Bolesław Błaszczyk, wiolonczelista i muzykolog, ale przede wszystkim kronikarz dziejów SEPR (autor filmu dokumentalnego poświęconego Eugeniuszowi Rudnikowi, autor notek do płyt wydawanych przez wydawnictwa Bôłt i Requiem Records) przedstawia konglomerat kilku czynników: postępu, pragmatyzmu PZPR i innych przypadków, który zaowocował powstaniem Warszawskiej Jesieni i Studia Eksperymentalnego – instytucji niosących kaganek muzyki współczesnej do PRL i innych krajów znajdujących się za żelazną kurtyną. W 1954 roku Kazimierz Sikorski (prezes Związku Kompozytorów Polskich, ojciec Tomasza Sikorskiego) miał przekazać Bolesławowi Bierutowi pomysł na festiwal muzyczny, który pozwoli na konfrontację muzyki z różnych krajów. Bierut miał odpowiedzieć: "To interesujące… porównać Wschód i Zachód. Niech pokażą, co mają, a my im pokażemy co u nas". Partia i jej najbliższe otoczenie dokonywało, nie bez oporów, powolnego "rebrandingu socjalistycznego realizmu" (określenie amerykańskiej badaczki Lisy Cooper Vest) – w tej opowieści występują najwyżsi partyjni dygnitarze, muzykolodzy jeszcze do niedawna będący piewcami socrealizmu i targani przez wiatry historii kompozytorzy.
Wyjątkowość SEPR polegała nie tylko na tym, że tworzono tam muzykę eksperymentalną, elektroniczną. O istotności Studia świadczy też wypracowany w nim model pracy pozwalający nie tylko na tworzenie muzyki (użytkowej i autonomicznej), ale i tworzenie więzi społeczno-kulturalnych, często międzynarodowych. Józef Patkowski opowiadał w 1987 roku w wywiadzie udzielonym "Ruchowi Muzycznemu":
Studio Eksperymentalne jest pomyślane jako swoisty instrument, laboratorium dźwięku, w którym aparaty, urządzenia dane do dyspozycji kompozytorowi wraz z obsługującym je reżyserem czy realizatorem, wraz z konstruującym te urządzenia inżynierem, stanowią zespół danych, z których kompozytor może wykształcić i zrealizować swoją ideę twórczą.
Nadpisz opis powiązanego wpisu
Spośród wielu dźwięków docierających do moich uszu podczas przerwy spędzanej oprócz bufetu na korytarzu zdecydowanie najmocniej przebijał się dźwięk dochodzący z jego pracowni, pokoju 1073. Sąsiednie pomieszczenie nr 1071 zajmował Bohdan Mazurek, który wówczas już z rzadka tam bywał, jego temperament twórczy przygasł. Rudnik odwrotnie – pracował codziennie godzinami, tworzył, kleił i ciął taśmę, montował, zgrywał, odwiedzał sąsiednie redakcje, sypał anegdotami w palarni. W latach 90. XX wieku zaczął się na dobrą sprawę dopiero ''rozkręcać''. Na jeden z niemieckich konkursów kompozytorskich w 1997, na który należało stworzyć utwór 10-minutowy, skomponował i wysłał aż trzy różne prace. Każda z nich po 9 minut i 59 sekund.