Jan Englert debiutował w filmie jako czternastolatek rolą Zefirka w "Kanale" Andrzeja Wajdy w 1957 roku. Siedem lat później otrzymał dyplom aktora PWST w Warszawie, której to uczelni był rektorem w latach 1987–1993 oraz 1996–2002, kiedy przyjęła nazwę Akademii Teatralnej. Za jego kadencji odbudowano Teatr Szkolny Collegium Nobilium i powołano Międzynarodowy Festiwal Szkół Teatralnych. Był też członkiem Rady ds. Kultury przy Prezydencie RP (1992–1993). Występował w warszawskich teatrach: Polskim, Współczesnym i Narodowym, którego dyrektorem artystycznym został w 2003 roku. Zagrał w ponad stu filmach i serialach. Wyreżyserował wiele przedstawień Teatru TV, między innymi: "Dziady" Mickiewicza (1997), "Beatrix Cenci" Słowackiego (2001), "Juliusz Cezar" Szekspira (2005), "Mąż i żona" Fredry (2016), "Śluby panieńskie" Fredry (2017), "Lato" Rittnera (2018), "Kwiaty polskie" Tuwima (2018), "W małym dworku" Witkacego (2019).
Jan Englert i Witold Grabowski w filmie "Kanał" w reżyserii Andrzeja Wajdy, 1956, fot. WFDIF /po Studiu Filmowym "Kadr"/Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny
Idąc do pana zaniosłem po drodze PIT-y do rozliczenia. Moja pani księgowa prosiła, żebym od niej, warszawianki od pokoleń, serdecznie pana pozdrowił. Zapewniała, że ceni pana za cały dorobek ekranowy czy sceniczny i że często bywa w Teatrze Narodowym.
Miło mi. Serdecznie dziękuję. Proszę pozdrowić panią księgową.
Nie tak dawno ukazała się pana książka "Bez oklasków". Są w niej spore fragmenty pana pióra oraz odpowiedzi na pytania zadawane przez Kamilę Drecką. Dwa opisy dotyczą pana aktorskich zaskoczeń z powodu uszu.
Uszu?
Tak, uszu. Pierwszy, gdy tuż po przyjęciu do szkoły aktorskiej Ryszarda Hanin poleciła panu odegrać scenę wraz z koleżanką: "»Jest taki moment po seksie, że trzeba porozmawiać. Rano się obudziliście, był seks, piękna noc, no i tym Tuwimem porozmawiaj teraz z koleżanką«. Koleżanka na wstępie wkręciła mi jęzor w ucho, nie zdając sobie sprawy, że ja nic nie wiem o kobietach". Druga historia: w widowisku Teatru Telewizji wystąpił pan w głównej roli w "Don Juanie" Moliera. Wojciech Pszoniak jako Sganarel wycierając pana po kąpieli, zaczął z pasją wwiercać się ręcznikiem w pana uszy, a pan walczył ze sobą, żeby się nie roześmiać. Ponadto Jan Łomnicki wspominał ujęcie ze swojego filmu "Cyrograf dojrzałości": wciskał pan do środka małżowiny uszne, a po pstryknięciu palcami przybierały właściwą pozycję.
W programie dla dzieci, do którego zaprosił mnie Wojciech Mann zagiąłem kiedyś na ten numer Marcina Dańca. Był przekonany, że ma te dzieci w cuglach, bo niby co ja mógłbym im zaproponować. Pokazałem ów trick i cokolwiek później mówił Daniec, dzieci zamiast go słuchać, zawijały sobie uszy. Uszy, być może, mają w moim życiu jakieś znaczenie. Głównie dlatego, że tracę słuch. Zastanawiam się jednak, do czego pan zmierza. Że niby spółdzielnia ucho?
Uchowaj Boże! Wracając do pana książki, to jest z nią problem. Udało się ją pozyskać tylko w wersji elektronicznej. W wersji papierowej nie sposób jej dostać. Wyprzedana.
Może pan ją kupić na dole, w kiosku Teatru Narodowego.
Dziękuję za podpowiedź. Słyszałem, że będzie dodruk. Sukces wydawniczy?
