Mamy nadzieję, że nasz tekst zawierający wiersze i wypowiedzi poetki przybliży ją czytelnikowi nie tylko jako najwyższej miary osobowość literacką, lecz również jako obdarzoną pozytywnym temperamentem i humorem skromną i sympatyczną osobę. Warto zapamiętać ją właśnie taką, jaka była w rzeczywistości. Poniższy wybór z jej poetyckiego dorobku starał się ten aspekt uwzględnić.
Antidotum
W pewnej podmiejskiej gospodzie podano mi kartę, w której przy pozycji "flaki" ktoś dopisał drżącą ręką "okropne". Pomyślałam, że na tym poprzestać nie wolno. Nawet w najlepszej restauracji zdarzy się czasem jakieś paskudztwo. Trzeba następnych gości jakoś przed nim ostrzec. Krótki wierszyk, łatwo wpadający w ucho, najlepiej się do tego nadaje.
- Lepiej mieć horyzont wąski,
niż zamawiać tu zakąski.
- Lepiej wynieść się z osiedla,
niż tu przełknąć choćby knedla.
- Lepszy jasyr, panie dzieju,
niż z gablotki śledź w oleju.
- Lepsza w domu świekra z zezem,
niż tu jajko z majonezem.
- Lepszy aferzysta teść,
niżbyś miał tu flaki jeść.
- Lepsza ciotka striptizerka,
niż podane tu żeberka.
- Lepszy wuj recydywista,
niż z tej karty wódka czysta.
- Lepiej nie być w żony guście,
niż jeść boczek w tej kapuście.
["Lepieje" – wybór, z tomu "Rymowanki dla dużych dzieci", 2003]
Bezsilność
W zaplombowanych wagonach
jadą krajem imiona,
a dokąd tak jechać będą,
a czy kiedy wysiędą,
nie pytajcie, nie powiem, nie wiem.
Imię Natan bije pięścią w ścianę,
imię Izaak śpiewa obłąkane,
imię Sara wody woła dla imienia
Aaron, które umiera z pragnienia.
Nie skacz w biegu, imię Dawida.
Tyś jest imię skazujące na klęskę,
nie dawane nikomu, bez domu,
do noszenia w tym kraju zbyt ciężkie.
Syn niech imię słowiańskie ma,
bo tu liczą włosy na głowie,
bo tu dzielą dobro od zła
wedle imion i kroju powiek.
Nie skacz w biegu. Syn będzie Lech.
Nie skacz w biegu. Jeszcze nie pora.
Nie skacz. Noc się rozlega jak śmiech
i przedrzeźnia kół stukanie na torach.
Chmura z ludźmi nad krajem szła,
z dużej chmury mały deszcze, jedna łza,
mały deszcz, jedna łza, suchy czas.
Tory wiodą czarny las.
Tak to, tak, stuka koło. Las bez polan.
Tak to, tak. Lasem jedzie transport wołań.
Tak to, tak. Obudzona w nocy słyszę
tak to, tak, łomotanie ciszy w ciszę.
["Jeszcze", z tomu "Wołanie do Yeti", 1957]
Coincidentia oppositorum
Pan Bóg się ukrywa diabli wiedzą gdzie.
[w: Jerzy Illg, "Mój znak. O noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach, o nowej dekadzie i pięknej plejadzie", Kraków 2019]
Praca z wystawy "Wisława Szymborska. Kolaże", Muzeum Sztuki Współczesnej MOCAK w Krakowie, 2014, fot. Marek Lasyk/Reporter/East News
Ćwierkot
To, co tu nastąpi, nie pasuje do informacji na okładce, bo nie są to rymowanki i nie ja jestem ich autorką. "Podsłuchańce" – nazwa dopiero niedawno nadana – są zapiskami cudzych wypowiedzi, mimochodem podsłuchanych uwag i zwierzeń, nie zawsze przeznaczonych dla mojego ucha.
