I choć Wajda nie wybiera się bynajmniej na emeryturę (w 2000 roku zrealizował Zemstę, teraz pracuje nad bardzo osobistą Opowieścią katyńską [ostatecznie reżyser zmienił na Katyń - przyp. red.]), stało się jasne, że nasze kino łaknie nowych mistrzów, nowych ciekawych nazwisk, świeżego spojrzenia na rzeczywistość, a przede wszystkim kontaktu z widzami, dla których rodzimy film jest wciąż synonimem filmu złego. Ostatnie lata obudziły nadzieję na pokoleniową wymianę, swoje możliwości zademonstrowało wielu debiutantów. Za wcześnie jednak, by mówić o zasadniczej jakościowej zmianie w rodzimej kinematografii - i mentalnej i artystycznej - w końcu opisywane tu sześciolecie kończy prasowa dyskusja o tym, dlaczego polskie filmy są wciąż nieudane.
Wspólny mianownik
Powszechna i niezmienna od lat jest opinia, że w polskim kinie bardzo trudno jest debiutować, a jeszcze trudniej zrobić swój drugi film. Potwierdzają to artystyczne biografie reżyserów, którzy wchodzili do kina w latach 90., a którzy drugie filmy robili po wieloletnich przerwach (np. Wojciech Nowak po dziewięciu latach, Maciej Dejczer po ośmiu, Mariusz Treliński po pięciu). I choć w ostatnim czasie nie możemy narzekać na ilość debiutantów, realizacja pierwszego filmu (jak i drugiego) wciąż nie jest sprawą prostą. Pod koniec lat 90. telewizja publiczna chcąc wspomóc debiutantów, stworzyła cykl Pokolenie 2000, którego celem było właśnie "danie głosu młodym", daremnie wydeptującym korytarze największego ówczesnego producenta polskiego kina. Dzięki projektowi, debiutanci mieli wejść ławą, jako nowa formacja, pokazać polską rzeczywistość ze swojej perspektywy. Wbrew szumnym zapowiedziom, skończyło się na zaledwie czterech filmach, były to Bellissima Artura Urbańskiego, Moje miasto Marka Lechkiego, Moje pieczone kurczaki Iwony Siekierzyńskiej i Inferno Macieja Pieprzycy.
Mimo niepowodzenia tego cyklu, między rokiem 2000 a 2006 pojawiło się wielu interesujących debiutantów. I choć startujący w fabule reżyserzy odżegnują się od pokoleniowych etykietek, z pewnością można znaleźć wspólny mianownik dla większości filmów młodych twórców. Na pewno pobrzmiewa w nich gorycz i rozczarowanie polską rzeczywistością, która przytłacza, nie daje nadziei na rozwój, już na starcie w dorosłe życie pozbawia szans, podcina im skrzydła, wysysa całą energię. Tłem dla tych historii są podwórka sypiących się kamienic, zapuszczone blokowiska, ubogie mieszkania. Bieda i bezrobocie. Bohaterowie żyją w lęku przed przyszłością, który często ich obezwładnia i zmusza do wycofania (jak w Szczęśliwym człowieku Małgorzaty Szumowskiej czy Czeka na nas świat Roberta Krzempka, Moim mieście Marka Lechkiego). Życie w stanie permanentnej beznadziei i frustracji wewnętrznie wyjaławia i rujnuje relacje (Moje pieczone kurczaki Iwony Siekierzyńskiej, Dotknij mnie Ewy Stankiewicz i Anny Jadowskiej, Moje miasto). Świat stał się nieprzejrzysty i nieczytelny, a rządzące nim reguły niejasne (Portret podwójny Mariusza Fronta). Zamiast jednak boksować się z rzeczywistością, czy przeciw niej zbuntować, bohaterowie na przykład Portretu... zwracają kamerę na siebie, i swój intymny świat. Z kolei dziewczyna i dwóch chłopaków z Ody do radości Anny Kazejak, Macieja Migasa i Jana Komasy opuszczają Polskę, i śladem milionów młodych Polaków udają się do Londynu. Buntuje się jedynie bohater Głośniej od bomb Przemysława Wojcieszka, który wbrew wszystkiemu postanawia pozostać w miejscu swojego urodzenia i tu właśnie spróbować. Ten sam "patriotyczny" ton i przekonanie, że jednak można, pobrzmiewają zresztą i w kolejnych filmach Wojcieszka, W dół kolorowym wzgórzem czy Doskonałym popołudniu.