Z tego co wiem, poszła dobrze. W mojej próżności, której nie jestem pozbawiony, mogę myśleć, że odniosłem sukces literacki. Jednocześnie sceptyk, który jest we mnie równie silny jak zarozumialec, podpowiada, że to nie dlatego, że napisałem tak dobrą książkę. Raczej dlatego, że w tym korowodzie próżności celebryckiej pracuje na mnie opinia kogoś, komu powiodło się w życiu i w ten czy inny sposób jest przez pewien czas na tapecie. To jest główny powód nabywania książki, a nie przeświadczenie, że jest ona literacko dobra. Chciałbym wierzyć, że główny powód powodzenia "Bez oklasków" jest taki, iż jest na tyle sprawnie napisana literacko, że ludziom świetnie się ją czyta. Tego jednak sprawdzić się nie da. Niewątpliwie jest satysfakcja, bo pierwszy nakład poszedł w dziesięć dni. Z dodrukiem był kłopot, bo znienacka podrożał papier, ale w końcu się udało. Nie wiem, jaki to był nakład i jak to się w bezwzględnych cyfrach wyraża, bo nikt mnie nie informuje. Podobno jest to tajemnica. Po pół roku, zgodnie z umową, dowiem się, jakie osiągnąłem wpływy finansowe. Dwa pięćdziesiąt od każdego egzemplarza jest moje.
Był pan na wszystkich stanowiskach, o jakich aktor może tylko zamarzyć: przez dwie kadencje dziekanem, a przez cztery kadencje rektorem Akademii Teatralnej. Zbliża się dwudziestolecie pana dyrekcji Teatrem Narodowym. Był pan również wiceprzewodniczącym ZASP-u. Ma pan długą listę rozmaitych nagród. Która z nich jest dla pana najważniejsza?
Ta, że żyję, i to w miarę aktywnie. W zbyt wielu jury uczestniczyłem, żeby nie mieć ambiwalentnego stosunku do nagród. Przyjemnie jest je dostawać, ale wiem, jak to się zazwyczaj odbywa. Tu nie chodzi bynajmniej, i to nie jest kokieteria, o nagrody, odznaczenia. Dobrze że są. Ale tak naprawdę, to znacznie ważniejsze jest, że jakaś nieznajoma pani prosi, żeby mi przekazać wyrazy szacunku. Bo, jak pan może pamięta z zakończenia mojej książki, kiedyś chodziło mi miłość, a teraz o szacunek. Szacunek do samego siebie. Chociaż każdy ma gdzie indziej postawione granice tego szacunku. Tak je sobie stawia, żeby zawsze mieć szacunek do tego, co robi. Ale szacunek ogólny jest właśnie tym, co mnie trzyma przy życiu. To jest potwierdzenie, że to co robimy, ma sens. Bo tak naprawdę zawód aktora czy reżysera, szczególnie teatralnego, to jest jętka jednodniówka. O aktorach, wielkich moich mistrzach, zdający do szkoły teatralnej nigdy nie słyszeli. Nic im ich nazwiska nie mówią. Dlatego krytyki teatralnej nigdy specjalnie nie lubiłem. Bo to co krytyk pisze, zostaje. I nieuczciwa, niesprawiedliwa krytyka, staje się później przedmiotem naukowych rozważań. Czytam potem w recenzjach, że Grotowskiemu, to przynajmniej o coś chodziło, a tymczasem pan Englert… A skąd ty wiesz, skoro masz trzydzieści dwa lata, o co chodziło Grotowskiemu? To, co przeczytałeś z tego, co ktoś o nim napisał. Ja byłem na Grotowskim, więc mogę rozmawiać o tym, co widziałem. W nowej ustawie o statusie artysty, aktor nie jest uznawany za twórcę. Twórczość, to jest to, co zostaje. Słusznie. Aktorstwo nie zostaje, szczególnie teatralne. To kinowe zostaje, jakiś cień na taśmie celuloidowej, ale też się starzeje. Jest to zawód, który co wieczór razem z opadającą kurtyną umiera. Ale na szczęście na drugi dzień zmartwychwstaje. Czyli nie jest to śmierć definitywna. Twórczość aktorska jest chwilowa. Jeśli zostaje, to jest jak chmura w internecie.
Na dłużej czy krócej zostaje także w ludzkiej pamięci.
