Okładka książki Karoliny Morawieckiej "Śledztwo od kuchni, czyli klasyczna powieść kryminalna o wdowie, zakonnicy i psie (z kulinarnym podtekstem)". Fot. materiały prasowe wydawnictwa
Po odejściu z tego świata Joanny Chmielewskiej, ironiczny gatunek detektywistyczny zdawał się odejść wraz z nią – autorzy polskich kryminałów jakoś tak od razu spoważnieli i zaczęli gremialnie straszyć czytelników, najwyraźniej stawiając na suspens i ponure podteksty społeczne. Są jednak wszelkie powody, by wierzyć, że dziś powoli jesteśmy świadkami odrodzenia gatunku. Debiutancka książka Karoliny Morawieckiej, "Śledztwo od kuchni, czyli klasyczna powieść kryminalna o wdowie, zakonnicy i psie (z kulinarnym podtekstem)", która ukazała się jesienią 2018 roku – to dowcipne połączenie książki detektywistycznej i kucharskiej. Bohaterka "Śledztwa od kuchni", energiczna wdowa po aptekarzu, swoista "polska panna Marple", widząc bezradność policji, próbuje rozwikłać sprawę morderstwa młodej kelnerki w podkrakowskim miasteczku. A że każdy Holmes potrzebuje swojego doktora Watsona, w śledztwie pomaga jej jedna barwna postać – zakonnica-feministka. Innym ważnym "bohaterem" powieści jest fenomenalny talent kulinarny wdowy po aptekarzu: każdemu, kto skosztuje przygotowanych przez nią potraw, język sam się rozwiązuje. Bogata fabuła powieści jest umiejętnie przeplatana różnymi przepisami kulinarnymi i zabawnymi, ironicznymi, a czasem nawet sarkastycznymi obserwacjami na temat gotowania i ludzkiej psychologii:
Prawdziwym fetyszem każdej gospodyni domowej jest zapach, który unosi się z kuchennego okna w sobotę.... okna kuchni sąsiada. Dla wyrafinowanego zmysłu węchu aromat ten zdradza wszystkie sekrety – w jakim nastroju jest w tej chwili kucharka i kogo spodziewa się w domu po niedzielnej mszy. Na przykład charlotte oznacza, że nie będzie dziś gości, ciasto twarogowe, które wymaga trochę zabawy, oznacza, że dzieci przyjdą na obiad, a zapach malin z nutą żelatyny zapowiada pojawienie się dawno niewidzianej przyjaciółki lub niekochanej synowej. Zapach czekolady z kolei symbolizuje wizytę teściowej i cichą nadzieję, że orzechy dodane do czekoladowego brownie tym razem na pewno wywołają nieprzewidywalną reakcję alergiczną...
Co tu dużo mówić, literatura bez opisów jedzenia i uczt jest jak wiosna bez burzy, jak miłość bez wzajemności. Ale bez dobrych książek i wierszy wszystkie nasze kulinarne wysiłki i gastronomiczne wycieczki są pozbawione jakiejś ważnej witaminy, która czyni życie mniej mdłym i monotonnym. Lub, mówiąc słowami Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego – "i ogólnie rzecz biorąc, żeby nie tylko jeść skwarki / lub galaretkę, / ale w święta – sonet Petrarki, / a nawet w dni powszednie". W końcu książki też można "pożerać", tak jak bohaterka wiersza "Czytelniczka" polskiego poety Wincentego Fabera, który kończy się słowami:
– Czy ratować więc okładki,
spis rozdziałów, każdą stronę?
Nie.
Podobno wszystkie książki
bardzo ''lubią być zjedzone"...