Filmy Wajdy czy Hoffmana są jednymi z nielicznych przykładów reżyserskich wersji polskich produkcji, które trafiły do szerokiej dystrybucji i zyskały życie dzięki popularnym wydaniom DVD lub Blu-Ray. Bo choć w rodzimym kinie zdarzały się przypadki filmów funkcjonujących w różnych wersjach montażowych, zwykle dostęp do nich jest tak bardzo ograniczony, że są to raczej kinofilskie legendy dla filmowych zapaleńców, a nie powszechnie oglądane i porównywane dzieła.
Wyjątkami są filmowe klasyki, które przed laty zostały zniszczone przez polityczną cenzurę. Mowa głównie o dwóch obrazach, które przeszły do historii rodzimego kina: "Przypadku" Krzysztofa Kieślowskiego z 1981 roku oraz "Na srebrnym globie" Andrzeja Żuławskiego, realizowane w latach 1976-1977, a pokazane publiczności dopiero dekadę później.
Zacznijmy od "Przypadku". Zaprezentowany po raz pierwszy w 1987 roku, okaleczony dziewięcioma ingerencjami cenzury, był wówczas filmem "po przejściach". Gdy w 1981 roku Kieślowski pokazał go Hannie Kral i Agnieszce Holland, obie zgłosiły reżyserowi szereg zastrzeżeń, a film ich zdaniem nie miał wystarczająco precyzyjnej narracji, która uniosłaby historię (w trzech wariantach) Witka Długosza granego przez Bogusława Lindę. Jeszcze przed ogłoszeniem stanu wojennego Kieślowski dokręcił więc kilka scen i przemontował film tak, że krytyczna wcześniej Holland była pod wrażeniem jego pracy.
Kolejny raz film "przemontowano" wiele lat później, w 2013 roku, gdy jego cyfrowo zrekonstruowana wersja powróciła do kin i na DVD. Podczas prac rekonstrukcyjnych odkryto bowiem zachowaną ścieżkę dźwiękową ze sceny, którą u progu lat 80. wycięła komunistyczna cenzura. Jej nożyce nie mogły bowiem przepuścić obrazu, w którym biegnący po peronie bohater wpada na milicjanta, a ten bije go gumową pałką. Scenę usunięto, ale zachowała się ścieżka dźwiękowa, która trafiła do nowego wydania filmu. I choć usuniętych kadrów już nie zobaczymy, to gdy na ekranie widzimy jedynie czarną dziurę po wyciętym ujęciu, a z głośników dobiega dźwięk bicia milicyjną pałką, robi to nie mniejsze wrażenie niż pierwotnie zrealizowana scena.
Podobnie rzecz ma się z inną, nieoczywistą "wersją reżyserską" polskiego kina – "Na srebrnym globie" Andrzeja Żuławskiego, superprodukcją science-fiction "zabitą" przez polityczne decyzje ówczesnych decydentów. Realizowana na podstawie powieści Jerzego Żuławskiego produkcja w 1977 roku została przerwana na skutek decyzji wiceministra kultury Janusza Wilhelmiego. Film miał nigdy nie trafić do kin. Dopiero w połowie lat 80. reżyser otrzymał niewielki budżet mający pozwolić na dokończenie przerwanej pracy, ale powrót na plan okazał się już niemożliwy. W efekcie do filmu zostały dołączone sceny, w których Żuławski spoza kadru streszczał fragmenty scen, które nie zostały nigdy zrealizowane, a na ekranie widzowie oglądali ujęcia Warszawy lat 80-tych.
Sztuka perspektywy