Pani się kiedyś czuła w tym zawodzie stłamszona przez facetów?
Nie miałam specjalnych trudności. Może wynikało to z tego, że nigdy nie miałam kompleksów wobec mężczyzn i sobie tym głowy nie zawracałam? Czasem zdarzało mi się dostrzegać takie zachowania dopiero w szkole filmowej w Łodzi, "szkole dla mężczyzn", jak powiedział w wywiadzie telewizyjnym jeden z jej słynnych założycieli. Ale to było tylko na początku. I wtedy ostro na to reagowałam. Jednego kolegę zmieniłam z mizogina w feministę i teraz zawsze się interesuje, czy przyjęliśmy do szkoły wystarczającą liczbę kobiet, co mnie wzrusza. Jeśli już mam być szczera , to właściwie wielu mężczyzn bezinteresownie pomogło mi w życiu, ale to oczywiście nie znaczy, że dyskryminacja kobiet nie jest poważnym problemem i ja go dostrzegam, choć mnie osobiście to nie dotknęło. Mam szczęście.
Nigdy nikt pani nie powiedział wprost, że pani na coś nie zasługuje z tytułu płci?
Raz była taka sytuacja. Koleżanka mi powiedziała, że kiedy byłam zaproszona na festiwal za granicę krótko po tym, jak urodziłam dziecko, to w studiu filmowym, gdzie pracowałam, kolega przekonywał ją, że to bez sensu: żeby mnie, świeżą matkę, zapraszać, bo ja na pewno nie pojadę. Lepiej więc, żeby wysłali jego. Jak się o tym dowiedziałam, przy pierwszej okazji natychmiast mu wszystko wyrąbałam. On mnie strasznie przepraszał. Mówił, że nie wie, jak coś takiego mu mogło przyjść do głowy. A ja i tak pojechałam na ten festiwal, bo dziewczyna, którą usiłował przekonać, żebym nie jechała, była feministką…
Skąd w pani tyle siły i odwagi, żeby mówić o tym, co panią boli, wprost?
Ukształtował mnie kontakt z silnymi, ciekawymi, niezwykłymi ludźmi. To były moje uniwersytety. Silną kobietą była Teresa Torańska. Dużo się od niej nauczyłam. Zrobiłam nawet o niej film. Tak się poznałyśmy. Podziwiałam ją i kiedyś usłyszałam jakiegoś bęcwała polityka, który przekonywał w telewizji, że w Polsce nie ma interesujących kobiet dziennikarek. A ja uważałam, że są wybitne i postanowiłam to pokazać. Zaprzyjaźniłyśmy się przy tym filmie, a potem już razem pracowałyśmy przy programie telewizyjnym "Powtórka z PRL-u", w którym ona robiła z partyjnymi notablami, ludźmi władzy komunistycznej, długie wywiady. Teresa była moim przewodnikiem po historii, wejściem w trudną tematykę, której ja się dzięki niej nie bałam. Głupio tak gadać, ale ja miałam zawsze bardzo ciekawych ludzi obok siebie. Mój były mąż, Leszek Koczanowicz, jest znanym filozofem, przyjaźnię się wiele lat z Tadeuszem Sobolewskim. W takim towarzystwie nikomu nie przyjdzie do głowy, że można na coś nie zasługiwać, bo jest się kobietą. Oni mnie ośmielili do wielu tematów, po które sama bałabym się sięgnąć.
Jest w pani strach przed tematami?
Oczywiście. Pamiętam, jak obecny redaktor naczelny "Tygodnika Powszechnego", Piotr Mucharski zaproponował mi film o Jerzym Turowiczu. Myślałam, że zemdleję z wrażenia. Bałam się, że to jest zbyt wielka postać, żebym to ja o niej robiła film. Potem nastąpił okres współpracy z Andrzejem Franaszkiem i jego ówczesną żoną Agnieszką Traczewską: film o Leszku Kołakowskim, o Czesławie Miłoszu. Spotkania z tymi ludźmi to były naprawdę wyzwania. I ciężar odpowiedzialności, żeby zrobić interesujące filmy. A kiedyś sobie przysięgłam, że przenigdy nie będę robić filmów o wybitnych postaciach, bo jestem osobą nieśmiałą i to mnie zablokuje. Blokowało, ale filmy powstały…
Nawet o Miłoszu, który do najłatwiejszych ludzi w kontakcie nie należał.
Nigdy nie zapomnę, jak zadzwoniła do mnie Agnieszka Traczewska. Byłam wtedy na stypendium w Berkeley. Poprosiła mnie, żebym – skoro jestem w Kalifornii – odwiedziła Czesława Miłosza i pogadała z nim o filmie o nim. "Tylko nie to!", pomyślałam w duchu. Wiem, że to dziwne, ale tak właśnie myślałam o człowieku, o którym zdecydowałam się robić film! Postanowiłam, że zadzwonię, a on i tak nie odbierze, więc się nagram na sekretarkę, a on nigdy nie oddzwoni. Wykręciłam numer, modląc się, żeby nie odebrał. Oczywiście podniósł słuchawkę po drugim sygnale i zaprosił mnie do siebie. Mój mąż uparł się, że muszę zabrać na spotkanie naszego siedmioletniego syna, który musi przecież zobaczyć wieszcza. Miłosz otworzył drzwi, przed którymi ja z tym synem pod pachą i zapytał na dzień dobry: "Przepraszam, muszę się dowiedzieć, czy pani jest alkoholiczką?". Ja w przypływie jakiegoś niespotykanego poczucia humoru odpowiedziałam: "Tak, oczywiście", a on: "No to pójdę zrobić drinka". Weszłam do środka i byłam tak spięta, że kompletnie straciłam głowę. Nie zapytałam go nic a nic o ten film. Rzuciłam tylko, że jest taki pomysł. To było zupełnie irracjonalne, że się tak bałam tego spotkania i wolałam go uniknąć.
Nieśmiałość pomaga czy szkodzi dokumentalistce?
Człowiek nieśmiały więcej widzi, bo lęk powoduje, że się uważniej obserwuje.
Dokumentalista powinien zostać w cieniu?
Na pewno musi stworzyć sytuację, w której bohater kamery nie widzi, albo widzi i nie czuje. Sądzę, że bycie nieśmiałym i niepewnym siebie pomaga. Brak pewności siebie jest twórczy i ożywczy. Tak mi się teraz wydaje, choć pół życia myślałam inaczej. Ciągle się czegoś szuka, a to chyba najważniejsze.