Najciekawsze wystawy na początek jesieni 2026. Co warto zobaczyć?
Malarstwo Czapskiego, wystawa Małgorzaty Mycek, pierwsza polska kolekcja performansu i Warsaw Gallery Weekend – we wrześniu sztukę oglądamy nie tylko w galeriach.
Komuna. Kolekcja
2.09–3.10.2026
Teatr Komuna Warszawa
Gdy Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie przeniosło się do gmachu przy Marszałkowskiej, dawna siedziba MSN-u przeobraziła się w Pawilon Tańca i Innych Sztuk Performatywnych. Dla galerii i teatrów sztuk performatywnych, funkcjonujących dotąd bez stałego adresu, był to moment przełomowy, choć na swój sposób słodko-gorzki – mówimy przecież o swego rodzaju resztkach z pańskiego stołu. Przez długie lata sztuki performatywne nie miały własnego miejsca, czy to w postaci osobnej instytucji, czy też działu w kolekcji któregoś z istniejących muzeów. Choć artystki i artyści od dekad zmuszają konserwatorów do kombinowania, jak bezpiecznie przechowywać efemeryczne dzieła, kolekcjonowane są nadal przede wszystkim te prace, które przysparzają stosunkowo niewielu kłopotów – jak nieśmiertelny olej na płótnie.
A przecież to właśnie na styku choreografii, performansu i sztuk wizualnych rozgrywały się jedne z najciekawszych artystycznych poszukiwań ostatnich kilkunastu lat. Czego nie zrobiły instytucje artystyczne, postanowił zrobić teatr Komuna Warszawa, inicjując z okazji swojego trzydziestolecia obywatelską kolekcję sztuk performatywnych. Przedsięwzięcie to zainauguruje wystawa złożona z kilkudziesięciu obiektów i realizacji wideo, prezentowana we wrześniowe weekendy w nieudostępnianych dotychczas przestrzeniach teatru. Wśród prezentowanych prac zobaczymy dzieła zarówno klasyków – takich, jak Akademia Ruchu czy Janusz Bałdyga – jak i przedstawicielek młodego pokolenia: Ani Nowak, Agnieszki Mastalerz czy Kuby Stępnia.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Małgorzata Mycek, „Upał jak diabli”, olej na płótnie bawełnianym, 150 x 100 cm, 2024, fot. Galeria Bielska BWA
Małgorzata Mycek, Dziadostwo
11.09– 25.10.2026
Galeria Bielska BWA
Gdy w zeszłym roku Małgorzata Mycek został nagrodzony Grand Prix Bielskiej Jesieni, w mediach społecznościowych rozpętała się burza. Nie pierwszy raz nagroda w tym najbardziej prestiżowym polskim konkursie malarskim wywołała dyskusje i niezrozumienie, choć na obecnym etapie wojen kulturowych zatoczyły one szersze kręgi niż kiedykolwiek wcześniej. Inaczej niż w przypadku nagród dla Martyny Czech czy Sebastiana Kroka kilka lat wcześniej, ataki często wymierzone były w samego laureata, ze względu na jego niebinarność i transpłciowość.
Nagroda dla Małgorzaty Mycek wywołała jednak poruszenie również z powodów czysto artystycznych, bo też w jego twórczości splata się szereg bardzo aktualnych problemów. Po kilku latach triumfalnego pochodu autobiografii i autofikcji, publiczność zdaje się coraz bardziej zmęczona narracyjną bezpośredniością. Wraca sztuka mniej lub bardziej dosłownie nieprzejrzysta, niedopowiedziana i uciekająca od czytelnej narracyjności, o czym świadczy choćby tegoroczny Paszport „Polityki” dla Ant Łakomsk czy obecna edycja Triennale Młodych w Orońsku.
Mycek w tak zarysowanym pejzażu jest postacią trudną do przyszpilenia. Co prawda posługuje się skrajnie uproszczonymi formami, nieskomplikowaną ikonografią i krąży wokół własnej tożsamości – queerowej i wiejskiej – jednak postaci z jego obrazów przypominają bardziej fantazyjne kreacje z gry RPG niż autoportrety i wykraczają poza kolejne wcielenie autofikcji wpisującej się w zwrot ludowy.
Nagroda w bielskim konkursie przyszła dla artysty w momencie nieco problematycznym, bo, jak się zdaje, przejściowym – pomiędzy okresem malowania na niechłonących farby zrecyklingowanych banerach a rozwijanymi powoli, przy okazji studiów na uniwersytecie ludowym, eksperymentami z technikami innymi niż wyuczone w akademii malarstwo. Indywidualna wystawa artysty w Galerii Bielskiej BWA, która stanowi pokłosie nagrody, będzie więc okazją do spojrzenia na najnowszą twórczość Mycek i przekonania się, jakie efekty przyniosła praca z konwencjami sztuki ludowej.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Fragment ekspozycji w Pawilonie Józefa Czapskiego w Krakowie, fot. Jacek Bednarczyk/PAP
Oblicza Czapskiego
18.09.2026 – 31.01.2027
Muzeum Narodowe w Krakowie
Józef Czapski wielkim malarzem był – taka opinia jeszcze u progu lat 90. wydawała się niepodważalna, jednak transformacyjne zmiany artystycznych hierarchii zepchnęły malarską twórczość autora Na nieludzkiej ziemi nieomal na margines powojennej historii sztuki. W powszechnej wyobraźni pozostały inne jego twarze: Czapski-pisarz, Czapski-współtwórca paryskiej „Kultury”, Czapski-postać. W ostatnich latach czołowy polski kolorysta zaczął jednak cieszyć się rosnącym zainteresowaniem ze strony młodej generacji artystów, niekiedy, jak w przypadku Grzegorza Kozery, wprost nawiązujących do jego twórczości, a nawet podróżujących jego szlakami i badających nieznane epizody jego biografii.