Jak wiadomo, osoby dobrze wychowane nie podsłuchują bliźnich, a już zwłaszcza nie robią z tego publicznego użytku. Skoro tak, to trzeba tu nareszcie brutalnie powiedzieć, że literatura pozostaje w nieustannym konflikcie z dobrym wychowaniem. Nie znam pisarzy, którzy by nie podsłuchiwali z zawodowej ciekawości. Jeśli nawet tacy są, to niekoniecznie ci najlepsi. Podobno Tołstoj właził do szafy, żeby podsłuchiwać, o czym między sobą rozmawiają podrastające panienki. Nigdy nie wiadomo przecież, co, kiedy i do czego się przyda…
Mamy w naszej literaturze pisarza, któremu bardzo często się przydawało. Można o nim powiedzieć, że ludzi nie tylko podsłuchiwał, ale ich nadsłuchiwał i dookoła obsłuchiwał, a potem zapamiętane teksty włączał do swojej poezji i prozy. Z efektem zawsze zaskakującym. To Miron Białoszewski oczywiście. Gdyby to było możliwe, udekorowałabym go Orderem Złotego Ucha z Podwiązką.
Moje "podsłuchańce" są nieco inne. Zapisywałam je bez żadnych literackich zamiarów, bez myśli o jakimkolwiek przyszłym utworze. Zamieszczam je tutaj, żeby się przekonać, czy potrafią żyć na własny rachunek. Może niektórym się to uda?
Z balkonu na balkon
– Pani Buczykowa, pani Buczykowa!
– Co takiego, pani Głowacka?
– Temu rudemu gołębiowi niech pani ziarna nie sypie. On już nie jest z tą siwą, on już sobie znalazł inną.
– Oj, dobrze, dobrze, pani Głowacka. Będę przepędzała.
W kolejce
– Kościół już się podobno zgodził, że małpa pochodzi od człowieka. Masz pan pojęcie?
– Ja tam nic nie wiem. Do zoo nie chodzę. Żona z wnukami chodzi.
Z radia
– Zboczeńcy napadają tylko kobiety. No, chyba że któryś jest nienormalny.
W sklepie meblowym
– Chyba przy tej półeczce zostanę. Tutaj będzie wazonik i różne tam takie, a tu jakieś dwie, trzy książki.
– A gdzie reszta?
– Jaka reszta?
Na Plantach
– W naszej parafii też się pozmieniało. Mamy nowego księdza. Przedwczoraj na kazaniu mówił, że mamy przebaczać naszym wrogom. Słyszała pani kiedy coś podobnego?
– Może młody jeszcze. Coś mu się pokręciło.
Z budki telefonicznej
– Władkowie? Byli, byli, a jakże. Nie dość, że ich zaprosiłam, to jeszcze przyszli.
W autobusie
– Żona mi młodo umarła. Przed śmiercią obiecała, że będzie tam na mnie czekać. No dobrze, ale ja już stary dziad, łysy, połamany. Ja powiem: "Zosia, Zosia", a ona mnie wcale nie pozna. To jak to z nami będzie? Mam brać do trumny dowód osobisty?
Na spacerze
– Lenina nie wszystko przeczytałem. Bo zresztą on też nie wszystko napisał.
W pociągu
– Panie konduktorze, co się stało? Już ponad dwie godziny w tym polu stoimy. Gdzie my właściwie jesteśmy?
– Jak to gdzie? W wagonie.
W poczekalni na lotnisku
– Najlepsze w tej Grecji było piwo. Te wszystkie Pitoklesy to nie dla mnie. A państwo już byli w Grecji? Nie? To nic państwo nie stracili.
