Przez dziesięciolecia kobiety stanowiły mniejszość w zdominowanym przez mężczyzn polskim dokumencie. Dość powiedzieć, że gdy w 2016 roku Polski Instytut Sztuki Filmowej i Stowarzyszenie Filmowców Polskich ogłosiły konkurs na najlepszy dokument ostatniego stulecia, wśród 114 prezentowanych produkcji znalazło się zaledwie sześć filmów wyreżyserowanych przez kobiety i trzy współreżyserowane. W finałowej dziesiątce nie zmieścił się natomiast żaden z kobiecych dokumentów. Dopiero przed kilkunastoma laty sytuacja zaczęła się zmieniać, a w ostatnich sezonach to kobiety nadają ton rodzimemu dokumentowi.
Lidia Duda

Lidia Duda, fot. Maciej Biedrzycki/Forum
Historię przemiany, jaka następuje w polskim dokumencie, świetnie ilustruje historia Lidii Dudy. Gdy w 2005 roku podczas Krakowskiego Festiwalu Filmowego otrzymywała Złotego Lajkonika dla najlepszego polskiego dokumentu, na bankiecie wieńczącym festiwalowe zmagania traktowano ją jak powietrze. Duda wywodziła się bowiem spoza filmowego środowiska, nie ukończyła szkoły filmowej, nie działała w branżowych stowarzyszeniach, a do dokumentu trafiła jako dziennikarka. Po 13 latach, jakie minęły od tamtej chwili, trudno sobie wyobrazić polski dokument bez jej obrazów, jej wrażliwości i artystycznej konsekwencji.
Kino Lidii Dudy zbudowane jest ze współczucia. Nie ma w nim wyższości wobec bohaterów – najczęściej ludzi wykluczonych i nie oszczędzonych przez życie. Dzięki jej empatii film "U nas w Pietraszach" z 2002 roku wciąż wywołuje wielkie emocje. Wiara w bohatera przesądza o wielkości "Herkulesa", opowieści o niepełnosprawnym chłopcu z śląskich familoków. W "Uwikłanych" reżyserka pokazała historię pedofila i jego ofiary bez ocen, lecz z chęcią zrozumienia.
Hanna Polak

Hanna Polak, fot. Kristine Barfod / Danish Documentary
Gen filmowej wojowniczki ma w sobie także Hanna Polak, reżyserka , dla której kamera jest orężem w walce o tych, którzy sami nie mają siły o siebie walczyć.
W 1999 roku na moskiewskim Dworcu Kurskim Hanna Polak spotkała trójkę małych dzieci wąchających klej. Były jednymi z dziesiątek bezdomnych dzieci żyjących tam bez jakiejkolwiek opieki. W rozmowie z Culture.pl Polak mówiła o tym spotkaniu:
Nie mogłam pojąć, że te dzieci faktycznie nikomu nie były potrzebne, nikt ich nie szukał, nikogo nie obchodziły. Po prostu żyły na ulicy - żyły i umierały.
W Rosji założyła fundację pomagającą dzieciom ulicy, a wraz z Andrzejem Celińskim zrealizowała film "Dzieci z Leningradzkiego", wstrząsający portret ludzi, których społeczeństwo wolało nie dostrzegać. Dzięki niej cały świat dowiedział się o ich losie. "Dzieci z Leningradzkiego" w 2005 roku nominowane były do Oscara dla najlepszego dokumentu, a niedługo później także do dwóch nagród Emmy.
Dziesiątki nagród przyniósł jej także kolejny "rosyjski" film – "Nadejdą lepsze czasy", portret młodej dziewczyny wychowującej się na podmoskiewskim wysypisku śmieci. Polak realizowała go przez 14 lat, wielokrotnie odwiedzając w tym czasie bohaterkę i jej bezdomnych towarzyszy. Stworzyła film będący świadectwem dużej artystycznej klasy i wielkiego serca.
Agnieszka Zwiefka

