Jadowska nie szydzi z prowincji. Nie znajdziemy w jej filmie karykaturalnych scen Polski przaśnej i śmiesznej jaką znamy z "Twarzy" Szumowskiej. W "Dzikich różach" ludzie piją, bywają wulgarni, ale nie ma w tym nic niezwykłego. Wieś może i huczy od plotek i intryg, ale gdy jednemu z mieszkańców zaginie dziecko, każdy rzuca swoją robotę, żeby pomóc w jego poszukiwaniu. Kto wie, czy film Jadowskiej nie jest jednym z niewielu polskich obrazów ostatnich lat pokazujących, że nad Wisłą istnieje jeszcze jakaś wspólnota. Niejednolita, ale potrafiąca złączyć się we wspólnym dziele.
Podobne obrazy wsi jako miejsca, w którym wciąż jeszcze istnieje społeczna wspólnota, częściej znaleźć można w dokumencie. Choćby w "Pierwszym Polaku na Marsie" Agnieszki Elbanowskiej, opowieści o emerytowanym panu Stanisławie, który pragnie dołączyć do wyprawy na Marsa organizowanej przez NASA. Elbanowska zagląda do mieszkań, gdzie wciąż dumnie stoją czterdziestoletnie meblościanki, na ścianach wiszą słomianki, a meble pochodzą nie z Ikei, lecz z powiatowych bazarów, ale nie robi z tego etnograficznej sensacji. Po prostu pokazuje ludzi – szczerze kibicujących sąsiadowi, znających go od dziecka, podziwiających jego upór, a jednocześnie ze zdrowym chłopskim dystansem ironizujących na temat jego marzenia. I znów – z tej pocztówki wyłania się obraz wspólnoty, która nie odgradza się od siebie murem, ale pozostaje w bliskiej relacji z drugim człowiekiem.
Bo choć kino głównego nurtu lubi potwierdzać utożsamienie wsi z prymitywnością, z której można zadrwić albo umieścić w niej to, co w społeczeństwie najgorsze, to właśnie historie Jadowskiej, Elbanowskiej czy Domalewskiego pokazują, że poza metropoliami czeka wiele znakomitych tematów. Wystarczy tylko otworzyć oczy i zdjąć różowe okulary.