Na ławeczce
Na początku podobały mi się wszystkie kobiety: grube, chude, starsze, młodsze, blondynki, brunetki. Potem zacząłem trochę przebierać – raczej młodsze, raczej blondynki, niż brunetki, a najlepiej szatynki, szczupłe, ale nie kościste. Jeszcze później zacząłem gustować w przyćmionych lampkach, cichej muzyce, cienkiej bieliźnie i dwóch kieliszkach dobrego wina na stoliku. Myślałem, że mi się smak coraz bardziej sublimuje, a to były początki impotencji…
Na imieninach
– …no więc biorę konewkę idę do kuchni a tam patrzę woda nie leci
no to ja do łazienki odkręcam kurek i co woda nie leci
no to ja do męża Stefan woda nie leci
a on mi na to że jak się golił to leciała
no to ja mówię ale teraz nie już nie leci rusz się to sam zobaczysz
ruszył się i zobaczył że woda nie leci
a byłaś u sąsiadów pytałaś może u nich leci
nie byłam nie zdążyłam to ty Stefan skocz i popytaj
poszedł czekam wraca i mówi że u nich też woda nie leci
więc mówię jak u nich nie leci to znaczy że nigdzie nie leci
i siadłam bo co miałam zrobić siedzę
aż tu słyszę z łazienki jakieś bulgotanie
biegnę i dzięki Bogu woda znowu leci
potem do zlewu w kuchni tam też woda leci
no to ja za konewkę i prędko podstawiam
i wreszcie mogłam podlać moje kwiatki kochane
["Podsłuchańce" – wybór, z tomu "Rymowanki dla dużych dzieci", 2003]
Dobytek
Wisława Szymborska, "Rymowanki dla dużych dzieci", fot. wydawnictwo a5
To jeden z wierszyków, jakie układałam co roku 16 września, w dzień imienin pewnego solenizanta [Kornela Filipowicza]. Inne pomijam, ten zamieszczam, ponieważ sprawa w nim poruszona dotyczy dość sporej liczby naszych ukochanych mężczyzn.
Należy do tych mężczyzn, co wszystko chcą robić sami.
Trzeba go kochać łącznie z półkami i szufladami,
z tym, co na szafkach, w szafkach i co spod szafek wystaje.
Nie ma rzeczy, co nigdy na nic się nie przydaje.
Świdry, młotki, obcęgi, dłutka, tygle i fiolki,
kłęby sznurków i sprężyn, i druty od parasolki,
powyciskane tubki, pozasychane kleje,
słoiki duże, małe, w których coś tam mętnieje,
asortyment kamyków, kowadełko, imadło,
budzik, a dookoła to, co z niego wypadło,
martwy żuk w mydelniczce, prócz tego ta flaszka,
na której własnoręcznie wymalowana jest czaszka,
listwy krótkie i długie, wtyczki, uszczelki, klamry,
trzy piórka kurki wodnej znad jeziora Mamry,
kilka korków z szampana uwięzłych w cemencie,
dwa szkiełka osmalone przy eksperymencie,
stos deszczułek i sztabek, kartoników i płytek,
z których był albo będzie przypuszczalny pożytek,
jakieś trzonki do czegoś, skrawki skór, strzępy koca,
mnogość kluczy i gwoździ, i bardzo chłopięca proca...
A gdyby – zapytałam – wyrzucić stąd to czy owo?
Mężczyzna, którego kocham, spojrzał na mnie surowo.
["Męskie gospodarstwo", z tomu "Rymowanki dla dużych dzieci", 2003]
Egzaltacja
Marian Stala:
Dlaczego nie lubisz patosu?
Wisława Szymborska:
Zawsze, kiedy piszę, mam uczucie, jakby ktoś za mną stał i stroił błazeńskie miny. Dlatego bardzo się pilnuję i unikam, jak mogę, wielkich słów.
[w: Jerzy Illg, "Mój znak. O noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach, o nowej dekadzie i pięknej plejadzie", Kraków 2019; cały tekst "obszernego" wywiadu z noblistką z drukowanego "NaGłosu" nr 1]
Fatum
Umrzeć – tego się nie robi kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.
Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.
Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.
Do wszystkich szaf się zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.
Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
I żadnych skoków pisków na początek.
["Kot w pustym mieszkaniu", z tomu "Koniec i początek", 1993]
Wiersze Wisławy Szymborskiej – pokaz multimedialny autorstwa amerykańskiej artystki Jenny Holzer, Poznań, 2011, fot. Piotr Skórnicki/AW
Galanteria
Pytana, w jakich okolicznościach układam limeryki, odpowiadam zgodnie z prawdą, że najchętniej w podróży. Odpowiedź tę należy jednak uściślić. Bodźcem dla powstawania limeryków są mijane po drodze miejscowości – odpada więc żegluga dalekomorska, nocne pociągi ekspresowe, autostrady, no i przede wszystkim samoloty, bo z góry nic nie widać. Najkorzystniejsza dla twórczości limerycznej jest jazda samochodem po bocznych, wyboistych drogach, ewentualnie podróż jakąś poczciwą ciuchcią, która zatrzymuje się na każdej stacji. Od biedy można pisać limeryki w domu, mając pod ręką atlas. Z mieszkania, w którym nie ma atlasu, należy się natychmiast wyprowadzić.