Agnieszka Zwiefka, fot, Tomasz Pietrzyk/Agencja Gazeta
Historie bezdomnych opowiada także następna nasza bohaterka – Agnieszka Zwiefka, kolejna spośród społeczniczek polskiego dokumentu.
Jej debiut, zrealizowany w 2013 roku film "Albert Cinema", opowiadał o mieszkańcu schroniska im. Brata Alberta, bezdomnym alkoholiku, który z pomocą ośrodka kręcił film, by dzięki niemu móc spotkać się ze swoim synem.
O wykluczonych opowiadała też głośna "Królowa ciszy". Zwiefka rysowała w niej portret głuchoniemej romskiej dziewczynki, która w bollywoodzkich filmach znajduje drogę ucieczki od swojej smutnej rzeczywistości. W tym kreacyjnym dokumencie (wykorzystującym m.in. musicalowe sekwencje à la Bollywood) reżyserka opowiadała o podwójnym wykluczeniu. Jej bohaterka była wyrzutkiem w swoim środowisku, a z racji przynależności do mniejszości romskiej była też spychana na margines przez polskie społeczeństwo.
Dziś Agnieszka Zwiefka pracuje nad kolejnym portretem mocnej kobiety – przygotowywane przez nią "Blizny" opowiedzą historię byłej partyzantki i ideolożki ruchu wyzwolenia Tamili na Sri Lance, która mimo śmiertelnego zagrożenia wraca na wyspę, aby spotkać się z dawnymi towarzyszkami.
Maria Zmarz-Koczanowicz

Maria Zmarz-Koczanowicz, fot. Krzysztof Gutkowski/AG
W ciągu 35 lat, jakie minęły od premiery jej debiutanckiego filmu, nakręciła niemal 40 dokumentów. Jest jedyną polską dokumentalistką, która doczekała się własnego wydania DVD w prestiżowej serii "Polska Szkoła Dokumentu" Narodowego Instytutu Audiowizualnego (pozostałe reżyserki obecne w tej serii – Krystyna Gyrczełowska, Danuta Halladin i Irena Kamieńska – wystąpiły w tej serii w tercecie).
Już w latach 80. stworzyła własny dokumentalny styl. W jej filmach socjologiczne obserwacje mieszały się z ironicznym komentarzem i dystansem wobec przedstawianych problemów. Zmarz-Koczanowicz wbrew modzie obowiązującej od lat w polskim dokumencie, często portretowała nie pojedynczych bohaterów, lecz społeczne zjawiska.
W "Nie wierzę politykom" opowiadała o młodzieży, w "Dzieciach rewolucji" przyglądała się konsekwencjom przemian ustrojowych w Polsce, Czechach, Niemczech i na Węgrzech, a w "Moim marcu" i "Dworcu Gdańskim" – o wydarzeniach marca '68. W "Bara bara" przyglądała się fenomenowi disco-polo, a w "Miłości do płyty winylowej" – kulturze techno. Stworzyła wiele portretów dokumentalnych poświęconych ludziom polityki i kultury: gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu, Czesławowi Miłoszowi, Jerzemu Grotowskiemu, Adamowi Michnikowi i Leszkowi Kołakowskiemu.
Wierna swojemu socjologicznemu instynktowi opowiadała o społeczno-politycznych przemianach, stając się "najbardziej wnikliwym portrecistą współczesności", jak pisał o niej Łukasz Maciejewski.
Jolanta Dylewska

Jolanta Dylewska, fot. Tomasz Wiech / Agencja Gazeta
Jeśli o Marii Zmarz-Koczanowicz można mówić jako kronikarce najnowszej polskiej historii, to Jolantę Dylewską nazwać by trzeba strażniczką żydowskiej pamięci. Znakomita operatorka filmowa ("Pokot", "Tulpan") swoją dokumentalną twórczość traktuje jako hobby, a każdemu z filmów poświęca długie lata, budując je z nagrań z prywatnych archiwów i starych filmowych kronik.
Tak powstały pierwszy dokumentalny film Dylewskiej – "Kronika powstania w getcie warszawskim wg Marka Edelmana" z 1993 roku. Reżyserka połączyła opowieść Edelmana z kadrami przedstawiającymi mieszkańców getta skazanych na zagładę. W jej filmie wstrząsające ujęcia zastygają na ekranie, a bezimienne ofiary Holokaustu stają się rozpoznawalne.
W rozmowie z Katarzyną Bielas z "Gazety Wyborczej" mówiła:
Pisano, że z masy wydobyłam człowieka, że to zasługa, a ja, gdzieś w środku, miałam poczucie winy. Pokazałam konkretnych ludzi, ale ci ludzie byli filmowani w sytuacjach ekstremalnych, w upokorzeniu. Nikt nie chce być oglądany w takim momencie, a ja ich pokazałam.
Archiwalne materiały były też surowcem reżyserki w kolejnych, niezwykłych filmach – wojennym "Children of the Night" z 1999 roku i "Po-lin. Okruchach pamięci" z 2008 roku, w którym opisywała polsko-żydowski świat przedwojennej Polski, który po 1939 roku przestał istnieć.
Karolina Bielawska

