Opowiadając historię mężczyzny, który po tragicznym wypadku jako pierwszy Polak przeszedł operację przeszczepu twarzy, Szumowska bardziej interesuje się światem otaczającym bohatera niż nim samym. "Twarz" nie jest – jak mogłoby się wydawać z racji podjętego tematu – historią o tożsamości ani esejem o ciele jako więzieniu duszy w stylu filmów Steve'a McQeena ("Głód", "Zniewolony"). Jest opowieścią o Polsce, kraju katolickich kołtunów, gorzałki i mentalnego wąsa. Opowieścią, dodajmy, karykaturalną i bardzo nieprawdziwą.
Polska u Szumowskiej ma twarz pijanych żulików proszących o flaszkę i zdesperowanych ludzi walczących o ostatnie sztuki telewizorów z przeceny. To twarz nowobogackich prowincjuszy wynajmujących karetę na pierwszą komunię córki, księdza zboczeńca, pijanego szwagra wierzącego, że męskość to amalgamat brutalności i chamstwa, twarz zabobonnej matki i robotników gotowych spuścić łomot swoim "kolorowym" kolegom.
Szumowska zabiera widzów na wycieczkę po skansenie. Nie jest to jednak skansen polskiej prowincji, lecz skansen jej wyobraźni. Polska ukazana w "Twarzy" to świat zrekonstruowany z gazetowych strzępków, stereotypów i miejskich legend.
Szumowska nie po raz pierwszy zdradza predylekcję do wycieczek na skróty. We "W imię" dyskontowała publicystyczną dyskusję o pedofilii w Kościele, opowiadając o dramacie księdza-homoseksualisty , w późniejszym "Body/Ciało" nieco bez powodu przywoływała głośne, opisywane w mediach sprawy takie jak morderstwo Zbigniewa Beksińskiego.
Tym razem opowiada o polskości składając jej obraz z opowiastek o złym klerze, polskiej gigantomanii (świebodziński Jezus jest jej wdzięcznym symbolem), "chciwej babie z Radomia", "wąsatych Januszach" i "typowych Grażynach". Kto chce, odnajdzie w jej opowieści prawdziwe elementy. Tak, to wszystko prawda. Polska bywa i taka. Ale Szumowska gubi proporcje, a obraz, który przedstawia, okazuje się kłamliwy.
Być może jest to świadoma decyzja reżyserki. Do takiej refleksji skłania filmowa forma – a dokładniej sposób filmowania. "Twarz" w lwiej części sfotografowana jest obiektywami typu tilt-shift. To specjalne szkła, dzięki którym obraz zachowuje ostrość tylko w wybranej części kadru, podczas gdy reszta obrazu zostaje rozmyta. Widz skupia swoją uwagę tylko na fragmencie, który reżyser zechce mu pokazać i zaakcentować. Reszta to jedynie ładne tło. Michał Englert, operator i współscenarzysta filmu, konsekwentnie wykorzystuje ten typ obiektywów. Z jednej strony budują one aurę baśniowości, z drugiej zaś - są znakomitą ilustracją reżyserskiej strategii Szumowskiej, która widzi jedynie to, co chce widzieć.

Kadr z filmu "Twarz" w reżyserii Małgorzaty Szumowskiej, 2017, fot. Bartosz Mrozowski/ Kino Świat
W "Twarzy" Szumowska zabiera widzów na safari po Polsce B, sama przyjmując rolę przewodnika. Nieznośne jest poczucie wyższości, z jakim reżyserka kreśli portrety swoich bohaterów. Tak naprawdę ci ostatni w ogóle Szumowskiej nie obchodzą – są jedynie ilustracjami polskich przywar, szkicami wyrwanymi z katalogu karykatur. Nie ma w nich ambiwalencji ani głębi, a na ekranie postaci nie przechodzą żadnej przemiany.
Szkoda, bo przecież Szumowska zebrała na planie znakomitych aktorów. Wzruszająca jest Agnieszka Podsiadlik jako siostra głównego bohatera, a Małgorzata Gorol potwierdza, że jest jedną z najciekawszych twarzy w naszym kinie. Dobry jest Dariusz Chojnacki jako brat bohatera i Robert Talarczyk jako jego szwagier-prostak. Przekonuje nawet Mateusz Kościukiewicz, który w roli Jacka, mężczyzny po przeszczepie twarzy (bardzo dobra charakteryzacja autorstwa Waldemara Pokromskiego) wnosi na ekran anarchistyczną energię.