Nie oznacza to, że interesujący bohater i reżyser z uwagą podążający jego śladem znajdują się dziś na wyginięciu. O tym, że ten zagrożony gatunek wciąż trwa, przekonywała w tym roku Mara Tamkovich, pochodząca z Białorusi reżyserka od lat pracująca w Polsce, która w debiutanckim "Pod szarym niebem" opowiedziała historię inspirowaną życiem Katsiaryny Andryevej, dziennikarki walczącej z reżimem Łukaszenki i skazanej za swoją działalność na kilka lat kolonii karnej. W "Pod szarym niebem" kamera Tamkovich podąża za mężem bohaterki, wrażliwym intelektualistą wciąż zakochanym w swojej żonie. Opowiadając jego historię, reżyserka z każdą minutą ucieka od publicystycznej dosłowności. Owszem, w jej filmie wybrzmiewają pytania o sens straceńczej walki z reżimem, o istotę wolności i dziennikarskiego powołania, ale wszystkie one ustępują miejsca wzruszającej opowieści o miłości dwojga ludzi, miłości zbyt silnej, by o niej zapomnieć nawet wtedy, gdy prowadzi do ran i bólu. Bo Marę Tamkovich interesują ludzie, a młoda reżyserka doskonale rozumie, że czasem jedno spojrzenie w kamerę potrafi powiedzieć więcej niż najdłuższe filmowe monologi.
Film Tamkovich przywracał w Gdyni wiarę w kino skupione na postaci i podążające za jej emocjami. Nie był zresztą jedynym obrazem, którego autorzy wielkie tematy próbowali zamknąć w skromnej filmowej formie. Szlachetną, choć nie do końca udaną próbę podjął też inny debiutant – Korek Bojanowski, który w "Utracie równowagi" mierzył się z tematem przemocy psychicznej w szkołach artystycznych. I choć jego film raz po raz ocierał się o pretensjonalność i kicz, czuć w nim było autentyczny żar młodych twórców rozliczających się z własnymi traumami i próbujących walczyć o naprawę choćby małego wycinka otaczającego nas świata.
Publicystycznego banału udało się też uniknąć filmowi, który okazał się jednym z największych zwycięzców tegorocznego festiwalu – "Białej odwadze" Marcina Koszałki, który opowiedział o współpracy polskich górali z nazistami w czasie II wojny światowej, ale przefiltrował swoją opowieść tak, że dużo ciekawsze w niej okazywały się losy bohaterów połączonych tragiczną miłością niż historyczne dysputy i stawianie zbiorowych aktów oskarżenia.
Czekając na "Bogów"