Ewentualnie. Bo miarą twórczości teatralnej jest nie to, co ja wysyłam widowni, lecz tylko to, co z widowni wraca do mnie. Ta fala zwrotna jest miarą mojej twórczości. I ona z końcem przedstawienia unosi się gdzieś w powietrzu, po czym się rozwiewa. Dwie godziny później nie ma ani śladu. To nie jest skarga, gdyż jednocześnie trzyma nas przy życiu to zmartwychwstawanie. Możliwość powtórki. Niekiedy nie jesteśmy tego świadomi, ale to właśnie pozwala nam istnieć. Ale, jak pan wie, kultura jest na końcu przewodu pokarmowego tego kraju, a teatr poniżej. Tak jest, ponieważ ilość wygrywa teraz z jakością. W ilościowej konkurencji teatr przegrywa z każdym medium. Dlatego też w teatrze przestało być ważne "jak", tylko zaczęło być ważne "co" i "dla kogo".
Jan Englert w serialu telewizyjnym "Kolumbowie" w reżyserii Janusza Morgensterna, 1970, fot. Andrzej Pisarski, fot. Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny
Myślałem, że w kwestii nagród, sporą satysfakcję przysporzył panu choćby tytuł mistrza mowy polskiej.
Jak przeglądam tę listę mistrzów mowy polskiej, to niekoniecznie. W zawodach niewymiernych, jak twórczość teatralna, nagroda z natury rzeczy jest elementem szczęścia i skutkiem wielu przypadków. Szczęście polega na tym, żeby znaleźć się we właściwym czasie, we właściwym miejscu i we właściwym towarzystwie. Jeśli ma się to szczęście, rośnie szansa na nagrodę. Inaczej nic z tego nie wyniknie. Jeśli ma pan pecha i pana praca trafia w czas inwazji rosyjskiej na Ukrainę, nie ma szansy na to, żeby była punktem odniesienia do nagrody, bo zginie w cieniu zupełnie innej sprawy. Powtarzam, że nie mówię tego w formie skargi, lecz stwierdzenia faktu. W kontekście nagród czy też negatywnej krytyki jest tylko jedno wyjście: wszystkie porażki ciągnąć w górę, a sukcesy – w dół. To mi pomaga zachować równowagę i stanowi stały punkt odniesienia. Nie ulegam euforiom, nie poddaję się frustracjom.
Dla mnie tytuł mistrza mowy polskiej to przede wszystkim sprawa docenienia pana osobowości.
Że umiem składać zdania? W przypadku aktora nie powinno to być aż tak wyjątkowe. Sądzę, że jakby trafił się polityk, który umie interesująco składać zdania, to od razu powinien zostać uhonorowany tym mianem. Jako mistrz mowy polskiej jestem epigonem Gustawa Holoubka. Słuchając go uczyłem się, w jaki sposób się wysławiać. On znakomicie mówił. Kiedy spytano pewnego Japończyka, słynnego oratora, na czym polega jego sukces, odpowiedział: "Najpierw myślę o tym, »co« chcę powiedzieć, potem »jak« chcę powiedzieć, a potem mówię". Dodał jeszcze, że najważniejsze jest zdanie pierwsze i ostatnie. Myślę, że dobre mówienie jest wtedy, kiedy nie jest wyrwane z kontekstu. Umiejętność wejścia w sytuację, w której wygłasza się swój tekst i szukanie kontekstów do słuchaczy czy do rozmówców. Dobieranie słów w zależności od tego z kim rozmawiam – nie o czym rozmawiam, lecz z kim rozmawiam – to jest jedna z tajemnic istotnej rozmowy. Dialogu. A żyjemy w czasach, w których dialog praktycznie umarł. Nie słuchamy się wzajemnie. Każdy ma swój portal, na którym ktoś nas kocha lub nienawidzi, a rozmowa ogranicza się do emotikonów. Tak wyrażamy dziś stany emocjonalne. Emotikonami. Uczę czterdzieści lat w szkole, widzę więc jak kolejne pokolenia coraz bardziej oddalają się od rozmowy. Od dialogu. Od słyszenia partnera. Mogę dowolnie zamienić aktora i nawet dodatkowych prób nie trzeba, bo każdy gra swoje. Dla mnie frajdą tego zawodu było to, że gdy partnerowi wypadł gorszy dzień, ja muszę zacząć grać inaczej. To frajda tej ulotnej pracy zawodowej, która polega na zespole. Dlatego wolę teatr, mimo że większe sukcesy miałem w filmie, bo teatr to praca zespołowa. Kiedy w filmie reżyser chce mieć wściekłego aktora, to mnie zdenerwuje i nakręci. A w teatrze trzeba to powtórzyć. Co wieczór trzeba to uczuć.