Diagnoza społeczna w wydaniu młodych razi niekiedy uproszczeniami, a zło ukrywa się za fałszywymi maskami, jak w Inferno, Człowieku wózków Mariusza Malca, Z odzysku Sławomira Fabickiego czy Chaosie Xawerego Żuławskiego, gdzie świat został poetykietkowany, a konflikt postaw rozgrywa się między anarchistą, dresiarzem i "białym kołnierzykiem".
Bardzo często debiutanci oskarżają drapieżny (a może właściwie kompletnie kulejący?) polski kapitalizm. Zwykle występuje on w przebraniu cynicznych, zepsutych, brutalnych biznesmenów różnej proweniencji (Chaos, Oda do radości, Z odzysku). Zresztą ze świecą by szukać w całym najnowszym polskim kinie pozytywnego portretu zamożnego człowieka, któremu jednak się udało - bogactwo jest z gruntu podejrzane.
To co uderza w filmach młodych twórców, to obraz ich rodzinnych relacji, niebywała przepaść mentalna czy przepaść w sferze wartości, jaka dzieli ich od rodziców, wychowanych w PRL-u. Sceny rodzinnych kłótni czy dramat wzajemnego niezrozumienia to na swój sposób specjalność debiutantów, znajdziemy je choćby w Szczęśliwym człowieku, Portrecie podwójnym, Głośniej od bomb, Moim mieście, Chaosie, Z odzysku. W śląskiej etiudzie Anny Kazejak, będącej jedną z trzech części noweli Ody do radości, problem ten został wyrażony najpełniej: tu racje córki i ojca wzajemnie się wykluczają. Podobnie, jak jego przywiązanie do przeszłości (pod sztandarami "Solidarności" bierze udział w kopalnianym strajku) i jej parcie na przyszłość. Zwycięstwo (choć tylko pozorne) ojca oznacza przegraną jego córki (rozwścieczeni demonstranci niszczą zakład fryzjerski, w który włożyła wszystkie swoje pieniądze).
Zastanawiające, że poszukujący swojego bohatera i swoich tematów młodzi reżyserzy posługują się często językiem swoich nauczycieli i mistrzów. Mam tu na myśli choćby budowanie świata filmowego na jasnej opozycji "my - oni", "system" i "ofiary"; rodzaj klaustrofobii, czy innymi słowy poczucie "uwięzienia" w Polsce (choć nie jest już komunistyczną klatką, z której naprawdę nie można było się wyrwać), skupianie się na bohaterach "z nizin". Nie mówiąc o wizualnej stronie filmów, gdzie widać wpływ kina Agnieszki Holland czy Krzysztofa Kieślowskiego.
Inna przestrzeń
Oczywiście debiutanci nie poprzestają jedynie na opisywaniu smutnej polskiej rzeczywistości. Wielką niespodzianką okazał się Edi Piotra Trzaskalskiego, niemal buddyjska z ducha, przepięknie sfotografowana opowieść (przypowieść) o złomiarzach. Tytułowy Edi przyjmuje swój los z głębokim spokojem i nawet dramatyczne przeżycia go nie zmieniają, do końca pozostaje wewnętrznie czysty i jasny. Film, który pokazał, że o tym samym smutnym świecie można opowiadać zupełnie innym językiem, zrobił w polskich kinach ogromną furorę i obejrzało go około 400 tysięcy widzów. Tym większa szkoda, że kolejna produkcja Trzaskalskiego, Mistrz okazała się totalną artystyczną porażką.
