Reporter, czyli każdy akapit to zaskoczenie
Uważa, że człowiek zawsze będzie potrzebował i poszukiwał kontaktu z drugim człowiekiem. Dlatego reportaż nie zginie. Telewizja, owszem, stanowi konkurencję, ale tylko dla tekstów podróżniczych (chyba że pisze je autor klasy Ryszarda Kapuścińskiego). Reportaże historyczne czy psychologiczne zawsze się obronią.
Nad tekstem pracuje długo. Idealny układ wygląda tak: miesiąc na zebranie materiałów, miesiąc na zastanowienie się, miesiąc na pisanie. Ale sytuacja jest przeważnie o wiele mniej komfortowa – reporter dostaje zaledwie trzy dni. Jak twierdzi, przez tak krótki czas można wypiec bochenek przyzwoitego chleba, ale nie cukiernicze delicje.
Mariusz Szczygieł uważa, że reporterem może być jeden dziennikarz na stu. Opisuje wzorcowe kompetencje:
– Trudno jest pisać pięknie, nie podkoloryzować, nie zmyślać, ale używać literackiej formy. Trzeba mieć zdolność zapamiętywania szczegółów. Zdolność ich kojarzenia, a czasami umiejętność odległych skojarzeń, żeby reportaż miał chociaż troszeczkę artystyczny, ponadczasowy charakter.
Jest uczniem Hanny Krall, która powtarza, że pisanie polega na usunięciu wszystkiego, co zbędne i nadaniu niezbędnemu należytego rytmu.
Autorka Zdążyć przed Panem Bogiem poprawiała mu z początku każde zdanie. Dziś on postępuje podobnie z tekstami adeptów sztuki reportażu. Twierdzi, że na początku dobrze jest reportaż zmasakrować. Gdy młody dziennikarz skarży się, że w ten sposób nie może rozwinąć osobowości, Szczygieł odpowiada, iż najpierw trzeba opanować podstawy, dostosować się do prawideł. Na rozwijanie osobowości przyjdzie czas później.
Uważa, że w reportażu każdy akapit powinien zaskoczyć. Każdy rozdział musi zamykać pointa. Jak doradza:
Nie można wszystkiego zdradzać na początku. Lubię sączyć, rzucać urywkami, żeby przyciągnąć czytelnika.
Uważa, że młodzi autorzy zbierają za mało informacji, a później piszą wszystko, co wiedzą. To podstawowy błąd. Mariusz Szczygieł z przygotowanego materiału wykorzystuje zaledwie 20 procent. Poza tym startujący dopiero reporterzy używają słownictwa rodem z prasy kobiecej. Piszą więc „latorośle” zamiast „dzieci”, piszą nie „umarł”, a „zgasł”. Reporter tak opisuje adekwatny styl:
Banalne, oklepane sformułowania sprawiają, że czytelnicy (...) są w swoim świecie, nic ich nie przerasta. W dobrym reportażu autor musi iść krok przed czytelnikiem, który nie może mieć tego poczucia bezpieczeństwa.
Mariusz Szczygieł, fot. Krzysztof Kuczyk / Forum
Podstawowy obowiązek: zrozumieć
Zdania powinny uwodzić czytelnika. Zwłaszcza pierwsze, otwierające tekst, jest istotne. Jeżeli się uda, pociągnie za sobą resztę. Tak twierdził Ryszard Kapuściński i Szczygieł opanował tę sztukę do perfekcji. Jego świetny reportaż o czeskiej aktorce Lidii Baarovej, która została kochanką ministra propagandy III Rzeszy Josepha Goebbelsa, rozpoczyna się od wyznania: „Byłam tylko kobietą”.
Należy też wiedzieć, do jakiego zdania się zmierza – to szkoła Hanny Krall. Wspomniany tekst zamyka opis uroczystości pogrzebowych, podczas których wielbiciele talentu aktorki wymyślali dla niej usprawiedliwienia: „Chyba nikt nie powiedział, że ci, którzy doprowadzili ją do upadku, byli tylko mężczyznami”.