Wspominał pan w książce o Kazimierzy Kutzu, który był specem od grania na nerwach aktorów na planie filmowym. Wrócę do kwestii krytyki, gdyż miałem w życiu epizod recenzenta teatralnego. Zdziwiło mnie jednak, gdy w książce o Erwinie Axerze znalazłem fragment mojego tekstu. Wypowiadam się w nim dość krytycznie o jednym z jego niekoniecznie udanych przedstawień. W ten sposób urobiono mi gębę jego pogromcy, choć o innych jego pracach wielokrotnie wyrażałem się entuzjastycznie, o czym książka milczy.
To nie ma żadnego znaczenia. Ani dla pana, ani dla mnie. Pan się poczuł urażony, ale uprawiamy pole, które poza nami samymi nikogo nie obchodzi. Z naszego pola, nie ma ani żyta, ani pszenicy, ani owsa. Jest po prostu łąka, raz pełna chwastów, raz pięknych kwiatów. Dla vox populi, dla życia, nie ma to najmniejszego znaczenia. Myśli pan, że ktoś się przejął tym, że pan krytykował Axera? Nikogo to nie obchodzi. Do mnie kilka lat temu przyszła para młodych ludzi z ofertą pisania recenzji z moich przedstawień w Teatrze Narodowym. Na portalach. Pan się śmieje, ale to fakt.
Nowy rodzaj klaki?
Ja tego nie wymyśliłem. Dlaczego teraz mam wierzyć, że to, co czytam, nie jest usługą jakiejś firmy, która na tym zbija kasę? Jakbym chciał zadać sobie trud, to sam mógłbym napisać dziesięć pochwalnych recenzji i podpisać dziesięcioma nazwiskami. W tej chwili wszystko jest względne. Jedyne co nam zostaje, to praca organiczna. Na koniec życia przerzuciłem się z romantyka na pozytywizm. Tylko praca organiczna ma sens, reszta jest wampuką.
Pozwolę sobie na jeszcze jeden osobisty akcent. Po jednej z premier wyraziłem swoje wątpliwości co do trafności obsadzenia pana w jednej z ról. I co do pana był to także ten jeden jedyny raz. Kilka dni później w drodze do redakcji mijałem ekipę filmową przed szpitalem położniczym przy placu Starynkiewicza. Pan tam zmierzał na plan kolejnych odcinków nowej serii "Domu". Po wymianie ukłonów usłyszałem nagle za plecami głośne: "Proszę pana!". Stanąłem jak wryty. Pan dobiegł i uścisnął mi dłoń: "Chciałem panu podziękować za recenzję. Dała mi do myślenia. Był pan jedyny, który mnie nie zgnoił". W długoletniej pracy recenzenta nikt mi nie sprawił większej satysfakcji.
No tak. Nie wiem na czym to polega, ale jak mnie ktoś bliżej nie zna, to wyczuwam, że się mnie boi. W tym roku mija pięćdziesiąt osiem lat od mojego dyplomu. Mam za sobą prawie sześćdziesiąt lat świadomej pracy zawodowej. Jak spoglądam za tę drugą stronę lustra, to coraz częściej przypomina mi się kwestia Aktora z "Na dnie" Gorkiego: "Całe życie się przebierałem, przebierałem i po co?". I objawia mi się względność naszej obecności na tym padole ziemskim. Usiłowania, żeby nie być jedynie "zjadaczami chleba", ale też czasem aniołami, jak chciał Słowacki. Jesteśmy, jak ten jeż, przewrócony na plecy, z gołym brzuszkiem na wierzchu. Łatwo nas dotknąć. Mówienie o sobie to trudny temat, choć siłą rzeczy w wywiadach muszę to robić. Coraz częściej łapię się na tym, że publicznie zabieram głos na swój temat, a tego nie wolno robić. Trzeba być jak Greta Garbo, szczególnie w pewnym wieku, bo nie ma wielu starców zadowolonych ze swojej starości. Starzenie się to jest, jak napisałem w książce, utrata pewności siebie. Dopada nas coraz więcej wątpliwości. Starcy wykrzykują głośno swoją rację, żeby się nie wydało, że mają wątpliwości. Jak się ma świadomość zawodową, czyli instrumenty, których się używa do gry, to człowiek zaczyna patrzeć na siebie z pobłażaniem. Po co po raz kolejny i kolejny mówisz to samo.
