Skąd wziął się ten zwrot? Odpowiedź wydaje się całkiem prosta – wszystko dzięki "Bogom" Łukasza Palkowskiego. Opowieść o Zbigniewie Relidze napisana przez Krzysztofa Raka była dowodem na to, że biografia nie musi być tworzona na kolanach, że jej bohater może być nie pomnikiem, ale żywym człowiekiem ze swoimi wadami, upadkami i słabością. I że publiczność czeka właśnie na takich bohaterów. W 2014 roku "Bogowie" nie tylko zwyciężyli Festiwal Filmowy w Gdyni, zgarniając aż pięć nagród, ale też przyciągnęli do kin ponad dwa miliony widzów.
Ciekawa biografia to nie tylko scenariuszowy samograj, ale też produkt, który łatwo jest sprzedać w mediach. Wystarczy spojrzeć na wyniki frekwencji innych filmów biograficznych z ostatnich lat, by dostrzec, że opowieści o życiu znanych ludzi po prostu dobrze się sprzedają. Wprawdzie wynik "Bogów" dla większości filmów pozostaje nieosiągalny, niemniej wśród filmowych biografii co najmniej kilka przekroczyło magiczną barierę miliona widzów – w 2012 "Jesteś Bogiem" Leszka Dawida, "biografia" rapowej Paktofoniki przyciągnęła do kina prawie 1,5 miliona widzów, na "Jacka Stronga" Władysława Pasikowskiego w 2014 roku wybrało się 1,2 miliona kinomanów, a "Wałęsa. Człowiek z nadziei" Andrzeja Wajdy osiągnął wynik niemal miliona widzów.
Ale dobrze skrojona biografia to nie tylko szansa na frekwencyjny sukces i milionowe przychody z biletów. Na bazie interesującej biografii można bowiem stworzyć własną, bardzo autorską wypowiedź.
Przykładem takiego kina jest choćby "Ostatnia rodzina" Jana P. Matuszyńskiego. Mimo że sprzedawana była jako opowieść o życiu Zdzisława i Tomka Beksińskich, jest ona czymś więcej niż tylko zbiorem obrazków z życia obu bohaterów. Matuszyńskiego bardziej od malarstwa Beksińskiego seniora czy muzycznej pasji jego syna interesuje ich relacja, trudna, bolesna, wymagająca i rozczarowująca dla obu. Bardziej interesuje go opowieść o oswajaniu śmierci i tragizmie życia niż o spektakularnych triumfach malarza, jego inspiracjach czy przebytej drodze.

Zdjęcie z planu do filmu "Mój Nikifor" Krzysztofa Krauzego. Na zdjęciu: Krystyna Feldman jako Nikifor Krynicki, fot. Maciej Racławski / Digital / East News
To niejedyny przypadek, kiedy biografia znanego artysty przeradza się w opowieść, która mówi równie dużo o reżyserze i scenarzyście filmu, co o samym jego bohaterze. Dość wspomnieć o "Papuszy" Krzysztofa Krauzego oraz Joanny Kos-Krauze , biografii pierwszej romskiej poetki Bronisławy Wajs. Na pozór film Krauzów to klasyczna opowieść o życiu i twórczości – zaczynająca się we wczesnym dzieciństwie Papuszy i przeprowadzająca widza przez kolejne etapy jej życia. Ale przecież "Papusza" Krauzów jest w gruncie rzeczy opowieścią o potrzebie wolności i o świecie, który zniknął na zawsze. W tej pięknej, czarno-białej opowieści rozbrzmiewały te same pytania co we wcześniejszym "Moim Nikiforze" tego samego reżyserskiego duetu. Nie tylko dlatego, że Nikifor i Papusza są postaciami do siebie podobnymi, ale też dlatego, że ich historie przefiltrowane zostały przez wrażliwość Krzysztofa i Joanny Krauzów.
I choć filmy pokroju "Bogów", "Papuszy" czy "Ostatniej rodziny" udowadniają, że biografia może być filmem głęboko autorskim, wciąż nie brak produkcji zrealizowanych po to, by spieniężyć popularność znanych bohaterów.
Najbardziej dotkliwym przykładem tej strategii była seria filmów wyprodukowanych przed kilkoma laty przez telewizję TVN, a poświęconych historiom, którymi żyły polskie media i ich odbiorcy. W krótkim czasie powstały biograficzne filmy o Przemysławie Salecie ("Bokser"), Janie Meli ("Mój biegun") i siatkarce Agacie Mróz ("Nad życie"). Pastelowe, grzeczne, sentymentalne miały opowiadać widzom historię, którą już znali, a przy okazji zarabiać pieniądze. I choć artystyczna jakoś pozostawiała wiele do życzenia, producenci osiągnęli swój cel "Nad życie" przyciągnęło do kin prawie 370 tysięcy widzów (6 wynik wśród polskich filmów w 2012 roku), a "Mój biegun" – 385 tysięcy (7 miejsce w 2013 roku).

"Historia Roja" w reżyserii Jerzego Zalewskiego, fot. materiały promocyjne Kino Świat
I choć cynizm z pewnością nie jest dobrym doradcą dla scenarzystów, równie niedobrym okazuje się ideologiczne i uczuciowe zaangażowanie w historię bohatera, o którym chce się opowiadać. Widać to po filmach "Historia Roja" Jerzego Zalewskiego czy "Karolinie" Dariusza Reguckiego. Choć obu twórców z pewnością zaangażowało całe swoje serce w realizowane projekty, to ich filmom zabrakło profesjonalnego dystansu, który pozwoliłby na dostrzeżenie fabularnych mielizn i warsztatowych niedoróbek. W efekcie – zamiast filmowych pomników, powstały nieco karykaturalne obrazy czyniące swoim bohaterom więcej krzywdy niż pożytku.

Kadr z filmu "Karski i władcy ludzkości" Sławomira Grünberga, fot. materiały promocyjne.
Moda na biografie szybko się nie skończy. Zwłaszcza, że dotyczy nie tylko filmów fabularnych, ale także rynku książkowego (literatura non-fiction stanowi jego coraz większy kawałek), a także dokumentu. Tylko w ostatnich latach doczekaliśmy się kilku biograficznych dokumentów, które miały swoje kinowe premiery. "Apartament" o Janie Pawle II, "Karski i władcy ludzkości" o Janie Karskim, "Sen o Warszawie" o Czesławie Niemenie, czy "Pilecki" o bohaterskim rotmistrzu osiągały wyniki frekwencyjne lepsze od wielu całkiem spektakularnych produkcji fabularnych.
Wyniki oglądalności pokazują, że publiczność polubiła opowieści o ludziach, których zna z kart podręczników lub gazetowych szpalt. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że ilość przerodzi się także w jakość, a wśród biograficznych premier najbliższych miesięcy więcej będzie obrazów w rodzaju "Bogów", "Sztuki kochania" czy "Ostatniej rodziny" niż koturnowych, hagiograficznych laurek pozbawionych życia.