Nie byłoby powyższej listy bez Andrzeja Munka, jednego z ojców założycieli powojennego kina polskiego, a zarazem twórcy przekornego i niemieszczącego się w żadnych nurtach czy filmowych modach.
Podczas gdy inni twórcy szkoły polskiej rozliczali się z wojenną traumą, opowiadali o bohaterstwie i tragicznym losie pokolenia Kolumbów, Munk odzierał historię z politycznych mitów i stawiał przed polską publicznością krzywe zwierciadło. W "Eroice" z 1958 roku szydził z narodowej bohaterszczyzny, a w dwa lata późniejszym "Zezowatym szczęściu" dalej wadził się z polskością i patriotycznym patosem.
Przenosząc na ekran "Sześć wcieleń Jana Piszczyka" Jerzego Stefana Sawińskiego, Munk opowiadał o XX-wiecznej polskiej historii z przymrużeniem oka. Jego bohaterem był konformista poszukujący akceptacji za wszelką cenę. Niczym Allenowski "Zelig" raz za razem próbował sprostać oczekiwaniom, jakie stawiali przed nim inni ludzie oraz… historia. Bywał więc antysemitą i filosemitą, bohaterem z przypadku i zdrajcą...
Munk drwił bowiem z romantycznych banałów i obnażał fałsz narodowych stereotypów i symboli. Nie dziwi zatem, że to właśnie on stał się patronem filmowo-historycznych rewizjonistów, prowokatorów i twórców lubiących stawiać trudne pytania na temat historii, polskości i nas samych.