Furia – Martwa Polska Jesień (2007)
W języku fińskim listopad nazywa się marraskuu, co dosłownie oznacza „martwy miesiąc” czy też „miesiąc śmierci”. Obcowanie z tego rodzaju poetyką w języku codziennym, jak i doświadczanie niesprzyjającej aury przez znaczną część roku, z pewnością przyczyniło się do tego, że scena blackmetalowa stała się jedną z wizytówek krajów skandynawskich (kolebką tego gatunku jest oczywiście Norwegia, ale black metal przyjął się równie dobrze u sąsiadów). Wystarczy jednak porównać aktualną długość dnia i prognozę pogody w Katowicach, skąd pochodzi zespół Furia, z prognozą w Oslo czy w Helsinkach, żeby przekonać się, że w Polsce też mamy ku temu gatunkowi solidne podstawy.
Na debiutanckim albumie Furia przecierała szlaki nowego krajowego black metalu, który nie oglądał się na nordyckich bogów i norweskie lasy, tylko czerpał z młodopolskich tradycji i ludowych wierzeń i kreował swoją mitologię z elementów zastanej rzeczywistości, takich jak księżycowy krajobraz śląskich hałd i zdziczałych podmiejskich nieużytków.
Nihil, lider grupy, w rozmowie dla „Dwutygodnika” stwierdził, że jest to „muzyka uniwersalna z polskim duchem”. Jak tłumaczył: „Mamy specyficzny klimat nad Wisłą. Chyba wyostrza zmysły na – nazwijmy to w uproszczeniu – cierpienie. Chociaż właściwie może za dużo pompy w tym określeniu”.
Za dużo pompy czy też nie – polska jesień na płycie Furii jawi się jako doświadczenie traumatyczne, które pozostawia w nas „linie papilarne, których nie zmyją trzy pory roku”. Ten nastrój oddają już same tytuły utworów, takie jak Nade mną mgła, Dzień czarny, noc czarna czy wreszcie finałowy numer zwiastujący nadejście czegoś jeszcze gorszego – Idzie zima. Podobny nastrój widać w tytułach kolejnych albumów zespołu – Grudzień za grudniem (2009), Marzannie Królowej Polski (2012) i Księżyc milczy luty (2016), które składają się na swoisty cykl poświęcony najbardziej przygnębiającym polskim miesiącom.
Choć daleko mi do bycia metalheadem, to rokrocznie – właśnie gdzieś na przełomie listopada i grudnia, gdy długość dnia straszliwie się skraca – rozpoczynają się u mnie „dni metalowe”, w trakcie których odświeżam sobie kilka ulubionych płyt z tego nurtu – Martwa polska jesień jest jedną z nich. Pod powłoczką brudu i zgiełku kryją się piękne, nawet nieco rzewne melodie i zapoznane rytmy, które są w stanie poruszyć czułą strunę w sercach mieszkańców środkowoeuropejskiej otchłani. W końcu, jak to mówią: z mroku powstałeś, w mrok się obrócisz.
(Patryk Zakrzewski)
Arkona – Imperium (1996)
Black metal kojarzony jest najczęściej z estetyką zimową. Każdy wierny jej zespół wydał przynajmniej kilka kaset, których okładki ozdobione są wizerunkiem pradawnego leśnego krajobrazu przykrytego śniegiem. Arkona, pionierzy polskiego black metalu na płycie Imperium swojego mroku poszukują jednak w jesieni. „Kolory straciły barwy / Smutek pochłonął każdą myśl / Sen zapomnienia – radość istnienia / Nie wierzyć w nic!” wykrzykuje wokalista w piosence Epidemia rozczarowania i nędza duchowa. Na innych płytach, często nawiązujących do zimy, Arkona odnosi się do tematyki pogańskiej. Złota polska jesień nastrajała Grzegorza „Messiaha” Błocha, ówczesnego tekściarza grupy, wyjątkowo nihilistycznie. „Przypadek to przeznaczenie / Wszystko to nic, a nic to wszystko” – mówi w Każdy los to cień. Kulminacyjnym punktem płyty Imperium jest utwór Jesienne cienie czekają na kolejną reinkarnację, w którym „Odchodzi lato, powraca chłód / Zanika radość, wiruje ziąb”.
Kompozycje Arkony są surowe i hałaśliwe, ale i bardzo melodyjne. Spośród gitarowej nawały i głuchych dźwięków perkusji wyłaniają się brzmienia syntezatorowe, budujące upiorno-baśniowy klimat. Polska odpowiedź na symfoniczny black metal spod znaku Dimmu Borgir jest zgrzebna, ale wyjątkowa. Arkona nadal istnieje, nieustannie reinterpretując w nietypowy sposób Symphonic Black Metal i śpiewając po polsku. Ich płyty ukazują się we francuskiej wytwórni Debemur Morti, związanej m.in. z eksperymentującym zespołem Blut aus Nord.
(Filip Lech)