Pisząc o domach polskiego kina, tego tytułu nie sposób pominąć. Dom zły, jeden z najwybitniejszych filmów Wojciecha Smarzowskiego, jest bowiem opowieścią, która wykracza poza mały realizm, stając się metaforyczną, choć skrajnie defetystyczną, opowieścią o współczesnej Polsce i jej korzeniach.
Zaczyna się jak w klasycznej powieści grozy – strudzony wędrowiec, zootechnik Edward Środoń, szuka schronienia przed ulewnym deszczem. Trafia w gościnę do domu na wiejskim bezludziu i szybko znajduje wspólny język z gospodarzami, małżeństwem Dziabasów. Tak zaczyna się opowieść o morderstwie, niechcianym śledztwie i mrocznych tajemnicach jednoczących miejscową społeczność.
Smarzowski, który w ostatnich dwóch dekadach stał się niekwestionowaną gwiazdą polskiego kina, kreśli ponury obraz polskiego domu, w którym wódka leje się strumieniami, pod pozorami gościnności kryje się chciwość i zawiść, a leżąca na ganku siekiera odgrywa rolę czechowowskiej strzelby, która w końcu musi wystrzelić.
Ale Dom zły to nie tylko brudna pocztówka pokazująca karykaturalnie brzydką Polskę, ale też jeden z filmów, w których Smarzowski formułuje odważną diagnozę na temat postsolidarnościowego etosu, który stał się mitem założycielskim nowej Polski. Ten sam wątek podejmie później w Klerze, innej opowieści o domu okazującym się stajnią Augiasza.
Cicha noc – dom na miarę naszych możliwości