Kłopoty zaczęły się jeszcze przed zdjęciami. Pół kraju protestowało wówczas przeciwko obsadzeniu Daniela Olbrychskiego w roli Kmicica, wielkiego wojownika-patrioty przechodzącego na ekranie drogę od zdrady do odkupienia. Mimo że w 1969 roku w gazetowym plebiscycie większość Polaków właśnie w Olbrychskim widziała Sienkiewiczowskiego superbohatera, to po premierze "Pana Wołodyjowskiego" aktor kojarzył się jedynie ze zdradzieckim okrutnikiem Azją Tuchajbejowiczem.
"Nadeszła lawina listów, a to od Koła Gospodyń Wiejskich, a to od anonimów: że Daniel jest niezdolny, brzydki, garbaty, że to Żyd i pedał" – wspominał Hoffman. Nagonka była tak ostra, że sam Olbrychski miał nawet nagrać taśmę, na której rezygnował z roli Kmicica. Na szczęście stało się inaczej, a Olbrychski stworzył kreację, która zapewniła mu artystyczną nieśmiertelność.
Ale na tym nie kończyła się lista problemów. Niektóre z nich były zresztą bardzo prozaiczne – przystępując do realizacji wielkiego, historycznego widowiska, polscy filmowcy nie dysponowali bowiem odpowiedniej klasy sprzętem. Brakowało choćby obiektywów zdjęciowych. Hoffman i jego operator, Jerzy Wójcik, otrzymali te same obiektywy, którymi wcześniej kręcono "Pana Wołodyjowskiego". Były one do tego stopnia zniszczone, że w niektórych ujęciach niemożliwe było uzyskanie ostrych zdjęć. Władze kinematografii musiały więc sięgnąć do kieszeni i ściągnąć do Polski obiektywy Panavision. Na kamery tej firmy nie starczyło już pieniędzy, dlatego obiektywy musiano dostosować do używanych w kraju kamer Arriflex.