Pisze pan: "Żyjemy w czasach, w których wszyscy się obnażamy. Zupełnie bezwstydnie. I nie mówię tu o obnażeniu fizycznym, tylko psychicznym. Mam z tym prawdziwy kłopot". Chyba nie tylko pan.
Internet doprowadził nas do tego, że informujemy, co jemy, co wydalamy, gdzie jesteśmy na wakacjach i o kolejnych podbojach miłosnych. Wszystko stało się własnością publiczną. Daje to złudne poczucie, że jesteśmy obywatelami świata. Że ktoś o nas usłyszy. Ścigamy się na ilość lików, na ilość followersów. To się obecnie przekłada na castingi. W szkole teatralnej był przedmiot: przygotowanie do castingu.
Jan Englert podczas próby przedstawienia "Bezimienne dzieło", 2013, fot. Jakub Ostałowski/Fotorzepa/Forum
Naprawdę?
Tak jest, trudno się nie roześmiać. Niedawno jedna z moich aktorek poszła na casting. Wyszedł pan, wywołał je nazwisko i powiedział: "Proszę pani, ale pani nie ma w ogóle followersów!". Faktycznie nie miała, więc jej podziękowali. Casting polega teraz nie na szukaniu umiejętności, tylko polubień. Facet, który na oczach widzów zjada kocie odchody i robi inne obrzydliwe rzeczy ma pięć milionów fanów. Jego sprawa, że to robi, niech tam. Tyle, że ludzie z dużą liczbą followersów zarabiają krocie na kontraktach z firmami, które się poprzez nich reklamują. Kłopot polega na tym, że ilość zaczyna przegrywać z jakością tego, co robimy. Nie jest ważne, czy to co robimy ma wartość, tylko czy da się to komuś opchnąć. Poziom oferty zaczyna się dostosowywać do niewykształconej większości. Do masy. Do miernoty. Wszystko zaczyna równać w dół. Kiedyś próbowaliśmy wejść na drabiny, na których górowali mistrzowie. Teraz odwrotnie, mistrzom każe się schodzić w dół, żeby stali się dostępni dla tych, co stoją pod drabiną. Nie chciałbym, żeby to było odczytane jako dyskwalifikacja kogokolwiek. Nastał taki czas. Jego niezwykłość polega na tempie tych zmian. Druk Gutenberga wchodził do użytku dwa wieki. Teraz każdy wynalazek można upowszechnić w trzy minuty. Wszystko zrobiło się szybsze, ale przez to mniej wiarygodne. Mniej prawdziwe. Nieweryfikowalne.
Co do castingów: mój znajomy, śpiewający aktor Andrzej Słabiak, wyjechał do Chicago. Opowiadał mi, że o ile w Polsce na castingi zgaszało się dwadzieścia, góra trzydzieści osób, to w Stanach spotkał ich od razu trzy tysiące.
W tej chwili i w Polsce na castingi zgłasza się sporo chętnych. Trochę znam temat, bo moja córka Helena czasem w nich uczestniczy. W tej chwili na castingi się nie chodzi. Zainteresowani dostają tekst i kręcą odpowiedni materiał. Coraz rzadziej wymagana jest fizyczna obecność aktora na castingach. Nie wiadomo nawet, czy dany materiał ktoś obejrzy, czy nie.
Jakby pan teraz był rektorem, to tak by przyjmował przyszłych aktorów do szkoły?
A pan myśli, że w pandemii egzaminy wyglądają inaczej? Kandydaci przysyłali swoje clipy i spośród nich się wybierało. Nic nowego pan nie wymyślił.
Żadna fikcja tak nie zaskakuje, jak twarda rzeczywistość. Przechodząc do pana gabinetu, na teatralnej tablicy zauważyłem ogłoszenie o dwóch pokazach "Pchły szachrajki" dla dzieci z Ukrainy. Jak w bieżącym i długofalowym myśleniu o Teatrze Narodowym mieści się tematyka ukraińska?
