Agnieszka Holland

Agnieszka Holland, fot. Marek Wiśniewski / Puls Biznesu / Forum
Kiedyś byłam taką Joanną d'Arc, ciągle walczyłam: z komuną, z cenzurą, z różnymi ograniczeniami. Teraz mogę się rozbroić. Także dlatego, że stałam się bardziej pewna siebie. Ale złość i temperament we mnie zostały.
Tak Agnieszka Holland mówiła o sobie w rozmowie z Barbarą Hollender, autorką książki "Od Wajdy do Komasy". Złość i temperament to nie jedyne, co wyróżnia ją w polskim kinie. Jest jeszcze otwarty umysł, zdolność poszerzania swego filmowego języka, ciągły głód nowych opowieści i pracowitość.
Agnieszka Holland jest bowiem jedną z najbardziej zapracowanych polskich reżyserek. Tylko w 2018 roku kręci zimnowojenny serial s-f dla Netfliksa i historyczny film o Wielkim Głodzie. I choć dopiero zaczyna zdjęcia do tego ostatniego, w rozmowach z dziennikarzami już wspomina o kolejnych projektach.
W swojej filmografii ma ponad 20 filmów, ale gdy spotyka się ze studentami szkół filmowych, największe wrażenie robi na nich serialowy dorobek Holland. Słusznie, bo polska artystka pracowała przy najważniejszych serialach ostatnich dekad. Reżyserowała "Prawo ulicy", "Dochodzenie", "Treme", "House of Cards" czy "The Affair", czyli seriale, które zmieniły współczesną popkulturę. Dzięki talentowi, pracowitości i otwartości na świat stała się jej istotną częścią i znakomitym ambasadorem polskiego kina w Europie i na świecie.
Joanna Kos-Krauze

Joanna Kos-Krauze, fot. Michał Tuliński
Ma własną dykcję i odwagę, by iść pod prąd. Jej filmy to zawsze spotkanie z nieznanym, wyprawa do świata wcześniej nieopowiedzianego: rzeczywistości polskich Romów i artysty-samouka, toksycznej rodziny i wojennych traum. Joanny Kos-Krauze nie interesują łatwe tematy i jednoznaczne historie. Pociąga ją ambiwalencja i tajemnica, którą trzeba odkryć.
Jej filmowa droga rozpoczęła się wraz ze spotkaniem z Krzysztofem Krauze. Poznali się na planie "Długu", a każdy następny film robili razem. Wspólnie napisali "Mojego Nikifora", a także "Plac Zbawiciela". Kiedy Krzysztof zaproponował, by wspólnie wyreżyserowali ten film, odparła: "Zastanawiałam się, czemu tak późno na to wpadłeś".
Jej obecność zmieniła kino Krauzego. Nie chodzi nawet o bliżej nieokreśloną "kobiecą wrażliwość", ale o wybór tematów. Kino Krauzego, które wcześniej wydawało się nieco eklektyczne, dzięki niej krystalizowało się, nabierało ciężaru. Konsekwentnie wracali do tych samych tematów, opowiadając o poszukiwaniach wewnętrznej wolności, o samotności i opresji. Stworzyli niezwykły filmowy duet i kilka znakomitych filmów. Ich ostatnim wspólnym projektem było "Ptaki śpiewają w Kigali", opowieść o ludobójstwie w Rwandzie. Krzysztof zmarł przed ukończeniem filmu. Joanna nakręciła go sama, tworząc odważny i bezkompromisowy film opowiedziany niepodrabialnym głosem.
Urszula Antoniak

Urszula Antoniak, fot. Maciej Zienkiewicz/Forum
Jest mistrzynią niedopowiedzeń, specjalistką od filmowych eksperymentów i największą erudytką wśród polskich filmowców. Od lat konsekwentnie rozwija własny filmowy język.
Od początku kariery związana z Holandią, w kolejnych obrazach opowiada o spotkaniach z innością, o multikulturalizmie, obcości i kształtowaniu się ludzkiej tożsamości. W kinie zmusza widza do konfrontacji ze sobą. W "Code Blue" stawiała pytania o eutanazję, w "Nic osobistego" opowiadała o potrzebie samotności i niemożności porozumienia. W pozbawionej dialogów "Strefie nagości" kreśliła na ekranie esej o uwodzeniu, a w "Pomiędzy słowami" stworzyła jedną z najgłębszych opowieści o emigracji.
Nie próbuje się podobać za wszelką cenę. Jej kino rzuca intelektualne i estetyczne wyzwanie, ale przynosi satysfakcję. Antoniak na ekranie rozmawia nie tylko z mistrzami kina, ale też z wielkimi myślicielami – Kierkegaardem, Barthesem czy Lacanem. I robi to z niespotykaną klasą i wdziękiem.
Małgorzata Szumowska

