Zacznijmy od krótkiego dialogu. Oto nowobogacki z Warszawy i nastoletni chłopak z wioski pod Ełkiem siedzą na piaszczystym podwórzu nieczynnego PGR-u.
"- Na co patrzycie?
- Na dziedziniec.
- A na dziedzińcu na co?
- A na co mamy patrzeć? Tu nie ma na co patrzeć.
- Nie chodzicie do szkoły, do pracy, ani nawet po zasiłek, tylko patrzycie na plac i nie przeszkadza wam nawet, że tu na nim nic nie ma?
- Jak o mnie chodzi to się pan pomylił, ja chodzę do pracy, do szkoły i po zasiłek."
Ta dialogowa perełka to tylko jeden z powodów, dla których "Zmruż oczy", skromny film Andrzeja Jakimowskiego, dwadzieścia lat po premierze wydaje się większy i ważniejszy, niż wtedy, gdy trafiał na ekrany.
Był 2001 rok, kiedy Jakimowski zdecydował się zrealizować ten scenariusz. Polski Instytut Sztuki Filmowej miał powstać dopiero za cztery lata, a Jakimowski wchodził na plan niezależnego filmu dysponując niewielkim budżetem i oddaniem przyjaciół-filmowców. Niedaleko Ełku nakręcił prostą historię dwójki uciekinierów: starzejącego się faceta (Zamachowski), ukrywającego się przed własnym życiem, i dziesięcioletniej Małej, która ucieka od bogatych rodziców, którzy nie znajdują dla niej czasu.
Jakimowski wprowadzał do polskiego kina osobliwy ton – psychologiczno-obyczajowy dramat łączył z filozoficzną pogadanką o wolności i prawdzie. Bez wielkich fraz, bez puszenia się i pozowania na filmowego wieszcza, mówił o potrzebie spotkania z drugim człowiekiem. W jednej z kluczowych scen filmu bohater próbował połączyć się przez CB-radio. Po kolejnych niepowodzeniach miejscowy nastolatek (wspaniały Rafał Gruźniczak, naturszczyk obecny także w kolejnych filmach Jakimowskiego) tłumaczył mu podstawową zasadę działania urządzenia: "Jak się pan chce nauczyć nadawać, to najpierw musi się pan nauczyć odbierać".
I tak brzmi najważniejsza lekcja, jaką wygłasza Jakimowski w swym małym, pięknym filmie, który po dwudziestu latach ogląda się z tą samą, niekłamaną przyjemnością.
"Edi", reż. Piotr Trzaskalski (2002)