W 1974 roku Stachura występował przed amerykańską Polonią. Stefan Ehrenkreutz tak zapamiętał ten wieczór:
Po dłuższym oczekiwaniu pojawił się Stachura w swym "mundurze", z gitarą, i zaczął wykonywać pieśni. Pod względem muzycznym były to wypociny, akompaniowane w sposób zupełnie naiwny, walące się akordy, żadnej subtelności muzycznej, żadnego wyrafinowania muzycznego, ale jednak były to wypociny szalenie potężne.
["Teraz oto jestem. Edward Stachura we wspomnieniach", wybór i oprac. Jakub Beczek, Warszawa 2020]
Niebotyczna była jego poezja – refleksyjna, ale nieprzegadana, trafiająca zarówno w wyrafinowane liryczne gusta, jak i do prostych ludzi. Gdy znudziły mu się wiersze, zaczął pisać teksty piosenek. Dla jednych były to zwykłe songi (określenie Zbigniewa Bieńkowskiego), dla innych wciąż pozostawały dziełami literackimi. Po raz pierwszy zbiór tych utworów został opublikowany w 1973 roku w nakładzie tysiąca egzemplarzy. Rok po śmierci autora kolejne wydanie "Piosenek" – tym razem z nutami – liczyło już siedem tysięcy tomików. Trzecia edycja ukazała się w 1986 roku w nakładzie stu tysięcy sztuk.
Sam Stachura z rozbrajającą szczerością przyznawał:
Ja nie śpiewam dobrze, a gram na gitarze jeszcze gorzej. Nie jestem zawodowym muzykiem, ja po prostu piszę. I te piosenki są jakimś dalszym ciągiem mego pisania. [...] Nie mam pretensji do tego, żeby śpiewać i grać jak zawodowy śpiewak i grajek.
[Marian Buchowski, "Stachura. Biografia i legenda", Opole 1992]
Właśnie ta autentyczna niedoskonałość sprawiała, że nazwisko Stachury przyciągało tłumy – nie melomanów i krytyków, lecz amatorów. "Bardzo prosty w obrazowaniu, bardzo oszczędny w formie" – mówił Wojciech Siemion, który trzy miesiące po śmierci pisarza zorganizował parateatralne misterium ku jego pamięci. W założonej przez siebie Starej Prochowni aktor odczytał fragment utworu Stachury, a Andrzej Pieczyński zaśpiewał jego dwie ballady. Na kolejnych spotkaniach do głosu doszła publiczność: jedni pokazywali zdjęcia i listy, ktoś przyniósł oryginalne nagrania, inni snuli opowieści. Słowem – improwizacja. Tyle wystarczyło, by pierwsza fala stachuromanii rozlała się po kraju.