Również Zmruż oczy Andrzeja Jakimowskiego jest filmem z pozytywnym przesłaniem. Historia rozgrywa się w wiejskich plenerach, a jej bohaterem jest były nauczyciel pilnujący resztek państwowego gospodarstwa. Zmruż oczy mówią o wyciszeniu, o spokoju i prostocie życia, którą zatraciliśmy.
Innym niż wszystkie debiutem były nostalgiczne Tulipany Jacka Borcucha. Opowieść o starzejących się kumplach, o ostatnich miłościach i pierwszych gestach śmierci była w gruncie rzeczy sentymentalnym powrotem reżysera do świata własnego dzieciństwa naznaczonego nazwiskami wspaniałych polskich aktorów (to właśnie ich obsadził w Tulipanach): Małgorzaty Braunek, Zygmunta Malanowicza, Jana Nowickiego, Tadeusza Plucińskiego.
Kadr z filmu "Pręgi" reż. Magdalena Piekorz. Na zdjęciu: Agnieszka Grochowska, fot. Agata Stoińska / Studio Filmowe TOR
Całkowicie pozbawione owego ciepła są Pręgi Magdaleny Piekorz, efekt współpracy z Wojciechem Kuczokiem, autorem głośnej książki Gnój (nagrodzonej "Nike" w 2004). Choć i tu mowa o powrocie do dzieciństwa, Pręgi są drapieżne, niemal agresywne, bo też opowiadają o polskim tabu: przemocy domowej. O biciu i poniżaniu, które ma miejsce nie w patologicznej rodzinie, ale w inteligenckim domu. Mówi wreszcie o dramatycznych skutkach dorastania w takiej atmosferze. Choć Pręgi okazały się filmem pękniętym, mającym słabości, jest to jeden z ważniejszych polskich filmów ostatnich lat, nie tylko ze względu na temat, ale choćby dlatego, że porusza się w obrębie kina psychologicznego, niezmiernie rzadko uprawianego przez polskich filmowców. Porusza się wreszcie, wciąż w niewielkim stopniu, w obecnej w polskim kinie - zdominowanym przez sferę publiczną - przestrzeni prywatnej.
Takim "prywatnym" kinem jest również Teraz ja Anny Jadowskiej. I ten film nie jest doskonały, za to rewelacyjnie rozgrywa scenki z codziennego życia, celnie podpatruje ludzi i ich zachowania. Bohaterka, znużona jałowością swojego związku, wyrusza na wycieczkę-ucieczkę, poznając po drodze rozmaitych ludzi, a przede wszystkim siebie. Prosty schemat, prosty pomysł i bardzo dobry efekt.
Najbardziej kontrowersyjnym debiutem ostatnich sześciu lat okazała się jednak Warszawa , nagrodzona Złotymi Lwami na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Przyznając tę nagrodę szef jury, Marek Koterski chciał poniekąd zadekretować czy wymusić pokoleniową zmianę. Werdykt ostro podzielił i publiczność i krytykę. Film o zwykłych ludziach, których losy splatają się w stolicy nie wszystkim bowiem przypadł do gustu.
To idzie młodość
Co ciekawe, w przeciwieństwie do ich filmowych bohaterów, wchodzące dziś do kina pokolenie młodych reżyserów jest wyjątkowo aktywne. Oddolną inicjatywą było powołanie niezależnego stowarzyszenia "Film 1,2", które wspiera debiutantów i osoby przygotowujące drugi film, i to nie tylko reżyserów, ale także producentów, operatorów, scenarzystów czy montażystów.
"Film 1,2" walczył o powołanie odrębnej komisji oceniającej projekty pierwszych i drugich filmów przy Polskim Instytucie Sztuki Filmowej, chce integrować środowisko, pozyskiwać fundusze na szkolenia i warsztaty. W zarządzie stowarzyszenia zasiadają między innymi Sławomir Fabicki, Marcin Wrona, Andrzej Jakimowski.