Z limeryków (przepraszam za określenie) lozańskich
Pewien młody wikary w Lozannie
lubił chodzić w rozpiętej sutannie.
Lecz na widok kardynała
gasła w nim fantazja cała
i zapinał się starannie.
["Limeryki", z tomu "Rymowanki dla dużych dzieci", 2003]
Hydra
Tak wygląda mój wielki maturalny sen:
siedzą w oknie dwie małpy przykute łańcuchem,
za oknem fruwa niebo
i kąpie się morze.
Zdaję z historii ludzi.
Jąkam się i brnę.
Małpa, wpatrzona we mnie, ironicznie słucha,
druga niby to drzemie –
a kiedy po pytaniu nastaje milczenie,
podpowiada mi cichym brzękaniem łańcucha.
["Dwie małpy Bruegla", z tomu "Wołanie do Yeti", 1957]
Igrzysko
Wisława Szymborska, "Ludzie na moście", fot. wydawnictwo Znak
Jesteśmy dziećmi epoki,
epoka jest polityczna.
Wszystkie twoje, nasze, wasze
dzienne sprawy, nocne sprawy
to są sprawy polityczne.
Chcesz czy nie chcesz,
twoje geny mają przyszłość polityczną,
skóra odcień polityczny,
oczy aspekt polityczny.
O czym mówisz, ma rezonans,
o czym milczysz, ma wymowę
tak czy owak polityczną.
Nawet idąc borem lasem
stawiasz kroki polityczne
na podłożu politycznym.
Wiersze apolityczne też są polityczne,
a w górze świeci księżyc,
obiekt już nie księżycowy.
Być albo nie być, oto jest pytanie.
Jakie pytanie, odpowiedz kochanie.
Pytanie polityczne.
Nie musisz nawet być istotą ludzką,
by zyskać na znaczeniu politycznym.
Wystarczy, żebyś był ropą naftową,
paszą treściwą czy surowcem wtórnym.
Albo i stołem obrad, o którego kształt
spierano się miesiącami
przy jakim pertraktować o życiu i śmierci,
okrągłym czy kwadratowym.
Tymczasem ginęli ludzie,
zdychały zwierzęta,
płonęły domy
i dziczały pola
jak w epokach zamierzchłych
i mniej politycznych.
["Dzieci epoki", z tomu "Ludzie na moście", 1986]
Jasność
Wisława Szymborska, "Sto pociech", fot. wydawnictwo Znak
Dziękuję Ci, serce moje,
że nie marudzisz, że się uwijasz
bez pochlebstw, bez nagrody,
z wrodzonej pilności.
Masz siedemdziesiąt zasług na minutę.
Każdy twój skurcz
jest jak zepchnięcie łodzi
na pełne morze
w podróż dookoła świata.
Dziękuję Ci, serce moje,
że raz po raz
wyjmujesz mnie z całości
nawet we śnie osobną.
Dbasz, żebym nie prześniła się na wylot,
na wylot,
do którego skrzydeł nie potrzeba.
Dziękuję ci, serce moje,
że obudziłam się znowu
i chociaż jest niedziela,
dzień odpoczywania,
pod żebrami
trwa zwykły przedświąteczny ruch.
["Do serca w niedzielę", z tomu "Sto pociech", 1967]
Koncepty
Może ktoś jeszcze pamięta zgrabny dwuwierszyk reklamowy: "Oszczędzając pracę żony, jedz gotowe makarony". Reklama pochodziła z okresu późnego Bieruta albo wczesnego Gomułki, kiedy klientom nie zachwalano niczego, oprócz parowozów i środków odszczurzających. Oczarowało mnie to zgrabne hasło i postanowiłam stworzyć kilka jeszcze jego wariantów. Położyłam jednak nacisk nie tyle na sam obiekt reklamy, ile na jej altruistyczną (stąd "altruitki") perswazję: ulżyj komuś w czymś…, zrób coś za kogoś… I nagle doznałam olśnienia – przecież od takiej właśnie altruitki rozpoczęło się piśmiennictwo polskie: "Daj ać pobruszę, a ty poczywaj". Moje altruitki nie są jednak aż tak poczciwe. Co robić. Czasem nawet same rymy ciągną autora ku przepaści.
