Czapski potrafił zadbać także o wspólny interes Instytutu Literackiego. Wiemy, że w połowie lat 50. wyruszył do Ameryki Południowej, by zebrać fundusze na jego przeprowadzkę, ale ten epizod jej mało znany. We wspomnianej przez ciebie obszernej biografii napisanej przez Karpelesa zajmuje raptem kilka stron. Ty mimo tych skąpych informacji postanowiłeś ruszyć jego śladem.
U Czapskiego wciąż może czekać jeszcze masa niespodzianek. Zapisał prawie trzysta kajetów, czyli zeszytów z dziennikami, swoim charakterystycznym, gęstym pismem, które umieją odczytać tylko nieliczni specjaliści. Ile tam jeszcze może się kryć historii, anegdot, niuansów?! Ja posiłkowałem się dwoma tomami korespondencji do Ludwika Heringa, który był partnerem Czapskiego, a później długoletnim korespondentem, chociaż nie mieszkali już ze sobą przez kilkadziesiąt lat, gdy Czapski osiadł w Paryżu, a Hering pozostał w Polsce.
W kilku listach Czapski pisze, że jedzie do Ameryki Południowej z jakąś misją. Wynika z nich, że w 1955 roku wyrusza, żeby zebrać fundusze na spłatę długu zaciągniętego przez Instytut Literacki na zakup siedziby w Maisons-Laffitte. Instytut musi się przeprowadzić i Jerzy Giedroyc wysyła Czapskiego w roli, jak go nazywał, ministra spraw zagranicznych, ambasadora, żeby przez trzy miesiące peregrynował po czterech krajach Ameryki Południowej – Brazylii, Urugwaju, Argentynie i Wenezueli – z programem artystycznym i dydaktycznym, żeby odwiedzał Polonię i miejsca, gdzie mógł wygłaszać wykłady i sprzedawać prenumeraty paryskiej „Kultury”. Dzięki temu Józef Czapski, arystokrata, mający w rodzinie swojej ciotki koligacje na dworach cesarskich, zamienia się w komiwojażera czy, jak byśmy dziś powiedzieli, fundraisera. A dobiega właśnie sześćdziesiątki – komu by się chciało w tym wieku jeździć przez kilka miesięcy po obcych krajach i sprzedawać periodyki?
W jednym z tych listów wyczytałem, że w trakcie tego przedsięwzięcia, które bardzo go absorbowało, zgubił jeden ze szkicowników, na podstawie których miał malować obrazy. Pomyślałem, że to fantastyczna opowieść. Złożyłem wniosek o stypendium w ramach programu Młoda Polska i dzięki niemu ruszyłem śladami Czapskiego, żeby zrekonstruować w sposób symboliczny ten szkicownik.
Jak się zabrałeś do planowania podróży, skoro tak niewiele wiadomo o jej przebiegu?
Przekartkowałem trzy ocalałe szkicowniki z tego okresu, bo ten zaginiony nie był jedynym. Wszystko, co udało mi się odczytać, było dla mnie wskazówką, gdzie mógłbym się udać. Konkretne informacje można było wyciągnąć z fragmentów zapisywanych przez artystę majuskułą czy wklejonych wycinków z gazet, w których widniała nazwa odwiedzanego miasta. Nie było to łatwe, bo te szkicowniki dalekie są od klasycznego bedekera, w którym wszystko jest wypunktowane. Były raczej zbiorem luźnych podpowiedzi, ale z nich jednak wyłaniał się pewien szlak, który w miarę możliwości chciałem odtworzyć. Z powodu sytuacji politycznej musiałem zrezygnować z podróży do Wenezueli, przez toczące się tam wówczas zamieszki uznałem, że lepiej nie narażać się na niebezpieczeństwo. Ograniczyłem się więc do trzech państw: Argentyny, Urugwaju i Brazylii.
I na ile udało ci się zrekonstruować szlak Czapskiego?
Pewnie w około siedemdziesięciu procentach. Odwiedziłem oczywiście najbardziej znane miejsca, jak Biblioteka Polska im. Ignacego Domeyki w Buenos Aires, gdzie jest prowadzone świetne archiwum. Tam udało mi się znaleźć dokumenty potwierdzające wizytę Czapskiego, liczbę osób na odczytach i to, ile udało mu się zebrać funduszy. W archiwalnych wydaniach pisma „Głos Polski” znajdowałem artykuły potwierdzające jego obecność w danym miejscu, przy okazji prowadziłem więc też kwerendy archiwalne. Wszystko fotografowałem, korzystałem z napotykanych tropów i jak w grze domino – jeden ruch prowadził do kolejnego, przemieszczałem się od punktu do punktu.
W Kurytybie na przykład, na wydziale polonistyki miejskiego uniwersytetu, poznałem wykładającego tam profesora Piotra Kilanowskiego, który przekazał mi kontakt do poety Tomasza Łychowskiego, który w 1955 roku, jako dwudziestolatek, oprowadzał Czapskiego po Rio de Janeiro. To było fantastyczne, bo właśnie on miał okazję być opiekunem Czapskiego przez parę dni, później ze sobą korespondowali. On też pomógł mi zidentyfikować miejsce, w którym Czapski miał wzmiankowaną w źródłach wystawę w Rio de Janeiro. Bo powiedzieć, że miał wystawę w Rio, to tak jak powiedzieć, że ma się wystawę w Warszawie. To może znaczyć równie dobrze wystawę w Zachęcie, jak i u cioci w mieszkaniu czy w jakiejś salce katechetycznej. Łychowski zachował oryginalne zaproszenie na tamtą wystawę, jak się okazało w Petite Galerie, już niestety nieistniejącej. Ale już samo wprowadzenie tej nazwy do historyczno-artystycznego obiegu wydaje mi się jakimś osiągnięciem. Galeria mieściła się w piwnicy, więc mierzący prawie dwa metry Czapski musiał się schylać przez cały wernisaż. Zdobyłem kontakt do wnuczki właściciela, ale się wystraszyła, że chyba prowadzę jakieś dochodzenie w sprawie zaginionych obrazów.
W Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Rio de Janeiro dowiedziałem się, ilu dokładnie słuchaczy przyszło na odczyt Czapskiego w muzeum, mogłem więc potwierdzić, że te wykłady cieszyły się dużym powodzeniem. Udało się więc natrafić na różne wymierne dowody obecności i działań artysty, ale jednak działo się to już ponad 60 lat temu, więc ślady są już mocno pozacierane.