Możesz pomagać, nagłaśniać te tragedie, ale jako polski twórca chyba nigdy nie zrozumiesz tego, co dziś jako naród czują Ukraińcy. A może aspirujesz do tego? Żeby być jak najbliżej prawdy?
Nie trzeba kręcić po polsku i o Polakach, żeby zrobić film o ludziach. Ludzkie doświadczenie jest bardzo uniwersalne. Nie ma znaczenia, czy ta wojna jest w Ukrainie, czy w innym miejscu. Liczy się człowiek. Nie wydaje mi się, żeby decyzja o kręceniu "Pod wulkanem" z polskiej perspektywy była jakimś nietaktem. Ukraińcy robią teraz filmy w bardzo ograniczonym zakresie, a przecież ktoś musi nakreślać ten temat. Jak nie my, to kto się tego podejmie?
Mamy w filmie taką scenę, w której właściciel hotelu mówi rodzinie, że nie będą musieli płacić za pokój i jedzenie. Reakcją jest oczywiście wdzięczność, ale też poczucie wstydu, że zaczynamy być od kogoś kompletnie zależni. Rozmawialiście o tych emocjach, wchodząc na plan?
Na pewno Anastasiya [Karpenko, aktorka wcielająca się w postać macochy, Anastasii – przyp. red] miała problem z tą sceną. Bała się, że wyjdzie jak taka "stereotypowa" Ukrainka, która godzi się na wszystkie warunki. Duma jej nie pozwalała, ale tłumaczyłem jej, że w tej scenie to ona wykazuje sprawczość, a nie jej filmowy mąż; że to ona nie boi się mówić na głos tego, co akurat myśli. Warto dodać, że moi aktorzy dostali ten tekst dopiero dzień przed zdjęciami. Zależało mi, aby nie analizowali tych postaci i próbowali nimi być tak "na świeżo". Każdy z aktorów i aktorek bał się, jak oni zostaną odebrani w tym filmie jako Ukraińcy, bo przecież reprezentują w nim swój kraj. Jako Polacy pewnie zachowywalibyśmy się tak samo, bo nasza mentalność wcale się jakoś zbytnie nie różni. Nasz potransformacyjny wstyd (np. wobec Niemców) działał na podobnych zasadach. Dlatego nie dziwię się, że niektóre sceny wzmagały uczucie dyskomfortu.
Kolejna scena. Koleżanka córki, Sofii (Sofiia Berezovska), wypomina jej, że przecież jest "na wakacjach" i w teorii nie ma się czym przejmować. Skąd ta animozja wobec osób, które z dnia na dzień stały się uchodźcami?
Ludzie tracili przyjaciół, bo ci mieli problem (zapewne z zawiści), że ich znajomi przebywają aktualnie w bezpiecznym miejscu i nic im nie grozi. To wynikało ze strachu i lęku, bo system nerwowy szalał i pojawiały się nadmiarowe reakcje. Każde doświadczenie graniczne zmienia nasze myślenie o świecie i samym sobie. Nie wiemy, jak zachowamy się w poszczególnych sytuacjach, dopóki nie doświadczymy ich na własnej skórze. Tylko i wyłącznie wojna byłaby w stanie nam powiedzieć, jak postąpilibyśmy w zderzeniu z tą atawistyczną próbą przetrwania. Zachować godność w czasie wojny jest naprawdę ciężko. Nie da się tego ocenić, bo sami nie wiemy, co byśmy zrobili na miejscu tych ludzi.