Wielokrotnie używał pan słowa "sąsiedztwo", które od 2000 roku, kiedy wydawnictwo Pogranicza wydało książkę "Sąsiedzi" Jana Tomasza Grossa, zmieniło nieco swój zakres semantyczny. Każdy z narodów pogranicza ma własną pamięć, każdy z nas ma inne problemy z historią. Co możemy robić wszyscy razem, żeby dojść do wspólnego punktu?
Niedawno ponownie odwiedziłem Auschwitz. Mój wzrok przykuła jedna z tablic, na której zamieszczono cytat z George’a Santayany: "Kto nie pamięta historii, skazany jest na jej ponowne przeżycie". Wtedy pomyślałem – po raz pierwszy, podczas wcześniejszych wizyt o tym nie myślałem – że szczególnie ważne jest, w jaki sposób pamiętamy. Dzisiaj nie wystarczy powiedzieć: "pamiętamy". Myślę teraz o ziemiach dawnego Związku Radzieckiego, latami szczycącymi się zwycięstwem nad faszyzmem. Dzisiaj decydujące wydaje się być pytanie: jak pamiętali? Myślę też o Izraelu, o tym, jak Zagłada jest pamiętana i jaki to ma związek z wydarzeniami w Gazie. Potrzebujemy kultury pamięci, nie samej pamięci. Cultivare¸ czyli ciągła praca. Na pograniczu nauczyłem się krytycznej pamięci – trzeba zacząć od siebie, uderzyć się we własne piersi. Zwłaszcza jeśli jesteśmy większością, albo mieliśmy wcześniejszą możliwość transformacji demokratycznej. Najgorsza jest sytuacja, w której oczekujemy, że to inni mają uznać swoje winy, a sami nie robimy niczego. Albo uzależniamy nasze uderzenie się w pierś od tego, czy sąsiad zrobi to samo, a najlepiej gdyby zrobił to pierwszy. Taki rodzaj dialektyki nie sprawdza się na pograniczach. Jeśli nie mam odwagi spojrzeć prawdzie w oczy, wsłuchać się w głos sumienia, to takie tchórzostwo obraża mój patriotyzm.
Kiedy opublikowaliśmy "Sąsiadów", wydarzyły się dwie rzeczy, które chciałbym przywołać. Pierwsza to spotkania zorganizowane przez polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, na które zaproszono dyrektorów wszystkich Instytutów Kultury Polskiej, żebym opowiedział o działalności Pogranicza. Zanim zdążyłem zabrać głos, jedna ze zgromadzonych osób powiedziała, że w imieniu wszystkich zgromadzonych dziękuje za publikację tej książki. To powiedzieli mi ludzie, którzy dbają o wizerunek Polski za granicą. To im pomogło, wcześniej trudno było wyjaśnić na świecie niektóre sprawy, chociażby to, że w Warszawie w czasie drugiej wojny światowej były dwa powstania. Po zmierzeniu się z ciemną kartą naszej historii, wiele rzeczy nagle zaczęło być możliwych, wiele osób zaciekawiło się Polską, zaczęło kierować w naszą stronę empatię. Musieliśmy zdobyć się na pamięć krytyczną, sami ze sobą. Oczywiście, zawsze są tacy, którzy wykorzystają to inaczej. Pamiętam też trudne spotkania, wiele osób próbowało wykorzystać "Sąsiadów" do relatywizowania własnej winy, własnej historii. Pamiętam spotkania z niemieckimi dziennikarzami i intelektualistami – a był to czas, kiedy Günter Grass opublikował "Idąc rakiem" – zaskakujące mnie tonem, w którym pobrzmiewało nie tylko upominanie się o własne cierpienie, ale coś w rodzaju "byliście tacy sami". To był dla mnie znak ostrzegawczy, bo to nie zawsze tak działa. Druga historia, którą chciałem przywołać, to spotkanie zorganizowane przez Litwinów na Targach Książki we Frankfurcie, Litwa była wtedy gościem honorowym. Rozmawialiśmy o tym, co w Polsce udało nam się zrobić z trudną pamięcią o Zagładzie i relacjach polsko-żydowskich, jak to doświadczenie może być przydatne Litwie. Potem Rūta Vanagaitė, Efraim Zuroff opublikowali książkę "Nasi. Podróżując z wrogiem", która odkrywa ciemną kartę historii Litwinów podczas Zagłady.
Polemiki wokół niej były równie gorąco, co polskie dyskusje.
Parę dni temu gościłem Linasa Vildžiūnasa, który stworzył Dom Pamięci w Wilnie, organizował też projekt edukacyjny o Zagładzie w Litwie poprzez konkursy szkolne w całym kraju. To była jedna z akcji, która próbowała rozszerzyć pamięć o trudnym sąsiedztwie. Można powiedzieć, że jest jeszcze wiele do zrobienia, ale potrzebne są te drobne kamyki mozaiki, które nawzajem pomagamy sobie układać w pracy nad pamięcią.
Niedawno wróciłem z Serbii, w maju Zgromadzenie Ogólne ONZ ustanowiło dzień pamięci o ludobójstwie w Srebrenicy (11 lipca). Cała Serbia obwieszona jest banerami: Serbowie nie są narodem ludobójców. Polityka historyczna Serbii, a także większość mediów, wypiera te wydarzenia z całych sił. To właśnie w konfrontacji z tego rodzaju niedojrzałością widać lepiej, ile udało nam się w Polsce osiągnąć, choćbyśmy narzekali – patrząc od wewnątrz – że to ciągle za mało. A jednak potrafiliśmy podjąć próbę zmierzenia się z tym ciemnym, które jest w nas. Dało to naszemu społeczeństwu pewną dojrzałość, trudną do uchwycenia od wewnątrz, chociaż oczywiście nie uchroniło to nas przed politykami, którzy wciąż mylą patriotyzm ze zmową przeciwko innym i przeciwko prawdzie. Tak więc jest to praca budowania niewidzialnego mostu, nieustająca, wobec której nie można użyć czasu przeszłego dokonanego i powiedzieć: zrobione. Kiedy mówię o dojrzałości, mam na myśli krytyczną pamięć, ale także coś więcej, co odnosi się do rozumienia wspólnoty w szerszym wymiarze niż nasze partykularne racje i przynależności. Już dawno temu, jeszcze w przedwojennym Wilnie, Józef Mackiewicz pisał, że po rozpadzie Wielkiego Księstwa Litewskiego zabrakło spadkobierców całości. To jest praca, którą staramy się na Pograniczu wykonywać: przywrócić spadkobierców całości, którzy respektując granice nowych państw narodowych i różnorodność kulturową, troszczą się o mickiewiczowską „wspólność duchową” i na przykład o Białej Synagodze w Sejnach potrafią powiedzieć "nasza".
Biała Synagoga, Ośrodek "Pogranicze", fot. Andrzej Sidor/Forum
Jest jeszcze inny rodzaj pamięci, chyba najtrudniejszy. Nazywam ją "dobrą pamięcią". Stworzenie języka, środowiska, które przekazuje dobrą intencję wobec sąsiada. Mamy dyskurs, święta, rytuały do tego, żeby wyrazić własny ból. Ale nie mamy świąt, opowieści, miejsc i języka do tego, żeby wyrazić dobre doświadczenie współistnienia. W każdym człowieku, choćby zawładniętym nienawiścią, żarzy się świetlista iskra. Potrzebujemy kultury, która pomoże wydobyć to światło na świat.