Krótki tekst Jak pan sobie radzi z Niemcami? – historia o rozmowie Mileny Jesenskiej, znakomitej reporterki i muzy Franza Kafki, z czeskim chłopem, który niespecjalnie przejmuje się zagrożeniem ze strony III Rzeszy, zmierza do zwięzłego dialogu o strachu i śmierci. „A niczego się pan nie boi?” – pyta Jesenská i w odpowiedzi słyszy:
A czego miałbym się bać? – szczerze się zastanawia i nagle ripostuje: – A poza tym, proszę pani, człowiek może umrzeć tylko raz. A jak umrze trochę wcześniej, to tylko troszkę dłużej jest umarły.
Według Kapuścińskiego i Krall podstawowym obowiązkiem reportera jest zrozumieć, a nie oceniać. Szczygieł o tym pamięta i dlatego tak silne wrażenie robi jego reportaż Kochaneczek o czeskim pisarzu i scenarzyście Janie Prochazce, bohaterze praskiej wiosny 1968 i ofierze prowokacji tajnych służb.
Od Hanny Krall i Małgorzaty Szejnert usłyszał, że powinien myśleć nie tylko o tym, jak pisze, ale także, co zamierza przekazać czytelnikowi. Bo z taką świadomością inaczej gromadzi się materiał.
Jego zdaniem, nie ma czegoś takiego jak obiektywny reportaż. Wszystko jest przetworzone przez pamięć bohatera i autora.
Strategia rowerzysty
Jego debiutancka książka, Niedziela, która zdarzyła się w środę (Wydawnictwo Emka, Warszawa 1996), to zbiór reportaży, które zamieszczał w „Gazecie Wyborczej”. Pisze w nich – nieraz z humorem – o czasie transformacji i ludziach próbujących się odnaleźć w nowym świecie, w nowych realiach. Na łamach „Życia” Paweł Śpiewak ocenił, że bohaterowie Mariusza Szczygła są niczym marionetki, o których losach decydują niezrozumiałe wypadki: demokracja, rynek, prywatyzacja, popyt i podaż. Z kolei Paweł Dunin-Wąsowicz dodał w „Machinie”:
Szczygieł jest niczym „inteligentny magnetofon”, pisze oszczędnie, usuwając w cień osobę narratora. (...) Słucha wszystkich, jeżeli kogoś zawstydza, to tylko czytelnika, bo każe myśleć i mieć oczy szerzej otwarte.
Przyznaje, że gdy pisał o Polsce, uprawiał rodzaj reportażu lekko satyryzującego. Gdy po latach skończył pracę w telewizji, gdzie prowadził program Na każdy temat, postanowił poszukać kraju, o którym mógłby pisać na poważnie. Wybór padł na Czechy. Dlaczego? W odpowiedzi wymienia kilka dat:
1911 – w Pradze powstaje pierwszy na świecie dom kubistyczny. Zaprojektowany przez czeskiego architekta. 1918 – pierwszym prezydentem wolnej Czechosłowacji zostaje filozof. 1919 – wpada on na pomysł, że młode państwo musi mieć u siebie wielką sztukę i każe kupić w Paryżu impresjonistów do oglądania dla obywateli. 1920 – czeski malarz wymyśla najnowocześniejsze słowo pierwszej połowy XX wieku, a jego brat propaguje je w swojej sztuce, wystawianej na całym globie. To słowo brzmi: „robot”. 1929 – po raz pierwszy na świecie w filmie pojawia się naga kobieta. Gdzie? U czeskiego reżysera!
Mariusz Szczygieł przekonuje, że to zachwycająca kultura, którą Polacy przeważnie lekceważyli. Ale jest też inny powód zainteresowania tym krajem. Razem ze swoim psychoterapeutą reporter odkrył, że pisząc o Czechach – takich „kafkowsko-orwellowskich typach” – w istocie pisze o sobie. Jak wyjaśnia, jako jedynak od dzieciństwa był pozbawiony rywalizacji. Dlatego dziś najchętniej unika konfrontacji, przeciwnika stara się zwieść, okpić. A tacy są właśnie Czesi. Ich strategia na przetrwanie w niczym nie przypomina polskiej. Podobno Hitler przyrównał ich kiedyś do rowerzysty, który ma pochyloną głowę, ale pedałuje naprzód. Szczygieł zastanowił się nad tym i doszedł do wniosku, że jest krypto-Czechem.
