Symboliczna data narodzin artystycznego graffiti w Polsce łączy się z działalnością osiemnastoletniego Włodzimierza Fruczka w Warszawie 1970 roku. W tamtym czasie na ceglanych murach w rejonie ulic Żelaznej i Grzybowskiej zaczął malować on sylwetki postaci – niektóre w groteskowo poskręcanych pozach, wyciągające dłonie ku górze, inne trzymające się za ręce czy jakby uchwycone w tańcu.
Fragment miasta, w którym malował, położony na styku Woli i Śródmieścia, po wojnie nazywano Dzikim Zachodem. Westernowe konotacje wzbudzał krajobraz pełen ruin, drewnianych baraków, warsztatów i gołębników, a przede wszystkim kwitnąca w nim przestępczość – tamtejsze meliny półświatka opisywał Tyrmand w Złym.
Fruczka do działania zainspirowała sama przestrzeń – puste ceglane ściany, ostańce przedwojennej zabudowy. Jak tłumaczył w rozmowie opublikowanej w książce Graffiti w Polsce 1940–2010:
Milczenie tych ścian było […] wręcz atakujące. Chciałem, żeby one przemówiły. […] Żeby przemówiły głosem ludzi – świadków zdarzeń. Ten ogrom zniszczeń, atmosfera Dzikiego Zachodu, tych ruin […] – to wszystko zachowało aurę okupacji, wojny. Te ściany były milczącym świadkiem wszystkich wydarzeń, nie tylko złych, ale i normalnych, miłości… To stąd ta para trzymająca się za ręce.
Jak mówił w cytowanej wyżej rozmowie, działał spontanicznie – bez projektu i programowej koncepcji: „Jakiś przymus, żeby to zrobić właśnie tak”. Malowane przez niego postaci kojarzyły się z milicyjnymi obrysami sylwetek czy przedstawieniami sceny rozstrzelania. Dodatkowe znaczenia nadawał im fakt, że powstawały na terenie byłego getta – Fruczek przyznawał jednak, że wówczas nie zdawał sobie z tego sprawy. Jego malunki obrosły miejskimi legendami. Jedną z nich, zasłyszaną od przechodnia, przytoczyła Krystyna Szabłowska w artykule Czy na tych ścianach ciągle trwa egzekucja? opublikowanym w 1973 roku w tygodniku „Stolica”: „To dawna sprawa, całą rodzinę mu wymordowali, po powstaniu wyjechał do Ameryki, potem podobno wrócił i wtedy to malował”.
Fruczek chwycił za farbę emulsyjną i pędzel mniej więcej w tym samym czasie, co twórcy ze Stanów Zjednoczonych uważani dziś za pionierów nowoczesnego graffiti – jak Taki183 z Nowego Jorku czy Cornbread z Filadelfii (o których nikt wtedy w Polsce oczywiście nie słyszał). Im chodziło jednak o zwielokrotnianie swoich ksywek, więc samotny wyczyn warszawskiego licealisty wydaje się o wiele bardziej intrygujący. Żadne ze ściennych graffiti Fruczka nie zachowało się do dziś, ostatnie przetrwały do początku XXI wieku.
Milion krasnoludków