O ile w klasycznym performansie – dla zaznaczenia jego odrębności nazywanym wciąż często anglojęzycznym terminem performance art – indywidualność artysty, odzianego w ów opisywany przez Nogalskiego czarny uniform lub odsłaniającego swoje nagie ciało, zostaje spotęgowana, w działaniach młodszej generacji rozmywa się ona i staje scenicznym konstruktem. Zwłaszcza że młodsze twórczynie i twórcy nie stronią od działań kolektywnych.
Podobnie jak Sobczak i Grafia stały duet stanowią także Zuza Golińska i Magdalena Łazarczyk, które we wspólnych działaniach przybierają postaci bliźniaczek, odbiorcom przywodzących często na myśl upiorne dziewczynki z "Lśnienia" Kubricka. Zwłaszcza gdy bezszelestnie wyłaniają się przed nosem widza lub równie niepostrzeżenie zachodzą go w galerii zza pleców. Bliźniaczki upodabniają się do siebie w najdrobniejszych szczegółach – od identycznych peruk, sukienek, makijaży i upstrzonych ozdobami crocsów, po wyćwiczone ruchy, bezbłędnie zsynchronizowane jak w wojskowej formacji. Współpraca ta zaczęła się właściwie przypadkiem, od wspólnie wykonanego ćwiczenia w trakcie studiów w Pracowni Działań Przestrzennych Mirosława Bałki na warszawskiej ASP.
Akcje Golińskiej i Łazarczyk można by uznać za podobnego "wirusa" w świecie performansu, co akcję duetu Sędzia Główny w kontekście teatralnym. Bliźniaczki działają bowiem w szarej strefie, podważając proste rozumienie performansu i teatru. Działają według przygotowanego wcześniej planu i używają ściśle określonego zestawu ruchów, ale przebieg akcji potrafią dostosowywać do sytuacji, liczby widzów i ich reakcji, a także samego miejsca, w zależności od przestrzeni chodząc po galerii, jeżdżąc windą czy na hulajnogach. Nie są do końca sobą, ale i nie realizują żadnego narzuconego z zewnątrz scenariusza – na krótki czas tworzą nową, wspólną tożsamość. Jak mówiła Łazarczyk: "Jako bliźniaczki tworzymy jeden organizm. Jesteśmy od siebie całkowicie zależne. Kiedy jedna z nas się potyka, mamy wrażenie, że potykamy się obie".