieszący się obok talentu do muzyki i malarstwa także niebywałym powodzeniem u kobiet. Z którego lekkomyślnie nie korzysta. Bo – z tego, co słyszę – najbardziej kocha swoją Sylwię i dom w Milówce. Gdzie któregoś roku w czas, kiedy to nasz Muzyk spał zasłużonym snem spełnionego artysty, rozebrano, a potem skradziono mu czterdzieści metrów bieżących płotu. Cóż… Nic za darmo. Wesołych snów, Janku!
[Jan Kanty Pawluśkiewicz w rozmowie z Wacławem Krupińskim, "Jan Kanty Osobny", Kraków 2015]
Za moim sukcesem stoi cała moja rodzina i wiele osób. Moja żona Sylwia, córka Kasia, która lekko mnie krytykuje albo upewnia w wielu kwestiach, syn Filip. Miałem szczęście trafić na kobiety, które wspomogły mnie, także towarzystwo Piwnicy pod Baranami, Jan Nowicki i jego przewrotne komentarze, także towarzystwo góralskie, krakowskie. Od Krakowa dostałem więcej, niż sam mu dałem.
[Jan Kanty Pawluśkiewicz w rozmowie z Sylwią Paszkowską, "Od Krakowa dostałem więcej niż sam mu dałem", radiokrakow.pl, 8 czerwca 2015]
Z osób, które z różnych powodów trwale zapisały się w pamięci Jana Kantego Pawluśkiewicza, warto przywołać kilka najważniejszych. Szczególnie interesujących, niezapomnianych osobowości. Ich poczet otwiera, zdaniem kompozytora nieodwołalnie, guru krakowskiej Piwnicy pod Baranami.
Bezwzględnie Piotr Skrzynecki. Był dla mnie fantastycznym, niesłychanie kreacyjnym przykładem. Z Piotrem stale pojawiało się coś nowego i zadziwiało – a to bal, a to jakieś zupełnie niekonwencjonalne wydarzenie. Spotkanie z Markiem Grechutą było bardzo ważne, a wcześniej z Tadziem Kalinowskim, z którym godzinami słuchaliśmy jazzu i założyliśmy Anawę... Istotna też była piętnastoletnia współpraca z Tomkiem Zygadło i jeszcze dłuższa, trwająca do dziś, z Krzyśkiem Jasińskim, bo gdyby nie jego talent, śmiałość i nieustępliwość, nie doszłoby do wystawienia "Szalonej lokomotywy", "Kur zapiał" ani "Harf Papuszy". A jeśliby doszło, to nie tak olśniewająco! Ważny był Kazimierz Kutz. I Leszek Aleksander Moczulski, który ofiarował mi wiele pięknych, niezwykłych tekstów. I Halinka Jarczyk, która przez ponad dwadzieścia lat wspierała mnie nie tylko jako szef muzyczny przy wielu koncertach, nagraniach oraz jako dyrygentka, ale również wysoce życzliwy konsultant...
[Jan Kanty Pawluśkiewicz w rozmowie z Wacławem Krupińskim, "Jan Kanty Osobny", Kraków 2015]
Inni o Janie Kantym
Hanna Banaszak
Jan Kanty umie dzielić się sukcesem. Zawsze oddaje honory ludziom, z którymi współpracuje. Ta cecha – moim zdaniem – jest dowodem na uczciwość artystyczną. Znam wielu twórców, którzy nie lubią doceniać tych, co realizują ich projekty. Sukces bardziej rezerwują dla własnego geniuszu niż po części także dla talentu zaangażowanego wykonawcy. Nigdy nie zauważyłam, aby Janka charakteryzowała podobna małość. To bardzo elegancki i sympatyczny człowiek.
Halina Jarczyk
Co jest największą siłą Jana Kantego? To, że się na nikim i na niczym nie wzoruje, jest absolutnie oryginalny. Słuchając Bacha, wiem, że to Bach, słuchając Mozarta, wiem, że to Mozart, i podobnie zawsze rozpoznam Pawluśkiewicza, gdy słyszę jego muzykę.
Krzysztof Jasiński
Jan Kanty zawsze jest wyjątkowy, odrębny, niepowtarzalny. I przy całej różnorodności to twórczość homogeniczna, wypływająca z jednego źródła, mająca charakterystyczne brzmienie, melodykę…
Kazimierz Kutz
Jan Kanty nigdy nie zawodzi i można by go przyrównać do różnych urządzeń i metafor, ale trywializowałoby to jego osobowość. Jan Kanty nigdy się nie narzuca i ma w sobie łagodny spokój – tak bezcenny w naszej nerwowej pracy. Jest balsamiczny i delikatny. Uczestniczy w rozstrzygających chwilach stawania się dzieła z gracją dziewicy i można nim mierzyć poziom stającej się jakości. Dlatego tak lubię z nim pracować. Kunszt i charakter, ot co!
Leszek Aleksander Moczulski
Janek pogodził piosenkę z kulturą wysoką. To były dwa odrębne, nieznoszące się światy, a on złączył je, tworząc nową jakość i wytyczając szlaki innym. Sam też konsekwentnie nimi podążał, co dawało okazję do następnych twórczych spotkań, w tym przy dotykającym tajemnicy Wielkiego Tygodnia oratorium "Przez tę ziemię przeszedł Pan", przy którym nasze wyobrażenia ścierały się aż do bólu, aż do rozstań. Krystyna, moja żona, powtarzała mi, że Janek jest wielką indywidualnością i nie mogę aż tak narzucać mu swego zdania… Tak czy inaczej, na parę miesięcy nasza współpraca ustała. Podjęliśmy ją jednak, tworząc utwór, który dał nam wiele satysfakcji. Stawiam go obok "Nieszporów…", do których mam największy sentyment.
Grzegorz Turnau
Znamy się i obserwujemy – raz z bliska, raz z dystansu – od ponad trzydziestu lat. Dzieli nas znacznie więcej, niż łączy, od różnicy pokoleń zaczynając. Jan – człowiek wielkiego rozmachu, ja – kameralista. On szpiczasty, ja sztruksowy. A jednak coś nas mobilizuje do wspólnych działań, coś kiwa na nas palcem ("sen modrooki"?), coś powoduje, że znajdujemy się w jednej piwnicy, w jednym kościele, w jednym teatrze. (Raz nawet w jednym łóżku, w Kanadzie, ale to nie na własne życzenie, lecz ze względu na ograniczoną poczytalność organizatorów trasy koncertowej). Że razem witamy nowe millennium, razem niesiemy trumnę, razem śpiewamy tę samą od lat piosenkę o Piotrze Skrzyneckim.
Zbigniew Wodecki
Janek jest muzycznym poetą, wolnym jak ptak, łamiącym rozmaite kanony, co sprawia, że wiele osób, kształconych klasycznie, świetnych zawodowców, ta jego twórczość kłuje w uszy. On na szczęście ich nie słucha, kierując się głównie swą wyobraźnią, muzycznym intelektem, odwagą i swobodą, jaką wyniósł ze świata górali, z Podhala, bez którego nie byłoby "Nieszporów Ludźmierskich". A tak trwają już ponad dwadzieścia lat, a my wciąż lubimy je grać.
[Wypowiedzi artystów o kompozytorze są cytatami z książki Jana Kantego Pawluśkiewicza i Wacława Krupińskiego, "Jan Kanty Osobny", Kraków 2015]