Nazistowska propaganda zbezcześciła Festspielhaus w Bayreuth i Operę Leśną w Sopocie. Musieliśmy czekać osiemdziesiąt lat, żeby odczarować sopocką scenę, żeby muzyka Wagnera mogła tam wrócić – zagraliśmy Walkirię. Unikając tej genialnej partytury, robimy sobie krzywdę – bez niej żadna poważna orkiestra na świecie nie jest w stanie się rozwijać. Zaprezentowaliśmy drugą z części Pierścienia Nibelunga w 150-lecie powstania cyklu. Cały świat obchodził tę rocznicę, w Polsce nie działo się nic.
Odejdźmy na chwilę od Wagnerowskiego kanonu. A co z polskim repertuarem?
Siedzimy teraz na tarasie krakowskiej willi, w której mieszkali Elżbieta i Krzysztof Pendereccy, obojga świętej pamięci. Chciałbym przypomnieć, jak genialnie pani Elżbieta potrafiła wprowadzić twórczość swojego męża do krwiobiegu światowych filharmonii. Zrobiła to niezwykle konstruktywnie i rzetelnie; momentami nawet – w dobrym znaczeniu tego słowa – drapieżnie.
Jako środowisko kulturalne wyjątkowo zaniedbaliśmy polski repertuar, zarówno kompozytorów przedwojennych i powojennych. Powinniśmy jeszcze bardziej pochylić się nad twórczością Grażyny Bacewicz – w jej przypadku pomogło zaangażowanie między innymi Krystiana Zimermana.
Z polskich kompozytorów współczesnych, których dorobek muzyki wokalnej i operowej jest przebogaty i wartościowy wymieniłbym z pewnością Zygmunta Krauzego i zmarłego przed dwoma laty Romualda Twardowskiego.
Zygmunt Krauze jest obecnie chyba najczęściej wystawianym współczesnym kompozytorem w polskich teatrach operowych. W przyszłym miesiącu [wrześniu 2026 roku] odbędzie się włoska premiera jego Bony Sforzy w Teatro Petruzzelli. Z kolei sztuki Romualda Twardowskiego całkowicie zniknęły z afiszów. Partytury i nagrania są teoretycznie dostępne, ale tylko w archiwach. To jednak kompozytorzy urodzeni w latach 30. XX wieku.
Z kolei kompozytorem z młodszego pokolenia, który – mam nadzieję – niedługo zaistnieje w świadomości zagranicznych melomanów, jest Aleksander Nowak. Gorąco go wspieram i staram się uświadamiać innym, że mamy twórcę piszącego do tak niebanalnych tekstów. W 2018 roku skomponował operę Ahat ilī. Siostra bogów do libretta Olgi Tokarczuk. Zaledwie rok później ogłoszono ją noblistką.
Sceniczna premiera Ahat ilī odbyła się na krakowskim festiwalu Sacrum Profanum w reżyserii Pii Partum, a rejestrację wydało Anaklasis. Potem grano ją jeszcze w Tychach i Gdańsku, ale tylko w wersji koncertowej. Aż trudno uwierzyć, że po Noblu dla Tokarczuk tytuł ten nie trafił na inne sceny w Polsce i na świecie...
Nie rozumiem, czemu nie możemy skupić się na dzisiejszej twórczości. W polskich teatrach muzykę współczesną gra się jak na lekarstwo: czasami znajdzie się jakiś Król Roger. Może to kwestia budżetów instytucji operowych, które w Polsce są żenująco niskie? A przecież ludzie łakną ambitnego repertuaru, czego dowodem są wykupione bilety na pięciogodzinną Walkirię.