Karolina Bielawska, fot. ⓒ POLITYKA / Leszek Zych
Karolina Bielawska ma szczęście do postaci fascynująco niejednoznacznych: silnych, a zarazem bezbronnych, odważnych, ale niewytrzymujących konfrontacji ze światem.
W "Warszawie do wzięcia" z 2009 roku Bielawska (wraz z Julią Ruszkiewicz) opowiadała historię trzech młodych dziewczyn z popegeerowskich wsi, które wyjeżdżają do Warszawy, kierowane marzeniem o nowym, lepszym życiu. Pokazywała zderzenie marzeń i smutnej prozy codzienności, zdając relację z frontu walki z góry skazanej na niepowodzenie.
O walce mówiła także w kolejnym głośnym dokumencie – "Mów mi Marianna", historii transseksualnej Marianny, która w wieku 40 lat decydowała się poddać operacji zmiany płci. Film Bielawskiej był opowieścią o potrzebie miłości i akceptacji, relacją przeprowadzaną z perspektywy osoby bardzo bliskiej, współczującej i oddanej. W efekcie powstał jeden z najpiękniejszych polskich dokumentów ostatnich lat, za który Bielawska otrzymała ponad 20 nagród na polskich i światowych festiwalach.
Anna Zamecka

Anna Zamecka, fot. Albert Zawada / AG
Spośród wszystkich gwiazd polskiego dokumentu, jej gwiazda rozbłysła najbardziej spektakularnie. Anna Zamecka ma na koncie zaledwie jeden film i kilkadziesiąt nagród najważniejszych festiwali filmowych świata. Jej debiutancka "Komunia" w ostatnich kilkunastu miesiącach zgarniała nagrody festiwali w Locarno, Amsterdamie czy Lipsku.
Zasłużenie, bo "Komunia" to jeden z najpiękniejszych dokumentów ostatnich lat. Opowiada historię 14-letniej Oli, która wraz z ojcem i autystycznym młodszym bratem żyje w prowincjonalnym polskim miasteczku. Matka odeszła od nich, by zamieszkać z nowym partnerem, dlatego teraz to Ola zajmuje się rodziną i marzy, że pewnego dnia rodzice znowu się zejdą.
Zamecka odrysowała jej portret ani na chwilę nie popadając w ckliwe wzruszenie czy reporterski interwencjonizm. Mówiła o emocjach bohaterki – jej tęsknocie, poczuciu samotności, potrzebie normalności. "Komunia", bolesna i piękna zarazem, stała się zapowiedzią wielkiego dokumentalnego talentu, na którego kolejne owoce z pewnością nie będziemy musieli długo czekać.
Elwira Niewiera

