Autor przekonywał, że ludźmi duchowymi umieli być „pierwszorzędni” romantycy, przede wszystkim Krasiński i Miłosz, razem składający się na model siłą rzeczy mityczny. Dodawszy Norwida, Brzozowskiego czy Gombrowicza, okazywało się, że najważniejszym wspólnym mianownikiem była tu wierność sobie. Czy też wierność własnym wartościom, jakby tego chciał Król, lekceważący psychologiczne uwikłania. Kto wyznaje w każdym razie wartości realistyczne, wynikało dalej z jego wywodu, takie więc, co mają ciężar i odbijają się w życiu, które raz za razem wplątuje jednostkę w sytuacje ustawiające owe wartości we wzajemnej sprzeczności, a i tak będzie próbował ich bronić – temu nie będzie po drodze z żadną jednostronną doktryną, wejdzie w konflikt z otaczającymi go ludźmi, usłyszy publiczną krytykę, może zostanie sam. Wszyscy z wymienionych mieli takie doświadczenia i wszyscy jakoś przez nie przeszli.
Patrząc na Podróż z zewnątrz widzimy konstrukcję oryginalną i spójną, choć lekka ręka wykonała tu niejedno erudycyjne koło. Nie da się ocenić jej uczciwie, jeśli nie zestawimy jej z pracami wspomnianych historyczek literatury, a także ogólniejszymi pozycjami z epoki. Choćby Etos lewicy Andrzeja Mencwela, namawiający do alternatywnego światopoglądu, pomijający więc sferę sacrum, prezentował zaskakująco bliźniaczy wniosek antropologiczny (na temat heroicznie sprawczego indywiduum), nie mówiąc o podobnie kolistej erudycji.
W tle
Warto pamiętać, że kontrpropozycja rzucona środowisku naukowemu przez Króla nie wychodziła naprzeciw wiedzy potocznej. Wręcz przeciwnie – w kulturze popularnej romantyczność była i jest związaną z emocją. Rozstrzygnięcie, na ile w takim razie przesłanie książki mogło być „realistyczne’’ i na ile mieściło się w przepastnym pojęciu „romantyzmu’’, pozostawia się czytelnikowi. Warto jednak wskazać to, co kształtowało światopogląd autora, a obiektywne być nie mogło. W tle Podróży znajdowały się osobiste wybory, dobrze widoczne choćby w zakończeniu książki:
Romantyk w Polsce. Cóż bardziej naturalnego i bardziej zbanalizowanego! W tym nizinnym, zimnym kraju, od Mickiewicza i Mochnackiego, przez Słowackiego, Krasińskiego i Norwida, po Brzozowskiego, Gombrowicza i Miłosza nawiązuje się sieć duchowych porozumień ponad piaskami dróg, zmarzniętymi skibami pól, ponad budami, klitkami krytymi papą-eternitem, ponad gospodarczym zacofaniem, cywilizacyjną anachronicznością i edukacyjną monotonią.
W Podróży nie znajdziemy zachwytów nad magią przyrody, tak częstych w XIX-wiecznej literaturze romantycznej. Autor powoływał się prędzej na fragment listu ulubionego wieszcza, Zygmunta Krasińskiego, który narzekał, że w Polsce „owidnokrężniło [go] błoto i woda”. Jeśli mówić o realizmie, to może szukać go we wrażliwości na krajobraz? Nie było przypadkiem, że Król świetnie odnajdywał się na mazowiecko-podlaskiej wsi. W okolicy Starych Lipek, a później Drelowa, uświadczył cywilizacyjnego zacofania i scenerii kojarzącej się z realistyczną surowością: poblakłej, nizinnej i „zwyczajnej”, przypominającej niektóre obrazy ulubionego malarza, Jacka Malczewskiego. Zofia Król, nomen omen autorka Drogi przez łąkę. Sześć szkiców o przestrzeni (2025), wspominała, że ojca rozczulała „polska łąkowa płaskość”. Stąd bardzo daleko do przyrody bujnej, dzikiej i nieokiełznanej (jak emocje?), którą romantycy skojarzyli Polakom z Kresami.