- Oszczędzając trud kochanki
pij herbatę z brudnej szklanki.
- Oszczędź znoju biednej matce
sam zrób sweter na odsiadce.
- Mając wzgląd na czas poety
sam za niego pisz, niestety.
- Oszczędzając wstydu damie
lepiej cicho siedź, ty chamie.
- Miast okradać krowę z mleka
dój bliskiego ci człowieka.
- Oszczędzając sił buldoga
sam za niego podnoś noga.
(śląskie)
- Urlop naszym posłom daj,
sam, gdzie możesz, gróź i plwaj.
- Przedłuż szczurom żywot krótki,
powyjadaj z kątów trutki.
- Odpoczynek daj królicy,
sam się rozmnóż w kamienicy.
- Nie męcz aptek i lekarza,
sam znajdź drogę do cmentarza.
- Ulżyj trawie w obowiązkach:
sam wybujaj na Powązkach.
["Altruitki", z tomu "Rymowanki dla dużych dzieci", 2003]
Lekcja
Nic dwa razy się nie zdarza
i nie zdarzy. Z tej przyczyny
zrodziliśmy się bez wprawy
i pomrzemy bez rutyny.
Choćbyśmy uczniami byli
najtępszymi w szkole świata,
nie będziemy repetować
żadnej zimy ani lata.
Żaden dzień się nie powtórzy,
nie ma dwóch podobnych nocy,
dwóch tych samych pocałunków,
dwóch jednakich spojrzeń w oczy.
Wczoraj, kiedy twoje imię
ktoś wymówił przy mnie głośno,
tak mi było, jakby róża
przez otwarte wpadła okno.
Dziś, kiedy jesteśmy razem,
odwróciłam twarz ku ścianie.
Róża? Jak wygląda róża?
Czy to kwiat? A może kamień?
Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś – a więc musisz minąć.
Miniesz – a więc to jest piękne.
Uśmiechnięci, wpółobjęci
spróbujemy szukać zgody,
choć różnimy się od siebie
jak dwie krople czystej wody.
["Nic dwa razy", z tomu "Wołanie do Yeti", 1957]
Ład
Wisława Szymborska, "Czarna piosenka", fot. wydawnictwo Znak
Świat umieliśmy kiedyś na wyrywki:
– był tak mały, że się mieścił w uścisku dwu rąk,
tak łatwy, że się dawał opisać uśmiechem,
tak zwykły, jak w modlitwie echo starych prawd.
Nie witała historia zwycięską fanfarą:
– sypnęła w oczy brudny piach.
Przed nami były drogi dalekie i ślepe,
zatrute studnie, gorzki chleb.
Nasz łup wojenny to wiedza o świecie:
– jest tak wielki, że się mieści w uścisku dwu rąk,
tak trudny, że się daje opisać uśmiechem,
tak dziwny, jak w modlitwie echo starych prawd.
["Świat umieliśmy kiedyś na wyrywki", z tomu "Czarna piosenka", 2014]
Miglanc
Z limeryków wyspiarskich
Pan Fryderyk, kuracjusz z Majorki,
mimo westchnień współlokatorki
co innego miał wciąż do roboty
w poniedziałki, niedziele, soboty,
piątki, czwartki, środy i wtorki.
["Limeryki", z tomu "Rymowanki dla dużych dzieci", 2003]
Niestety
Rymowana rozprawa o wyższości Sarmatów nad inszymi nacjami tudzież o słusznej karze na zatwardziałych, którzy tego poglądu nie podzielają
Kto zaś o Sarmatach twierdzi,
że z kimkolwiek im do pary,
niech się nad nim lud rozsierdzi
pod plebanią świętej Klary.
["Moskaliki", z tomu "Rymowanki dla dużych dzieci", 2003]
Osobowości
Tytuł ["Galeria pisarzy krakowskich"] mówi sam za siebie. Dodam tylko, że ta galeria powstała kilka lat temu. Obecnie trochę ją uzupełniłam, trochę poprawiłam. Po galerii oprowadza kustosz, człowiek niestety zblazowany i zgryźliwy. Nie miałabym też pewności, czy znający się dobrze na literaturze i sztukach pięknych. Ale skoro go sobie wymyśliłam – niech mówi.