Mam nadzieję, że działania na rzecz Ukrainy, ujawniające szlachetniejszą stronę charakteru Polaka, będę trwały dłużej niż trzy miesiące. Ale to nie mogą być wyłącznie jednostkowe decyzje. Trzeba się zastanowić w jaki sposób wypełnić traumę wojenną tej dwuipółmilionowej rzeszy Ukraińców w Polsce. Pytano mnie, czy jakiś aktor ukraiński będzie grał u mnie w teatrze. Mam w repertuarze sztuki grane po dziesięć lat, więc nawet biorąc poprawkę na jego językową formę, nie wydaje mi się to możliwe tak z marszu. Teatr to sprawa konwencji, czyli pewnego rodzaju umowy z publicznością, więc w przyszłości będzie to pewnie inaczej wyglądało. Może nie powinienem tego mówić, ale te dwa pokazy "Pchły szachrajki" dla ukraińskich dzieci łączą się, niestety, nie tylko z graniem, ale i z koniecznością zorganizowania tej widowni. Trzeba to zgłosić w domach opieki, sprowadzić autobusy, przywieźć ich z opiekunami. Znaleźć przekład, bo nie będziemy tego grali po ukraińsku. Chodzi bardziej o gest, o demonstrację solidarności. Symbol ma znaczenie. Natomiast samo nasze działanie jest jednym z epizodów w wojnie, jaka te dzieci dotknęła. Wojna rosyjsko-ukraińska jest ewidentna. Wiemy po czyjej stronie w tej wojnie jest dobro, a po czyjej zło, gdzie jesteśmy i za czym się opowiadamy. Ale wojna polsko-polska jest trudniejsza. Wymaga wielu trafnych decyzji, a zwłaszcza konsekwencji w postępowaniu. Umiejętności odróżnienia kompromisu od konformizmu. Nie żyjemy w spokojnych czasach, ale w najtrudniejszych od trzydziestu lat. Mówiący te słowa swoje przeżył i ma zdolność pewnego rodzaju mimikry. Ale co z młodymi? To nie jest problem starców. To problem młodych, próbujących coś zbudować, kategorycznych w swoich sądach. Są bardzo asertywni. Może dobrze. Żeby im to tylko za szybko nie minęło. Jeśli będą konsekwentni w dążeniu do szlachetnych celów, to zapewne połowa z nich będzie mieszkać we własnych willach, a druga połowa ledwie ciągnąć od pierwszego do pierwszego. Skoro jednak nie zmieni im się stosunek do świata, to będzie pięknie.
Wróćmy zatem do pana młodości. Pana debiut filmowy to była rola Zefirka w "Kanale". Po latach wrócił pan do Wajdy w "Katyniu".
Raczej Wajda wrócił do mnie. To był spory przeskok: od Zefirka do generała.
Kadr z filmu "Katyń" w reżyserii Andrzeja Wajdy. Na zdjęciu: Jan Englert, fot. Fabryka Obrazu / East News
Racja, przepraszam. W pana opowieści wyczytałem o roli w "Kanale": "To nie była dla mnie zabawa, naprawdę uwierzyłem, że jestem powstańcem".
Byłem wychowany na powstaniu warszawskim. Jako roczne dziecko przeszedłem je wraz z całą rodziną. Gdy po wyjściu z Warszawy wróciliśmy z powrotem na jej gruzy, rodzina oprowadzała mnie po miejscach powstańczych wypadków. Cała formacja niedobitej przez Stalina inteligencji żyła powstaniem warszawskim. To był stały punkt odniesienia. Jako dorastającego nastolatka nachodziły mnie myśli, że zbyt późno się urodziłem, żeby walczyć za ojczyznę, a nawet zginąć. W takim wieku do śmierci nie ma się jeszcze właściwego stosunku. Wprawdzie niektórzy umierają, ale nas to nie dotyczy. Udziału w "Kanale", jak i "Kolumbach", a jeszcze później w "Katyniu" nie traktuję jako ról. To raczej dar od losu. Dostałem szansę wejścia w tamte okoliczności. W wyobraźni umiejscawiałem się tam w taki sposób, jakbym w tym realnie uczestniczył. Przy "Kolumbach" nikt na planie nie traktował swoich postaci jako ról. Nawet dla obsługi technicznej fakt kręcenia pierwszego serialu o powstaniu warszawskim i o Armii Krajowej był nie lada przeżyciem. W książce ujawniam, że kiedyś konfabulowałem swój życiorys, opowiadając że matka niosła mnie, rocznego chłopca kanałami, co nie było zgodne z prawdą. Żyła we mnie martyrologia powstańcza i ja w niej bezkarnie wziąłem udział. Po premierze "Katynia" dziennikarze pytali mnie, jak oceniam film i swoją rolę. Odpowiadałem, że dla mnie nie była to rola lecz powinność. Tak jak Andrzej Wajda traktował ten film, jako powinność wobec swojego ojca, ja potraktowałem zagranie generała. Uważam, że patriotyzm to właśnie suma powinności. Na dodatek nie da się go ująć w żadne ramy, przepisy czy regulaminy. Te trzy filmy to był dla mnie bonus od losu. Możliwość wejścia w wyobraźnię o rzeczywistości, w której powinienem być. Zagrałem tam siebie.