W roku, którego Czapski jest patronem, przyszła pora, by na jego malarstwo spojrzeć na nowo. Oblicza Czapskiego, przygotowane przez Magdalenę Luderę w krakowskim Muzeum Narodowym, będą próbą rehabilitacji tej odnogi twórczości Czapskiego, ale nie hagiografią. Kuratorka akcentuje w swojej opowieści niejednorodność malarstwa Czapskiego i jego zmagania z własną twórczością, która jak na złość nie dawała się przykroić do wizji, jaką Czapski-teoretyk samemu sobie próbował narzucić.
Można więc mieć nadzieję, że wewnętrzne napięcia i sprzeczności tej twórczości nie zostaną wygładzone, bo to właśnie one czynią z Czapskiego tak interesującego malarza. Nierównego, samokrytycznego, ale ciągle dążącego do doskonalenia warsztatu. Rozdartego między analitycznym spokojem a ekspresyjnym nerwem. Niezdolnego w pełni zaufać własnej intuicji i ze zmiennym powodzeniem trzymającego na wodzy impulsy, które kierowały nim, gdy chwytał za pędzel. A przy tym wyniośle obojętnego na rynek i uwagę. Dominacja kapistowskiej ortodoksji na wydziałach malarstwa szczęśliwie się skończyła, ale akurat idealistyczna postawa ojca-założyciela tej formacji, nie oglądającego się na bieżącą koniunkturę, mogłaby wciąż stanowić przykład do naśladowania.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Maria Anto, 1971, fot. Jerzy Michalski/RSW/Forum
Warsaw Gallery Weekend 2026
18–20.09.2026
Gdy w okresie tużpopandemicznym rynek sztuki zaliczył najgwałtowniejszy wzrost w ostatnich dekadach, Warsaw Gallery Weekend pozostawał doskonałym probierzem zmian – ukazując zarówno rosnącą skalę rynku, jak i malejące ambicje programowe jego twórców. Wraz z rynkowym boomem i profesjonalizacją galerii nastąpił napływ nowych kolekcjonerów, a jednocześnie ta publiczność, która była zainteresowana raczej oglądaniem wystaw, niż szukaniem okazji do inwestycji, mieli coraz mniej powodów do odwiedzania WGW. Jednak wydaje się, że wraz z okrzepnięciem rynkowej dynamiki program warszawskiego weekendu galeryjnego staje się na powrót bardziej różnorodny i atrakcyjny niż w ostatnich latach.
Podczas tegorocznej edycji warto wybrać się między innymi na indywidualne wystawy kilku artystek. W Fundacji Galerii Foksal Paulina Ołowska zaprezentuje TRZY KOLORY, filtrując własną twórczość i biografię przez pryzmat filmowej serii Kieślowskiego. Gdy wieńczący trylogię Czerwony przegrał bój o Złotą Palmę w Cannes z Pulp Fiction, starcie to jawiło się jako zwiastun końca pewnej epoki w dziejach kina. Dziś, w erze tęsknoty za mniej cyfrowym, bardziej poukładanym i przewidywalnym światem, rodem raczej z późnego Kieślowskiego czy Rohmera niż Tarantino, być może starcie to przebiegłoby zupełnie inaczej. W polskim polu sztuki nikt nie radzi sobie z nostalgią lepiej niż Paulina Ołowska, wydaje się więc, że malarsko-filmowo-scenograficzno-archiwalna wystawa w FGF na motywach Trzech kolorów to samograj, a przy tym propozycja o tyle ciekawa, że w odróżnieniu od wcześniejszych projektów Ołowskiej sięgająca do czasów całkiem nieodległych.
Lokal_30 zaprezentuje z kolei indywidualną wystawę Marii Anto – jednej ze stosunkowo nielicznych polskich surrealistek, w latach 60. i 70. robiącej międzynarodową karierę, później zaś na długo praktycznie zapomnianej, a następnie z owego zapomnienia wydobytej za sprawą monografii w Zachęcie oraz inicjatyw jej córki, Zuzanny Janin. Prac Anto nie bez powodu nie znajdziemy na trwającej wielkiej wystawie surrealizmu w Muzeum Sztuki Nowoczesnej – jakby nie patrzeć, trudno w nich znaleźć antyfaszystowski impuls, który stanowi osnowę opowieści w MSN. W jakiej perspektywie możemy więc patrzeć dziś na twórczość Anto? Czy jej malarstwo to przykład bezpiecznego PRL-owskiego „poetyckiego” i apolitycznego surrealizmu na eksport, a może kryje się w nim coś więcej? Wystawa w lokalu_30 pozwoli raz jeszcze przyjrzeć się dorobkowi Anto, skupiając się na tym, jak ukształtowała go biografia artystki.
W tegorocznym programie znajdą się również indywidualne wystawy artystek znanych już dobrze polskiej publiczności ukraińskich malarek Kateryny Lysovenko w TBA oraz Sany Shahmuradovej Tanskiej w Gunia Nowik Gallery – tym cenniejsze w obecnym politycznym klimacie.