Słuchaj, musisz mieć nazwisko. Dlatego nazwiemy cię Pekosiński. To nazwisko zwróci na ciebie uwagę, może dzięki niemu znajdziesz rodziców, a przynajmniej matkę. W twoim interesie leży, aby ojciec nazywał się Pekosiński, a matka też Pekosińska. A czy ty wiesz, dlaczego nazwaliśmy cię Pekosiński? Bo skoro Pekos się tobą opiekuje – a to jest skrót Polskiego Komitetu Opieki Społecznej – to od Pekos, nadaliśmy ci nazwisko: Pekosiński".
Oto jeden z najbardziej niezwykłych filmów w historii polskiego kina i z pewnością najbardziej oryginalna próba adaptacji reportażu literackiego na język kina. Jej autorem jest Grzegorz Królikiewicz, outsider i eksperymentator rodzimej X muzy, który nigdy nie mieścił się w żadnym z nurtów, a filmowe mody ostentacyjnie lekceważył. W "Przypadku Pekosińskiego" wziął na filmowy warsztat reportaż Romualda Karasia z 1977 roku zatytułowany "Nazywam się Pekosiński", opowieść o człowieku bez nazwiska i przeszłości. Pekosiński urodził się w Zamościu, ale nigdy nie poznał swojej rodziny. Wiadomo jedynie, że matka przerzuciła go przez druty niemieckiego obozu w Zwierzyńcu. Znaleziony i uratowany Bronek przechodził przez różne instytucje wychowawcze (zarówno komunistyczne, jak i kościelne, co jest ważnym elementem filmu), został miejscowym mistrzem szachowym, a następnie stoczył się na dno alkoholizmu i przeżył udar, który uczynił go osobą niepełnosprawną.
Fascynująca historia opisana przez Karasia mogłaby być punktem wyjścia dla klasycznej biografii, w której tle rozgrywa się tzw. Wielka Historia. Ale Królikiewicza nie interesowały najprostsze rozwiązania. Stworzył więc film-psychodramę. W "Przypadku…" stary, schorowany Pekosiński wciela się w samego siebie i przeprowadza nas przez kolejne rozdziały swojego życia. Jest świadkiem swych dziecięcych traum, biernym obserwatorem sytuacji, które uczyniły go tym, kim się stał. Jego opowieść staje się metaforą człowieczego losu, niepotrzebnego, ale i niepowtarzalnego, tragicznie naznaczonego, ale jednocześnie pełnego tęsknoty i walki.
"To więcej niż film, to wyczyn. Emanuje z niego energia, która nie pójdzie na marne" – pisał o nim Tadeusz Sobolewski, a potwierdzały to nagrody, które zgarnął film Królikiewicza – gdyńskie Złote Lwy i Nagroda Specjalna festiwalu w Karlovych Warach.
"Gottland" (2014) – Szczygieł opowiada Czechom Czechy