- Tu Czesław Miłosz – chmurna twarz.
Klęknij i odmów "Ojcze nasz".
- Szymborska – gips. Łaskawy los
obtłukł ją trochę, zwłaszcza nos.
- Tu Pilch z kieliszkiem pustym w ręce.
Malarz dał wyraz jego męce.
- Krynicki. Żona. Książki. Koty.
Malarz miał dużo do roboty.
- Lipska od tyłu. Jej część przednia
nie dojechała jeszcze z Wiednia.
- Illg Jerzy z psami na spacerze.
Na szczęście nikną w tym plenerze.
- Henryk Markiewicz, mistrz z Gołębiej.
Spójrz na tę górę ksiąg i zdębiej.
- Joanna Olczak – druga Nike.
Luwr na wieść o tym wpadł w panikę.
- M. Stala zaczytany w Nietzschem.
Można to śmiało nazwać kiczem.
- Maj. Nieznanego twórcy sztych.
Kup, jeśli chcesz zagracić strych.
- Liryk Moczulski – niepodobny.
W dzisiejszej sztuce feler drobny.
- Stanisław Balbus. Same kości.
Przystosowany do wieczności.
["Galeria pisarzy krakowskich" – wybór, z tomu "Rymowanki dla dużych dzieci", 2003]
Ówdzie
Wisława Szymborska, "Sól", fot. wydawnictwo Znak
Tu leży staroświecka jak przecinek
autorka paru wierszy. Wieczny odpoczynek
raczyła dać jej ziemia, pomimo że trup
nie należał do żadnej z literackich grup.
Ale też nic lepszego nie ma na mogile
oprócz tej rymowanki, łopianu i sowy.
Przechodniu, wyjmij z teczki mózg elektronowy
i nad losem Szymborskiej podumaj przez chwilę.
["Nagrobek", z tomu "Sól", 1962]
Pranie
Z limeryków chińsko-podhalańskich
Pewien Juhas z Pęksowego Brzyzku
ujrzał przyszłość w proroczym błysku:
szumi piknie Dunajec,
a na mostku baca Kitajec
Jasinecka pierze po pysku.
["Limeryki", z tomu "Rymowanki dla dużych dzieci", 2003]
Rozdźwięk
Nieprzyjazd mój do miasta N.
odbył się punktualnie.
Zostałeś uprzedzony
niewysłanym listem.
Zdążyłeś nie przyjść
w przewidzianej porze.
Pociąg wjechał na peron trzeci.
Wysiadło dużo ludzi.
Uchodził w tłumie do wyjścia
brak mojej osoby.
Kilka kobiet zastąpiło mnie
pośpiesznie
w tym pośpiechu.
Do jednej podbiegł
ktoś nieznany mi,
ale ona rozpoznała go
natychmiast.
Oboje wymienili
nie nasz pocałunek,
podczas czego zginęła
nie moja walizka.
Dworzec w mieście N.
dobrze zdał egzamin
z istnienia obiektywnego.
Całość stała na swoim miejscu.
Szczegóły poruszały się
po wyznaczonych torach.
Odbyło się nawet
umówione spotkanie.
Poza zasięgiem
naszej obecności.
W raju utraconym
prawdopodobieństwa.
Gdzie indziej.
Gdzie indziej.
Jak te słówka dźwięczą.
["Dworzec", z tomu "Sto pociech", 1967]
Szkopuł
Z limeryków kontynentalnych
Jawnogrzesznica z wioski Kłaj
w swoim zawodzie była "naj".
Ale to zależało,
czy jej się chciało, czy nie chciało –
taki już miała obyczaj.
["Limeryki", z tomu "Rymowanki dla dużych dzieci", 2003]
Śmiech
Żart jest najlepszą dla mnie rekomendacją powagi.
["Lektury nadobowiązkowe", 1973; aforystyczne wyznanie wydobyte z omówienia "Wierszy o kotach" T. S. Eliota]
Widok z wystawy "Szuflada Szymborskiej" w filii Muzeum Narodowego w Krakowie, 2013-2020, fot. Piotr Wojnarowski/Forum
Twórczość
Niektórzy lubią poezję
Niektórzy –
czyli nie wszyscy.
