Wydawałoby się, że w zainteresowaniach artystycznych Maria Konwicka kontynuuje linię po kądzieli. Matka, Danuta Konwicka z domu Lenica, była córką Alfreda Lenicy, siostrą Jana Lenicy. Studiowała grafikę w pracowni Tadeusza Kulisiewicza, spełniała się głównie jako ilustratorka książek.
Zjawiała się w pracowni zawsze o tej samej porze – jak twierdzi sąsiadka – zegarek można było nastawiać. Tam, w swoim królestwie, mogła schronić się przed nerwową niecierpliwością ojca i niedoskonałością świata. Słuchała tu sobie płyt Elli Fitzgerald i Louisa Armstronga, które przysyłał jej brat z Francji.
Podobnie jak matka, Maria Konwicka skończyła grafikę na warszawskiej ASP i ostatecznie została animatorką, pracując w USA m.in. dla studiów Disney i Universal. Plastyczne geny po Lenicach: mamie i dziadku Alfredzie ("był dobrym artystą eksportowym, ponieważ, co było wtedy w jego środowisku rzadkością, nie pił i nie urządzał burd, w związku z czym chętnie wysyłano go na delegacje"), wraz z zainteresowaniami, którym hołdował wujek Jan, autor wielu znaczących filmów animowanych i aktorskich (obsypanych nagrodami w kraju i zagranicą) sprawiły, że dotychczasowa animatorka podjęła się reżyserii. W biograficznym dokumencie "Aktorka" z 2015 roku (obsypanym nagrodami w kraju i zagranicą) jako scenarzystka i współreżyserka (z Kingą Dębską) oddała honor zmarłej pięć lat wcześniej przyjaciółce, Elżbiecie Czyżewskiej.
Tu już nie sposób pominąć filmowego dorobku Tadeusza Konwickiego, pisarza równie chętnie swego czasu stającego za kamerą. Książka "Byli sobie raz" świadczy z kolei o tym, że jego starsza córka znakomicie odnajduje się również w klimacie prozy.
W artystycznej cieplarni rodzinnego domu wychowała się także młodsza córka pisarza, Anna. "Byłyśmy zupełnie różne" – wspomina Maria. – "Ja nie założyłam rodziny, lubię samotność, interesuję się mistyką. Ania zaczytywała się tak zwaną lekturą kobiecą, pozytywną, afirmującą, w której dominują sprawy rodzinne". Anna skończyła bibliotekoznawstwo, dobrze pisała, "miała niezwykle trafne spostrzeżenia", toteż rodzina wróżyła jej karierę dziennikarską.
Ona jednak wyłamała się z "natłoku artystów wokół niej" i najwięcej radości sprawiało jej zajmowanie się domem i córką Danusią. Niezwykle wrażliwa na cudzą krzywdę, znalazła posadę w Urzędzie Miasta Warszawy, gdzie w miarę możliwości pomagała każdemu potrzebującemu. Przegrała z zapaleniem opon mózgowych, powodującym jej przedwczesną śmierć w wieku zaledwie 49 lat.
Ale pamięć po Ani trwa i jej szlachetność została doceniona. Kiedy po powrocie do Polski musiałam załatwiać różne urzędowe sprawy, wszędzie natykałam się na życzliwość kogoś, kto ją znał i lubił. Jej znajomości bardziej mi się przydały niż wszystkie koneksje reszty rodziny razem wzięte.
Pisząc o swojej rodzinie Maria Konwicka miała świadomość twórczego kapitału, jaki do polskiej literatury wniósł jej ojciec. Dlatego też nie zawahała się zamieszczać co celniejszych wyimków z jego zapisków, począwszy od "Kalendarza i klepsydry", przez "Nowy Świat i okolice", aż po jego ostatnie sylwy, skąd z doskonałą znajomością rzeczy zaczerpnęła cytaty. Trudno by jej bowiem przyszło równie barwnie od nowa odmalować nieprzeciętny wygląd i osobowość jednego z bardziej znaczących bohaterów tej prozy – kota Iwana:
Bo patrzcie, jak wygląda kot Wania. Przede wszystkim ma wcale nie okrągłą, ale mocno pociągłą i chudą twarz. Nad tą twarzą bardzo męską, bardzo surową, zupełnie wyzutą z kociej dobroci i wręcz okrutną, sterczą do góry uszy dość długie, spiczasto zakończone, bez mała z pędzelkami, co to sami wiecie, a ja rozumiem. Oczy ma Wańka jaskrawoseledynowe, może raczej jak siarka i w tych oczach nie uświadczysz współczucia ani serdeczności. Cała postać jest dość olbrzymia, raczej przerażająca, nogi tak grube, jak moje ręce w przegubach. W każdym razie kot Iwan najczęściej budzi podziw i grozę.