Elwira Niewiera, fot. Leszek Zych/Polityka
Specjalistką od niezwykłych dokumentalnych portretów jest także kolejna z naszych bohaterek – Elwira Niewiera, autorka dwóch świetnych dokumentów – "Efektu domina" oraz "Księcia i dybuka" zrealizowanych wspólnie z Piotrem Rosołowskim.
Jako reżyserski duet twórcy po raz pierwszy wystąpili w 2014 roku, prezentując "Efekt domina", historię Rafaela i Natashy, pary żyjącej w stolicy Abchazji – republiki odseparowanej od Gruzji i znajdującej się pod rosyjską kontrolą. On był ministrem sportu i bohaterem narodowej sprawy, ona, dużo od niego młodsza – rosyjską śpiewaczką operową, która w małej republice uznawana była za obywatelkę drugiej kategorii. U Niewiery i Rosołowskiego ich miłosny dramat splatał się z dramatem Kaukazu, rozdartego przez narodowe antagonizmy i wielką politykę.
O tym, że Niewiera i Rosołowski z osobistej historii bohatera potrafią uczynić metaforę losów zbiorowości, przekonuje także ich najnowszy film – "Książę i dybuk". Podążają w nim śladami Michała Waszyńskiego (1904–1965), filmowca, który uciekając przed nietolerancją, nieustannie zmieniał tożsamość. Ukrywał swoje żydowskie korzenie, orientację seksualną i klasową przynależność. Poprzez jego historię Niewiera i Rosołowski stworzyli opowieść o środkowoeuropejskim losie, żydowskiej tożsamości i burzliwej historii XX. wieku. W 2017 roku podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji za swój film otrzymali nagrodę "Venezia Classici" dla najlepszego filmu dokumentalnego o kinie.
Aneta Kopacz

Aneta Kopacz, styczeń 2013, fot. Krzysztof Kuczyk / Forum
Trudno wyobrazić sobie mocniejsze wejście do filmowej branży. Już za swój dokumentalny debiut Aneta Kopacz otrzymała niemal 30 festiwalowych nagród, a także nominację do Oscara dla najlepszego dokumentu krótkometrażowego.
Jej "Joanna" była intymnym portretem kobiety chorej na nowotwór, która przygotowywała rodzinę na swoją nieuchronną śmierć. W 40-minutowej impresji Kopacz opowiedziała o emocjach, jakie towarzyszyły bohaterce w jej codziennej walce ze słabościami, chorobą i rozpaczą.
Dokument Kopacz zrodził się z zaufania i bliskości, jakie połączyły reżyserkę z bohaterką filmu, ale "Joanna" uwodziła czymś jeszcze – wizualnym pięknem i sensualnością kadrów. Zdjęcia Łukasza Żala (nominowanego do Oscara za zdjęcia do "Idy") były jak dotyk, pozwalały widzowi muskać rzeczywistość tytułowej bohaterki, poczuć temperaturę ich świata, jego zapachy i smaki.
W 2018 roku na telewizyjne ekrany trafił sześcioodcinkowy serial dokumentalny Anety Kopacz "Art-B. Made in Poland" opowiadający o jednej z największych polityczno-gospodarczych afer lat 90.
Agnieszka Elbanowska

Agnieszka Elbanowska, fot. Tomasz Urbanek/East News
W ciągu kilku ostatnich lat Agnieszka Elbanowska wyrosła na czołową przedstawicielkę jednego z najtrudniejszych filmowych gatunków – komedii dokumentalnej. W 2013 roku zachwycała "Niewiadomą pana Fasta" o emerytowanym profesorze matematyki, który po latach spędzonych w Stanach Zjednoczonych powraca do Polski, by znaleźć młodą, piękną kobietę. W krótkim "Polonezie" z 2016 roku z ironią pokazała konkurs na największego patriotę odbywającym się w jednym z prowincjonalnych polskich miasteczek, a w "Pierwszym Polaku na Marsie" kreśliła portret pana Kazimierza, który mimo ukończonych 60 lat marzy o tym, by polecieć na Marsa i bierze udział w selekcji zorganizowanej przez amerykańską misję Mars One.
W kolejnych filmach Elbanowska sięga do tradycji komedii dokumentalnej, której mistrzem był w polskim kinie Marek Piwowski. Ale w przeciwieństwie do Piwowskiego, któremu zdarzało się drwić z bohaterów i ich ośmieszać, reżyserka "Poloneza" opowiada o swoich postaciach bez protekcjonalności czy śladu szyderstwa. Jej dokumentalne portrety kreślone są z sympatią i zrozumieniem. I pewnie dlatego są jednocześnie tak wzruszające i nonsensownie zabawne.