Z kolei czwórka studentów Szkoły Mistrzowskiej Andrzeja Wajdy: Thierry Paladino, Marcin Sauter, Piotr Stasik i Maciej Cuske założyła grupę filmową "Paladino". Jej członkowie są autorami świetnych, nagradzanych filmów dokumentalnych wyrastających z tradycji polskiej szkoły dokumentu. Inspiracją są dla nich mistrzowie tego gatunku: Kazimierz Karabasz, Krzysztof Kieślowski, Wojciech Wiszniewski, Tomasz Zygadło czy Marek Piwowski. Grupa "Paladino" jest programowo... antyprogramowa; filmowców łączą nie manifesty, lecz zmysł obserwacji i wrażliwość na niuanse codziennego życia, co Cuske pokazał w Antykwariacie, Kuracji, Elektriczce; Stasik w 7 x Moskwa, a Sauter w Kinie objazdowym.
Kolejnym nieformalnym filmowym stowarzyszeniem jest "Centrala", skupiająca innych młodych twórców, między innymi Jacka Nagłowskiego, Ewę Stankiewicz, Tomasza Wolskiego, Patryka Jordanowicza.
Najmłodsze pokolenie filmowców na swój sposób wraca więc do niezwykle ważnej dla polskiego kina tradycji Zespołów Filmowych, twórczych stowarzyszeń, w których doświadczeni filmowcy roztaczali opiekę nad debiutantami, a ci ostatni wzajemnie się wspierali, recenzowali pomysły i scenariusze.
Do idei dawnych Zespołów (a konkretnie do TOR-u i X) oficjalnie odwołują się założyciele otwartej w 2001 roku Mistrzowskiej Szkoły Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy. Jak piszą na swojej stronie internetowej, chcą młodym twórcom "pomóc i podzielić się z nimi swoim doświadczeniem zawodowym". Chcą "wyszukiwać młodych utalentowanych ludzi, kształcić ich, otaczać opieką, udzielać pomocy przy pierwszych profesjonalnych filmach oraz konfrontować ich z europejskimi kolegami".
Zajęcia w szkole prowadzą między innymi Wojciech Marczewski (współzałożyciel), Andrzej Wajda, Edward Żebrowski, Marcel Łoziński, Jacek Bławut, Jacek Petrycki, Agnieszka Holland. Studenci tej szkoły stworzyli intrygującą Ciszę, składającą się z wielu etiud, brali też udział w projekcie "Polska - Rosja. Nowe spojrzenie", realizując świetne dokumenty o Rosji właśnie. Wśród uczniów, na których już dziś warto zwrócić uwagę, są na przykład Bartek Konopka, Dorota Lamparska, Marcin Pieczonka, Wojciech Kasperski, Marcin Wrona, Dariusz Glazer.
To Wojciech Marczewski, współzałożyciel szkoły, jest pomysłodawcą programu "30 minut", który ma umożliwić młodym reżyserom debiut telewizyjny (znów na wzór rozwiązań sprzed lat, gdy w TVP funkcjonowało Filmowe Studio Młodych. Pierwsze kroki stawiali w nim m.in. Holland czy Feliks Falk). W ramach programu (wspieranego przez Polski Instytut Sztuki Filmowej, Stowarzyszenie Filmowców Polskich i kanał TVP Kultura) każdego roku powstanie dziesięć trzydziestominutowych filmów fabularnych - pierwsza dziesiątka jest już gotowa, jej emisja w TVP Kultura zaplanowana jest na koniec grudnia [2006 - przyp. red.].
Wystarczy obejrzeć zrealizowane etiudy, by się przekonać, że w obszarze zainteresowań twórców wchodzących do zawodu wciąż pozostają ludzie "skrzywdzeni" (przez los, system itp.) czy przeciętniacy snujący marzenia o lepszym życiu. Wciąż autorom bliższe są tematy obyczajowe czy społeczne ujęte w ramy dramatu, niż choćby komedie, lub kino gatunków.