Ów pozyskany od Marii Iwaszkiewicz domowy tyran rodziny Konwickich w trudnych czasach niedoboru dóbr wszelakich cieszył się szczególnym rodzajem adoracji. Krajowi i zagraniczni czytelnicy "Kalendarza i klepsydry" (skąd też powyższy cytat) przesyłali na ich bądź wydawnictwa adres paczki z frymuśnym kocim pożywieniem, którym adresat najwyraźniej gardził, przedkładając nad nie kawał sparzonej wrzątkiem surowej wołowiny. W czasach powszechnej w PRL-u reglamentacji, gdzie poza wszechobecnym octem wszystko inne z artykułów spożywczych było praktycznie nie do dostania, nie przychodziło łatwo sprostać takim (skądinąd niewyszukanym) żywotnym potrzebom Iwana.
Zdjęcie na okładce książki "Byli sobie raz" pokazuje wprost hierarchię ważności wszystkich domowników – czworonóg umieszczony w samym centrum uwagi zdaje się być jedyną postacią w pełni kontrolującą sytuację. Pozuje, czy raczej wpatruje się w obiektyw szeroko rozwartymi oczami, a przebłyskuje z nich ostrzeżenie, żeby przypadkiem nikt mu nie wchodził w drogę. Z racji usposobienia i charakteru Wania został szybko przechrzczony na Iwana (Groźnego).
Jak swego czasu wspomnieniowa proza ojca, tak i tom jego córki Marii to nieprzebrana skarbnica wiedzy, a nierzadko i barwnych anegdot, o ludziach związanych z klanem artystycznym Leniców i Konwickich. Wystarczy spojrzeć na indeks nazwisk – od Witolda Gombrowicza, Stanisława Dygata, Gustawa Holoubka, Andrzeja Łapickiego przez Romana Polańskiego, Jerzego Kosińskiego, Agnieszkę Osiecką, Tadeusza Różewicza do Janusza Głowackiego, Zbigniewa Rybczyńskiego, Miloša Formana, Woody'ego Allena – żeby nabrać ochoty na lekturę całości. Przy czym intrygująca jest nie tylko potoczysta narracja, ale i strona plastyczna książki – nie brak publikowanych tu po raz pierwszy fotografii z rodzinnych albumów, trudno dostępnych ilustracji, rysunków, dedykacji, fragmentów listów czy autografów.
Miłośników pióra ojca autorki czeka niejedno zaskoczenie. Można do nich zaliczyć znalezione w szufladzie i bodaj pierwszy raz publikowane wiersze Tadeusza Konwickiego. Dobrze znany z sarkastycznego stylu pisarz, który już w 1958 roku sformułował i zamieścił w "Nowej Kulturze" swoisty poradnik: "Jak poznawać przyjaciół": ("Prawdziwy przyjaciel wita cię zwykle okrzykiem: Serwus, kochany! Byłem wczoraj w Kurzpietowie i spotkałem tam wielu inteligentnych, zacnych ludzi, którzy twierdzą, że jesteś świnią i durniem. Spierałem się z nim kilka godzin!" albo: "Gdy ci się wiedzie, prawdziwi przyjaciele będą ci zarzucać konformizm i łatwiznę życiową, gdy się pośliźniesz – zajmą się kimś szczęśliwszym") okazał swoją drugą, liryczną twarz – w szufladzie biurka trzymał swoje próby poetyckie.
czekam noc i dzień
czekam rano i wieczorem
czekam w każdym
mgnieniu
na znak
z nieba
skądkolwiek
czekam na rozbłysk zrozumienia
Dla Marii Konwickiej ojciec był autorytetem, z którym jednak często pozostawała w pokoleniowym sporze. Z lekka satyrycznie odmalowana przezeń w powieści "Zwierzoczłowiekoupiór" – jako zdystansowana do rodziny, charakterna Panna Zofia – po śmierci pisarza znalazła jego zapiski, w których się sumitował, że za mało sumiennie podchodził do swoich rodzicielskich powinności. Nad czym, po czasie, szczerze ubolewał.
Sama autorka wspomina go z równie "szorstką" czułością: "Bywał duszą towarzystwa, »towarzyskim intrygantem«, bohaterem wielu skandalików z nocnych wypraw i »gazownictwa« w znanych peerelowskich lokalach, jednak w końcu się zniechęcił. Już w latach dziewięćdziesiątych rodzice coraz rzadziej odwiedzali znajomych". Ubywało stałych bywalców przy stoliku w kawiarni Czytelnika, później także u Bliklego, w końcu zabrakło i tego, wokół którego się zbierali.
Na szczęście pozostały wspomnienia, anegdoty, a choćby i plotki, które warto pielęgnować. Tom "Byli sobie raz" (tytuł jest wariacją innego: animacji "Był sobie raz..." Jana Lenicy i Waleriana Borowczyka z 1957 roku) daje nam obraz świata, który, choć przeminął, we wspomnieniach Marii Konwickiej staje się namacalnie obecny.
Maria Konwicka
"Byli sobie raz"
wydawnictwo Znak, Kraków 2019
okładka: twarda
wymiary: 140 x 205 mm
liczba stron: 352
ISBN: 978-83-240-5819-8
Autor: Janusz R. Kowalczyk, maj 2019