O książce Gottland (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2006) Adam Michnik napisał:
Mądra, ciekawa i potrzebna książka. Poprzez opowieść o losach ludzkich, Szczygieł opowiada skomplikowane dzieje naszych południowych sąsiadów. Zafascynowany niepowtarzalną czeską kulturą i obyczajowością, zmysłem ironii, humorem i sarkazmem, przypomina czeskie spotkania z „historią spuszczoną z łańcucha”. Czytamy te opowieści przez pryzmat własnych losów, co czyni lekturę jeszcze bardziej zajmującą. Losy mieliśmy podobne, a jak bardzo odmienne.
Gottland został do dziś przełożony na dziesięć języków. Recenzent „Le Figaro” napisał o niej: „To nie jest książka, to klejnot”.
Gdzie jest miejsce na namiot
W 2009 roku ukazała się antologia 20 lat nowej Polski w reportażach według Mariusza Szczygła. Dziennikarze opisali historię proboszcza homoseksualisty-nosiciela wirusa HIV (Wściekły pies Wojciecha Tochmana), plutonu ZOMO, który strzelał do strajkujących w kopalniach „Manifest Lipcowy” i „Wujek” (Pluton Jacka Hugo-Badera), czy szkołę ojca Rydzyka (Byłem uczniem ojca dyrektora Wojciecha Bojanowskiego).
Rok później wydał Kaprysik – zbiór sześciu reportaży, których bohaterkami są kobiety (teksty ukazały się najpierw w „Wysokich Obcasach”). Skąd ten pomysł?
Kobiety mają więcej do powiedzenia niż mężczyźni. Uważam, że ludzkość nie robi z tego zjawiska wystarczająco dobrego użytku.
Największą prawdę o naturze człowieka usłyszał właśnie od kobiety – swojej przyjaciółki, aktorki Zofii Czerwińskiej:
Nikt lepiej nie opisał ludzkiego nienasycenia, niespełnienia i naszej zachłanności, niż Zosia w jednym zdaniu. Brzmi ono: „Najlepsze miejsce na namiot jest zawsze trochę dalej”.
Jednym z najciekawszych tekstów jest Reality, opowieść o Janinie Turek z Krakowa. W zeszytach (zebrała ich ponad 700) odnotowywała każde wydarzenie ze swego życia. Co jadła na obiad, jaki program widziała w telewizji, ile dała na tacę. Ten reportaż – w tłumaczeniu Margot Carlier – omawia się na zajęciach w niektórych szkołach dziennikarstwa we Francji.
Również w 2010 Szczygieł wydał Zrób sobie raj (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec. 2010), kolejną opowieść o Czechach. O ile w Gottlandzie wiele uwagi poświęcił historii, teraz skoncentrował się na współczesności. Opowiada o swych fascynacjach, pisze „wielką notatkę z lektur i ze spotkań z ludźmi”.
W 2012 roku ukazał się zbiór felietonów Láska nebeská, w którym Szczygieł po raz kolejny opisuje swoich ulubionych Czechów, jak mówi – „wymyślonych przez Boga po to, by poprawić Polakom nastrój”. Felietony traktują przede wszystkim o literaturze naszych południowych sąsiadów, a uzupełniają je sylwetki wybitnych Czechów jak undergroundowa legenda, Ivan Martin Jirous, czy fikcyjny wynalazca Jára Cimrman, zwany niekiedy „Leonardo da Vincim znad Wełtawy”.
Był redaktorem dwóch tomów Antologii polskiego reportażu, prawdziwej „Biblii” dla wielbicieli tego gatunku, których wydanie było jednym z najważniejszych wydarzeń literackich 2014 roku.