Nie jedynym w jego dorobku. Sześć lat później reżyser "Popiołu i diamentu" "zaktualizował" swój obraz pokolenia, kręcąc "Niewinnych czarodziejów", opowieść o dwójce trzydziestolatków, którzy swoje życiowe zagubienie, samotność i niepewność ukrywają pod maską cynizmu i nonszalancji. Robert Birkholc pisał o nim w Culture.pl:
Wajda traktuje beztroskie, powojenne pokolenie z dystansem i jest nieufny wobec nowoczesnego stylu życia, ale nie popada w płytkie moralizatorstwo. W gruncie rzeczy zagubieni bohaterowie "Czarodziejów" (…) są dość sympatyczni, a ich ironiczna strategia przetrwania to jedynie odpowiedź na zmieniające się warunki społeczne. Film opowiada o przemianach cywilizacyjnych, jakie niesie ze sobą nowoczesność, ale ważny jest tu także lokalny kontekst: poczucie beznadziei i chęć ucieczki od rzeczywistości to skutek gomułkowskiej polityki "małej stabilizacji".
Wajda nie był jedynym diagnostą tej rzeczywistości. Jeden z najciekawszych portretów powojennego pokolenia kreślił na ekranie jego młodszy kolega, Jerzy Skolimowski. To on w debiutanckim "Rysopisie" stworzył postać Andrzeja Leszczyca, który w kolejnych filmach reżysera ("Walkower", "Ręce do góry") stawał się wyrazicielem pokoleniowych lęków i tęsknot, ucieleśnieniem buntu i rezygnacji. W "Rysopisie" młody bohater porzucał studia, by zgłosić się do wojska, w "Walkowerze" musiał odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ucieczka przed życiem i jego konsekwencjami ma sens, a w zatrzymanym przez cenzurę "Ręce do góry" konfrontował się z dawnymi kolegami i koleżankami ze studiów, dostrzegając ich (oraz własny) cynizm, konformizm i uległość wobec systemu. Także w znakomitej "Barierze" reżyser rozwijał tę samą postać, a bohater grany przez Jana Nowickiego był kolejnym wcieleniem Leszczyca, człowieka rzucającego wyzwanie światu, odrzucającego społeczne role i wygodne formy. Mariola Jankun-Dopartowa w "Kwartalniku Filmowym" zauważała, że "gra Leszczyca z otaczającym światem polega na konsekwentnym odrzucaniu wszelkich form stabilizacji i na wybieraniu niepewności, prowokacji, otwartej perspektywy".
Wszystkie te filmy były dla Skolimowskiego próbą rozliczenia się z samym sobą i otaczającym światem, bezlitosną analizą swojego pokolenia, którego znakomita większość zaprzedała się systemowi, a inni weszli w role buntowników i outsiderów.
Pokolenie deziluzji
Polityka silnie naznaczała także pokoleniowe autoportrety kolejnych generacji polskich filmowców. Zwłaszcza tych, którzy swoje kluczowe obrazy tworzyli w epoce kina moralnego niepokoju. Dość wspomnieć o "Amatorze" (1979), w którym Krzysztof Kieślowski odwracał obiektyw kamery w swoją stronę i stawiał pytania o sens sztuki w przekłamanym świecie. W opowieści o Filipie Moszu, młodym mężczyźnie, który dzięki sztuce zaczyna dostrzegać fałsz otaczającej go PRL-owskiej rzeczywistości, Kieślowski zapisał doświadczenia swoje i swojej generacji. Autobiografizm splatał się u niego z socjologiczną diagnozą dotyczącą całego pokolenia jego rówieśników żyjących w – jak sam mówił – "świecie nieopisanym". Nie inaczej było z "Przypadkiem" (1981), w którym opowieść o przypadkowości ludzkiego losu była zarazem opowieścią o polityczno-życiowych wyborach, przed którymi stawali rówieśnicy reżysera.