Problemem okazała się odległość dzieląca twórców filmowych od artystów sztuk wizualnych i różne definicje tego, czym jest i powinna być sztuka. Granica okazała się nieprzekraczalna. Reżyserzy filmowi uczeni wierności zasadom dramaturgii i traktujący kino jako sztukę narracyjną, z trudem znajdowali bowiem wspólny język z artystami, których celem było rozwalanie językowych struktur kina, a odrzucenie prymatu fabuły nad formą stało się dla nich niemalże dogmatem.
Dość wspomnieć o filmach Wilhelma i Anki Sasnalów. W "Z daleka widok jest piękny", "Hubie" czy "Słońce, to słońce mnie oślepiło" twórcy ostentacyjnie odrzucali klasyczną dramaturgię, rezygnowali z dialogu i tradycyjnego sposobu kadrowania, wypracowując coś, co Jakub Majmurek nazywał "strategiczną dezorientacją" widza. Tak wypracowany zestaw środków miał podstawowy cel – zaburzenie mechanizmu identyfikacji między widzem i bohaterem, a więc tego, na którym zbudowane jest klasyczne kino fabularne. Zamiast identyfikować się z bohaterami, publiczność miała przyjąć postawę krytycznego obserwatora widzącego z dystansu i dostrzegającego raczej mechanizmy działania i logikę świata, aniżeli emocje bohaterów.
Realizacja tak ambitnego artystycznego celu skazywała twórców na odrzucenie środowiska filmowego, które w formalnych eksperymentach widziało serię technicznych błędów lub też – w najlepszym wypadku – naiwne poszukiwania filmowych konwertytów. Ale eksperymentalna formuła miała jeszcze jedną konsekwencję: problem ze znalezieniem właściwej publiczności. Wystarczy wspomnieć, że najgłośniejszy film Wilhelma Sasnala przyciągnął do kin mniejszą liczbę widzów niż jego wystawa w Zachęcie.
O tym, że poszerzanie filmowej formy nie idzie w parze z poszerzaniem grupy odbiorczej przekonali się także inni twórcy wizualni próbujący swoich sił w kinie. "Biuro budowy pomnika" Karoliny Breguły czy "Hura! Wciąż żyjemy!" Agnieszki Polskiej mimo festiwalowych nagród i uznania, jakim cieszą się ich twórczynie, nigdy nie zaistniały w kinowym obiegu, a "Walser" Zbigniewa Libery przeszedł niemal niezauważony. Jedynie "Photon" Normana Leto, ciepło przyjęty przez krytyków, zaistniał w rodzimym box office, przyciągając do kin ponad 13 tysięcy widzów i zajmując miejsce w pierwszej czterdziestce (!) najpopularniejszych polskich filmów 2017 roku.
Niewolnicy marginesu
Problem z dotarciem do publiczności nie był jedynie pochodną programowej niedostępności kina tworzonego przez artystów wizualnych. Owszem – eksperymentalne filmy zawsze skazane są na rynkową marginalizację, ale w przypadku polskich twórców problemem okazał się także system dystrybucji. Fundując nagrodę dla artystów wizualnych i powołując program dofinansowywania filmów eksperymentalnych, polskie instytucje filmowe nie stworzyły jednocześnie skutecznego systemu, który usprawniałby dystrybucję tego typu "trudnych" produkcji.
W realiach rynku filmy artystów wizualnych skazane były na rynkową porażkę. Niszowe obrazy przeznaczone dla wąskiego grona odbiorców nie mogły rywalizować o przestrzeń w kinowych multipleksach, gdzie trwała rywalizacja nadwiślańskich blockbusterów Patryka Vegi i romantycznych komedii spod znaku "Listów do M." i "Planety Singli". A że to właśnie najwięksi operatorzy kinowi decydują dziś o być albo nie być filmu, eksperymentalne projekty Sasnala, Kozyry, Libery czy Polskiej nie miały szans, by poszerzać grono swoich odbiorców.
Socjologia galeryjna