Małgośka Szumowska z nagrodą podczas 68. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Berlinie, 2018, fot. Tobias Schwarz/AFP/East News
Jest gwiazdą europejskiego kina i skandalistką specjalizującą się w mocnych tematach. Pytana o początki kariery filmowej przyznaje, że do Filmówki dostała się dzięki bezczelności. To dzięki niej (oraz talentowi) z przytupem weszła także na europejskie salony. Dziś współpracuje z Zentropą Larsa Von Triera, a od lat niemal każdy jej film prezentowany jest (i nagradzany) na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie.
Szumowska świetnie tam pasuje. Jej kino ma w sobie bowiem mocny rys publicystyczny, a sama reżyserka chętnie bierze się za bary z otaczającym ją światem. W rozmowie z Agnieszką Wiśniewską z "Krytyki Politycznej" reżyserka mówiła:
Nie chcę robić kina letniego, a takim staje się kino, które chce być zawsze wyważone, pokazać racje po obu stronach, każdego zadowolić.
Nie boi się mocnych, nieco tabloidowych tematów. We "W imię" opowiadała o księdzu-homoseksualiście, w "Sponsoringu" o prostytucji, a w najnowszej "Twarzy" zarysowała karykaturalny obraz polskiego katolicyzmu, mediów i prowincji.
Jej najmocniejszym i najlepszym dotąd filmem jest jednak obraz zupełnie inny – "33 sceny z życia", autobiograficzna opowieść o radzeniu, a raczej nieradzeniu sobie ze śmiercią najbliższych, o żałobie, ucieczce i lęku przed stratą. Właśnie tutaj, w filmie bardzo osobistym, Szumowska potrafiła odrzucić potrzebę szokowania, zrezygnowała z efektownych uproszczeń na rzecz psychologicznej prawdy i autentycznych emocji.
Dorota Kędzierzawska

Dorota Kędzierzawska, fot. Wojciech Strożyk /Reporter / East News
Jest jedną z najbardziej osobnych postaci polskiego kina. Nie wpisuje się w żadne nurty, mody ani szkoły. Robi swoje. Od przeszło 30 lat Dorota Kędzierzawska trzyma się swojego przepisu na kino. Staje w nim w obronie słabych i oddaje głos cichym. W rozmowie z Barbarą Hollender mówiła:
Nie interesują mnie ludzie, którzy wszystko mają zaplanowane i idą od sukcesu do sukcesu.
Kiedy trafiła do moskiewskiej, a później łódzkiej szkoły filmowej, była chorobliwie nieśmiała. Bała się nowych ludzi i sytuacji, nie potrafiła przełamywać bariery intymności. Właśnie dlatego skierowała swoje spojrzenie na dzieci i ludzi starszych – byli niewinni, bardziej wyrozumiali.
W kolejnych filmach opowiadała o ludziach, których polskie kino zazwyczaj przemilcza. W "Jajku" mówiła o dziecięcej samotności, we "Wronach" – o rozpaczliwej potrzebie bliskości, w "Diabłach, diabłach" opowiadała o wykluczeniu, w "Jutro będzie lepiej" – o niespełnionych marzeniach, a w "Pora umierać" o starości.
W ciągu 30 lat kariery stworzyła własny świat, filmową rzeczywistość, do której chce się wracać. Także dlatego, że oprowadza po nim artystka o wielkiej empatii i wrażliwości.
Anna Jadowska

Anna Jadowska z nagrodą Stowarzyszenia Filmowców Polskich, 2018, fot Mateusz Włodarczyk/Forum
W rozmowie z Adrianem Luzarem z "Interii" mówiła:
Dla mnie "kino kobiece" to zupełnie niepotrzebna etykietka, rodzaj infantylizacji i zamykania w getcie tego, co tworzą kobiety. Na szczęście teraz jest wiele kobiet-reżyserek, które mają świetne pomysły i są, moim zdaniem, nawet odważniejsze niż mężczyźni, a ich poszukiwania w kinie idą o krok dalej.
Jadowska jest wśród nich jedną z najodważniejszych. To ona stworzyła najlepszy kobiecy portret w polskim kinie ostatnich lat. W "Dzikich różach" opowiadała o kobiecości, macierzyństwie i patriarchacie. Ale nawet o tak gorącym temacie opowiadała z delikatnością i empatią. Nie wdawała się w publicystyczne dyskusje, nie nawoływała do krucjaty, ale opowiadała o ludzkich dramatach, o samotności, strachu i zaklętym kręgu, w którym ludzie wzajemnie się krzywdzą.
Kina Jadowskiej nie da się sprowadzić do gazetowego leadu, czy chwytliwego sloganu. Nie przyciąga kilkusettysięcznej publiczności, ale za to proponuje widzowi poważną rozmowę, w której szanuje się jego wrażliwość i inteligencję.
Kinga Dębska

