Też to przechodziłem. Jako nastolatek miałem kasetę z audycją wspomnieniową o Kieślowskim z radiowej Trójki. Słuchałem jej chyba kilkanaście razy. Jak myślisz, na czym polegała ta osobista bliskość Kieślowskiego?
Ta metafizyka Kieślowskiego świetnie trafiała w nastoletnią wrażliwość. W końcu każdy młody człowiek chciałby, żeby istniało coś więcej niż "tu i teraz", a życie miało swoje drugie dno. Nawet jeśli po latach to się wydaje wstydliwym wspomnieniem, to wówczas było bardzo ważne. Chęć wiary w to, że jesteśmy wszyscy ze sobą połączeni w jakiś magiczny, nie do końca możliwy do wyjaśnienia sposób.
Kiedy pierwszy raz oglądałam "Dekalog", uważałam, że ważne w nim są głównie pierwsze dwie części. Reszta wydawała mi się początkowo słabsza niż te jawnie "metafizyczne", otwierające serię odcinki. Dziś zupełnie inaczej ustawiam hierarchię ważności tych filmów. Dekalog IX i X są znacznie wyżej. Z czasem mój dialog krytyczno-filmowy z Kieślowskim stał się coraz bardziej odważny. Także bardziej krytyczny. Na przykład inaczej patrzę na "Czerwony" – naprawdę uważam, że jest tam swoisty błąd scenariuszowy związany z wypadkiem i psem. Ale to nie zmienia faktu, że powracam z dużą chęcią do całej trylogii.
A jednak to właśnie to metafizyczne kino wyniosło Kieślowskiego do statusu światowej gwiazdy. Dlaczego?
Sukces "Dekalogu" i dwóch rozszerzonych wersji kinowych odcinków V i VI, który zapoczątkował międzynarodową karierę Kieślowskiego, pokazywał, że Zachód – racjonalny i logiczny – potrzebuje metafizyki. A Kieślowski ją dostarczał, jednocześnie oswajając zachodniej publiczności mieszkańców demoludów i pokazując, że oni mają takie same rozterki i tęsknoty co ich bogatsi, europejscy sąsiedzi.
Przedwczesna śmierć reżysera jeszcze wzmacniała te metafizyczne odczytania jego kina. Sam pamiętam, że kiedyś całe jego życie: porzucenie kariery, reżyserskie milczenie i śmierć właśnie wydawały mi się jakoś mityczne.
Pier Paolo Pasolini miał taką myśl, że w z perspektywy ludzkiego życia śmierć jest montażem ostatecznym, bo dopiero wtedy można spojrzeć na całość ludzkiego życia. Przedwczesna śmierć Kieślowskiego kazała inaczej czytać zarówno sytuację katastrofy z finału "Czerwonego" (gdzie ocalały tyko główne postaci z poprzednich części trylogii), jak i atak serca Weroniki z "Podwójnego życia…" .
Jak to się stało, że właśnie w Sokołowsku narodziła się impreza, która jest dziś świętem fanów Kieślowskiego?
Wszystko zaczęło się od fundacji In Situ, która organizowała w Sokołowsku różne imprezy kulturalne związane z muzyką i sztuką performatywną. W malowniczym, malutkim Sokołowsku dochodziło od zawsze do działań na skalę międzynarodową. To właśnie Bożena Biskupska i Zuzanna Fogtt postanowiły przed laty uratować jednosalowe, stare kino, w którym młody Krzysztof Kieślowski spędzał sporo czasu, gdy wraz z rodziną mieszkał w Sokołowsku. Z tym miejscem wiążą się różne biograficzne legendy: choćby o tym, że jako chłopiec wspinał się na drzewo obok kina, by z niego oglądać filmy i reakcje publiczności.
Kieślowski zawsze był tu dobrze wspominany. Kiedy jechałam taksówką z Wałbrzycha do Sokołowska, kierujący pan taksówkarz od razu opowiedział mi, że to właśnie na wałbrzyskim dworcu podawano słynne kotlety mielone, które Kieślowski ponoć uwielbiał i jadł tylko tam.
Kieślowski w pewnym sensie przyszedł do fundacji In Situ i stał się patronem festiwalu. Dzięki pomocy Marii Kieślowskiej oraz Krzysztofa Piesiewicza, którzy są strażnikami pamięci o reżyserze, udało się stworzyć archiwum oraz imprezę, która nie tylko przypomina twórczość Kieślowskiego, ale też zaprasza do żywego dialogu z nią.