W opowieści o życiu i karierze Jerzego Kuleja Xawery Żuławski i jego współscenarzysta Rafał Lipski od początku skupiają się na pokazaniu tytułowych dwóch stron medalu, tak że losy genialnego boksera poznajemy zarówno z punktu widzenia samego sportowca, jak i jego żony. To właśnie miłosna historia napędza film Żuławskiego i sprawia, że angażujemy się w jego fabułę. Problem "Kuleja…" polega na tym, że autorzy scenariusza podążają za kolejnymi barwnymi anegdotami z życia sportowca, zamiast skupić się na pogłębieniu – działającego przecież – wątku głównego. Historia małżeństwa Kulejów ugina się więc pod naporem pobocznych wątków, a sceny mnożą się bez końca, sprawiając, że film trwa ostatecznie niemal dwie i pół godziny. Żuławski znajduje tu miejsce dla opowieści o marcu 1968 roku i antysemickiej nagonce czasów Gomułki, o nielegalnych bukmacherach ustawiających pojedynki bokserskie, o Kuleju, który nazbyt często zagląda do kieliszka, i Helenie, której wierność testuje znajomość z szarmanckim milicjantem (Tomasz Kot). Gdy twórcy dorzucają do tego wątek holocaustowy, staje się jasne, że w tym filmowym barszczu autorzy próbują zmieścić zbyt wiele składników.
Wszystko to sprawia, że "Kulej…" jest filmem niespójnym – także stylistycznie. Sportowy dramat i miłosna opowieść raz po raz muszą walczyć o lepsze z filmową farsą, filmem tanecznym (długie i niepotrzebne sekwencje tańca) i slapstickową komedią, a sceny kręcone w mieszkaniu bohatera granego przez Tomasza Kota jako żywo przywołują skojarzenia z obrazami antagonistów Jamesa Bonda.