Kinga Dębska, 2018, fot. Forum
Jest artystką, która odnalazła klucz do serc polskiej publiczności. Porusza i bawi, unikając sentymentalizmu i banalnych komediowych grepsów. Przekonuje do siebie zarówno festiwalowych jurorów, jak i zwykłych kinomanów. Za "Moje córki, krowy" podczas festiwalu w Gdyni otrzymała Nagrodę Dziennikarzy, a jej film przyciągnął do kin ponad 700 tysięcy widzów.
Łukasz Maciejewski tak pisał o jej filmach:
Ma akurat dokładnie to, czego brakuje innym. Reżyserka "Planu B" chce rozumieć widzów, nawiązywać z nimi dialog, dotykać tematów, które bolą i obchodzą ludzi.
W częściowo autobiograficznych "Moich córkach, krowach" Dębska opowiadała o śmierci rodziców i nauce jednania się z najbliższymi, zaś w późniejszym (i mniej udanym) "Planie B" mówiła o poszukiwaniach antidotum na samotność. Dębska nie boi się filmowych emocji i potrafi wyzwolić je w swoich widzach. W polskim kinie rozpiętym między artystycznym eksperymentem a komercyjną pulpą, Dębska odnalazła własną drogę wiodącą pomiędzy obydwiema skrajnościami.
Maria Sadowska

Maria Sadowska, fot. Rafał Guz/PAP
Zanim trafiła do łódzkiej Filmówki, miała już za sobą karierę w dziecięcym programie telewizyjnym, ukończoną szkołę muzyczną, pobyty w Stanach Zjednoczonych i dwa lata nagrywania dance'owych przebojów w Japonii. Cały czas ciągnęło ją jednak do filmu. W Łodzi spotkała się z mistrzami polskiego kina: Hasem, Królikiewiczem, Marczewskim...
Ale jej debiutancki "Dzień kobiet" wolny był od jakichkolwiek wpływów i inspiracji. Sadowska mówiła własnym głosem. Opowiadała o pracownicy supermarketu molestowanej przez szefa, o zmowie milczenia, przemocy i społecznym systemie, który ją sankcjonuje.
Także w kolejnym filmie Sadowska rysowała portret kobiety przeciwstawiającej się opresji. W "Sztuce kochania" przedstawiała historię Michaliny Wisłockiej, rewolucjonistki, która odmieniła polską seksuologię. U Sadowskiej jej biografia przeobrażała się w portret kobiety walczącej o swoje marzenia i prawo do mówienia własnym głosem.
Sadowska walczy o nie w swoich filmach. Tworzy popularne opowieści, ale zawsze wraca w nich do tematów, które dla niej samej są najważniejsze.
Agnieszka Smoczyńska

Agnieszka Smoczyńska, fot. Wojciech Olszanka/East News
Albo to będzie coś ekstra, albo chamskie porno.
Tak Włodzimierz Niderhaus skwitował scenariusz "Córek dancingu", pełnometrażowego debiutu Agnieszki Smoczyńskiej. Sądząc po ilości nagród, jakie polska reżyserka zgarnęła za swój film, i światowej recepcji (trafił do kin m.in. w Japonii i USA), wyszło "coś ekstra".
Swym debiutanckim filmem Smoczyńska wniosła do polskiego kina prawdziwy powiew świeżości. Wraz ze scenarzystą Robertem Bolesto stworzyła campowy musical o nastoletnich syrenach przeżywających erotyczne inicjacje w Warszawie lat 80. W "Córkach dancingu" kicz PRL-u spotykał się z motywami zaczerpniętymi z romantycznych ballad, komedia szła pod rękę z melodramatem, a całość ubrana w muzyczny kostium skrojony przez siostry Wrońskie z "Ballad i Romansów".
Smoczyńską słusznie okrzyknięto jedną z nadziei polskiego kina. A ona sama nie spoczywa na laurach – właśnie pracuje nad "Fugą", dramatem psychologicznym o kobiecie, która straciła pamięć, a wkrótce wraz z Robertem Bolesto stworzy postindustrialny musical science-fiction "Deranged" na motywach albumu "1. Outside" Davida Bowiego.
Jagoda Szelc

Jagoda Szelc, fot. Mieczysław Michalak/AG
Choć nakręciła dotychczas tylko jeden pełnometrażowy film, ma na swoim koncie nagrody dla najlepszej debiutantki i scenarzystki Festiwalu Filmowego w Gdyni oraz filmowy Paszport Polityki.
Jej "Wieża. Jasny dzień" to jeden z najdziwniejszych i najciekawszych debiutów polskiego kina ostatnich lat. Rodzinna psychodrama miesza się w nim z metafizycznym horrorem, a realistyczne obserwacje przeplatają się z wizyjnymi obrazami.
Uzasadniając nominację do Paszportu Polityki dla Jagody Szelc, Małgorzata Sadowska pisała, iż młoda reżyserka:
egzorcyzmuje rodzinę i Polskę, przywołuje duchy, wprowadza w trans, wybudza uśpione w ludziach i pejzażu energie, leczy traumy. To, co wyprawia, to nawet nie jest reżyseria, to czysty szamański rytuał. Polskie kino doczekało się swojej szeptuchy.
Z ciekawością czekamy na jej kolejne filmowe zaklęcia.
Źródła: Krytyka Polityczna, Onet, Interia, Polityka.pl, inf. własne.
- "Od Wajdy do Komasy" Barbara Hollender, Warszawa 2014.