Podobno miał stryja, który świetnie rysował. Urodzony w 1932 roku chłopiec nie miał jednak okazji go poznać, więc instynktownie maluje to, co obserwuje na ulicy. Zimą po warszawskiej Pradze przemieszcza się na sankach przyczepionych do tramwaju. Gdy się ociepla, gra w piłkę. Do kina chodzi na "Królewnę Śnieżkę" albo kowbojszczyznę. Z lektur dzieciństwa pamięta "Potop". Na prześcieradle maluje akwarelami "Bitwę pod Grunwaldem". Rozbity samolot w parku Skaryszewskim jest dla kilkuletniego chłopca widowiskiem plastycznym. Wczesne rysunki ukazujące dramat wojny nazywa "ukochanymi gałgankami", które przypominają mu dziecięce marzenia o wykonywanym później zawodzie.
Zanim dostaje profesjonalne zlecenia, handluje na bazarze Różyckiego makatkami własnoręcznie malowanymi w bociany tudzież jelenie na rykowisku. Na święta państwowe ozdabia witryny sklepowe liternictwem, którego uczy się w technikum poligraficznym. Umiejętności te wykorzystuje w późniejszych ilustracjach książek, takich jak "Zaczarowany krawiec" Hanny Januszewskiej, "Komuna Paryska" Władysława Broniewskiego, "Przygody Sindbada Żeglarza" Bolesława Leśmiana, "Ubu Król" Alfreda Jarry’ego. O tej pierwszej, zrealizowanej w 1967 roku, opowiada po latach Januszowi Górskiemu:
Dziś bałbym się ją tak zrobić, ponieważ w osiemdziesięciu procentach tekst pisałem ręcznie. Jak średniowiecze, to litera średniowieczna, jak epoka Zygmunta Starego, to taka ładna antykwa i tak dalej. W to wszystko był wpleciony kostium. Książka była szalenie odważna. Robiłem ją na różnych papierach. Wie Pan, czym? To aż wstyd powiedzieć. To była gruszka! Taka gumowa, chyba do zakraplania oczu. Naciągnąłem ją tuszem i robiłem tak dużo rysunków, aż wyszło.