A czy nie jest tak, że aktorstwo też powinno być powinnością?
Wszystko zależy od tego czy jesteśmy kapłanami czy błaznami. A jesteśmy i tacy, i tacy. Powinność bycia błaznem? Nie. Kapłanem? Mamy wybór między dwiema granicami, w których się poruszamy. Codziennie jednak jesteśmy na granicy śmieszności. Jest w tym coś z kapłaństwa i błazeństwa. Mam poczucie, że coś ważnego się tworzy, ale jestem o krok od katastrofy i kompromitacji. Uważam, że aktorstwo to jest rzemiosło. To jest umiejętność. Kiedy słyszę, że aktorstwo to misja, rodzi się we mnie opór, obawa że to wampuka. Wracam do pracy organicznej: rzemiosło, umiejętność i empatia. To są powinności aktora. Empatia przede wszystkim.
Zdarzyło się jednak, że tej powinności w Teatrze Narodowym zabrakło. Była w zespole aktorka, Grażyna Szapołowska, która nie stawiła się na przedstawienie, bo wybrała udział w innym, bardziej "prestiżowym" przedsięwzięciu telewizyjnym.
Nie wracajmy do tego. Dlaczego? Bo mam tutaj coraz więcej takich wypadków. Wtedy wygrałem proces. Dziś bym być może przegrał. Dlatego, że zaimek "ja" wygrywa lekko z zaimkiem "my". Nie ma "my". "Mnie" się należy. Dla "mnie" to jest ważne. To jest w tej chwili jeden z bezwstydów. Zawsze myślało się o sobie, ale był też wstyd, że to egoizm. Teraz to jest norma. Przychodzi do mnie aktor i mówi, że w przyszłym tygodniu ma inne plany, ale on już z kolegą uzgodnił zastępstwo. On. Bez reżysera, bez mojej wiedzy, on zrobił zastępstwo. W szkole teatralnej często nie mogę zebrać studentów, bo oni już gdzieś grają. Grzecznie mnie informują, że nie będzie ich na zajęciach. A to jest zawód zespołowy. Jak są zajęcia z prozy czy wiersza, to pół biedy, że go nie będzie. Ale nie może go nie zabraknąć na próbie generalnej! To jest, oczywiście, syndrom Warszawy. W mniejszych ośrodkach praca organiczna jest możliwa, bo nie ma tylu pokus zgniłego medialnego rynku, gdzie można się sprzedać nieomal w sekundę. Policzyłem sobie, że od stycznia do czerwca 2021 roku miałem 368 próśb o zwolnienia do filmów, seriali, tych czy innych imprez.
Przez pół roku 368 próśb? To więcej niż dwie dziennie. Gdyby je wszystkie uwzględnić, mógłby pan zamknąć teatr.
Myślę, że teatr repertuarowy dogorywa. Teatry utrzymywane przez samorządy być może się utrzymają. Będzie ich może kilka. Ale duże teatry, te dotowane przez państwo, zmienią się w sale teatralne. Będzie się w nich grało przedstawienia – tak, jak zresztą jest to praktykowane w świecie –przez dwa, trzy tygodnie lub miesiąc. Potem do widzenia. Następne proszę. Tymczasem ja mam w repertuarze 27 tytułów. I główkuję, jak je ułożyć, żeby szły cały czas. "Tartuffe" grany jest w tej samej obsadzie, z wyjątkiem jednej aktorki, od 2006 roku.
Szesnaście lat? Chapeau bas.
To że udaje się robić ten teatr pomimo wszystkich burz, nawałnic, sztormów, a widzowie nadal przychodzą, trzyma nas przy życiu. Bierze się to z naszego podejścia do pracy organicznej. Wielkich katastrof też nie ma, co napawa nas optymizmem. Może nie dostaje wydarzeń, które poruszałyby opinię publiczną. Skoro jednak kryteria ocen estetycznych i etycznych mamy całkowicie rozchwiane, to jedynym punktem odniesienia jest właśnie to, na co stawiamy: umiejętność, rzemiosło.