Nawet nie większość wszystkich, ale mniejszość.
Nie licząc szkół, gdzie się musi,
i samych poetów,
będzie tych osób chyba dwie na tysiąc.
Lubią –
ale lubi się także rosół z makaronem,
lubi się komplementy i kolor niebieski,
lubi się stary szalik,
lubi się stawiać na swoim,
lubi się głaskać psa.
Poezję –
tylko co to takiego poezja.
Niejedna chwiejna odpowiedź
na to pytanie już padła.
A ja nie wiem i nie wiem i trzymam się tego
jak zbawiennej poręczy.
["Niektórzy lubią poezję", z tomu "Koniec i początek", 1993]
Umiar
Skoro było o potrawach, powinno być też o alkoholach. Przysłowia polskie wypowiadają się na ten temat powściągliwie: "od wódki rozum krótki", "od piwa głowa się kiwa". Może by się jeszcze coś znalazło, ale w sumie jest tego niewiele. Gdyby wierzyć paremiologii polskiej wyszłoby na to, że ciecze wyskokowe mają bardzo skromny udział w naszym życiu prywatnym i publicznym. Postanowiłam ten pogląd naprostować, wprowadzając inne gatunki trunków i inne rodzaje nieszczęść związanych z ich nadużyciem. Muszę tu jednak z całym naciskiem podkreślić, że nie jestem nieprzyjaciółką alkoholu. W każdym wymienionym tu przypadku ostrzegam tylko przed jednym kieliszkiem za dużo. Moje totalne potępienie dotyczy wyłącznie płynu borygo i win domowej roboty.
- Od samogonu utrata pionu.
- Od whisky iloraz niski.
- Od likieru równyś zeru.
- Od martini potencja mini.
- Od rumu pomruki tłumu.
- Od brandy swędzenie wszędy.
- Od calvadosu wartyś donosu.
- Od pejsachówki pogrzeb bez mówki.
- Od borygo uschniesz łodygo.
- Od węgrzyna dziwna uryna.
- Od xeresu bieg do sedesu.
- Od absyntu zanik talyntu.
["Odwódki" – wybór, z tomu "Rymowanki dla dużych dzieci", 2003]
Wódz
Z limeryków chińskich
Pewien działacz imieniem Mao
narozrabiał w Chinach niemao.
Dobrze o nim pisao
usłużne "Żenmin Żypao",
bo się bardzo tego Mao bao.
["Limeryki", z tomu "Rymowanki dla dużych dzieci", 2003]
Zawiłość
Z limeryków podhalańskich
Zacny ksiądz ze Szczawy rodem,
smarowany przez wieś miodem,
niczego, aż do zmierzchu,
nie mógł nosić na wierzchu,
a w dodatku również pod spodem.
["Limeryki", z tomu "Rymowanki dla dużych dzieci", 2003]
Wisław Szymborska z kotem, fot. Jerzy Dudek / Fotorzepa / Forum
Ździebełko
Czas zajmuje się gwiazdami,
mniejszym rzeczom nie służy.
Źle jesteście przygotowani
do dalekiej podróży.
Tylko dla mnie jako tako łaskaw czas
i szanuje to, co ze sobą noszę.
Nie zdejmujcie, przestrzegałem was,
ziemi z grzbietu mojego. I – proszę.
["Żółw", z tomu "Wiersze wszystkie", 2023; maszynopis opatrzony przez Adama Włodka uwagą: rok? (początek lat sześćdziesiątych)]
Życzenia
Jerzy Illg, "Mój znak", fot. wydawnictwo Znak
O jubileuszu Jacka
Dowiedziałam się znienacka,
Toteż tylko duchem, Jacku,
Ściskam Ciebie po omacku.
Podpis: wielbicielka Jacka
Adres: wioska podkarpacka
[w: Jerzy Illg, "Mój znak. O noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach, o nowej dekadzie i pięknej plejadzie", Kraków 2019; życzenia wysłane do Jacka Woźniakowskiego z okazji jubileuszu 50-lecia wydawnictwa "Znak", którego był założycielem i wieloletnim prezesem]