Skrzywdzeni i poniżeni
Takie ofiary przemian, współcześni "ludzie z pustego obszaru", by użyć tytułu dokumentu Kazimierza Karabasza są bohaterami nie tylko debiutantów. Można zresztą zaryzykować tezę, że to bohaterowie polskiego kina ostatnich lat. W wielu filmach odnajdziemy ten ponury portret dwuznacznej moralnie rzeczywistości, która stawia ludzi przed gwałtownymi wyborami dobro-zło. Piszę, że rzeczywistość "stawia", bo większość ekranowych bohaterów pozostaje pasywna, daje się nieść okolicznościom. I płyną tak aż do chwili, gdy na odwrót jest już za późno.
Takim najgłośniejszym filmem o etycznej i społecznej erozji był obraz Cześć, Tereska Roberta Glińskiego, czarno-biały film o dziewczynce, która nieuchronnie zsuwa się w życiową przepaść, nie będąc w stanie chwycić się czegoś, co utrzyma ją na powierzchni. Tłem dla opowieści był pejzaż wielkiego blokowiska. Główne role zagrały w Cześć, Tereska dziewczyny "po przejściach", mające za sobą poprawczaki. Po premierze cała polska śledziła dalsze ich losy. Dziś już wiadomo, że film nie zmienił ich życia, nie okazał się szansą, której się uchwyciły. Rzeczywistość przerosła pomysł reżysera, okazała się i bardziej skomplikowana i bardziej przygnębiająca.
Filmami, które opowiadają o Polsce drapieżnego kapitalizmu, jego ofiarach i niełatwych etycznych wyborach są również: Komornik, Rozdroże Cafe czy rozgrywające się na Śląsku Co słonko widziało.
Zresztą ostatni Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni był swego rodzaju festiwalem Śląska. Właśnie ten region Polski stał się dziś najbardziej czytelnym symbolem porażki polskich przemian. Upiorna, postindustrialna architektura czy niszczejące familioki to gotowa scenografia dla filmów o rozpadzie społecznych więzi, biedzie, bezrobociu, braku perspektyw i szans na lepsze życie. Ale właściwie tylko jeden reżyser, debiutant Grzegorz Lewandowski pokusił się o to, by ów pejzaż przetworzyć. Jego - szkoda, że nie do końca udana - Hiena jest horrorem, w której Śląsk to wampir wysysający z ludzi życie.
Nie tylko ten film pokazuje, że bieda nie zawsze musi mieć oprawę bliską publicystyce. Filmem o "skrzywdzonych i poniżonych" jest również Żurek Ryszarda Brylskiego, kameralna, niemal intymna opowieść o wdowie i jej ciężarnej nieletniej córce, rozgrywająca się w przededniu Świąt Bożego Narodzenia. Nasycona współczuciem i sympatią.
Paradoksalnie, choć filmowcy często czynią bohaterami ludzi z nizin, taka sympatia jest rzadkością. Reżyserzy demonstrują protekcjonalny stosunek do bohaterów, w ich opowieściach pobrzmiewa ton wyższości. Nie tyle solidaryzują się z bohaterami, co się nad nimi "pochylają". Ciekawe, że wciąż niewielu z nich chce zająć się własnym podwórkiem.
Autor! Autor!
Absolutnie konsekwentny w opowiadaniu o inteligencie jest Marek Koterski, który w tym roku filmem Wszyscy jesteśmy Chrystusami zamknął swój cykl o inteligencie właśnie, Adasiu Miauczyńskim. Przedostatni film tego autorskiego cyklu, Dzień świra zrobił prawdziwą furorę i stał się źródłem cytatów, które przeniknęły do potocznego języka.

Kadr z filmu "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" w reżyserii Marka Koterskiego, 2006. Na zdjęciu: Marek Kondrat i Michał Koterski., fot. dzięki uprzejmości Vision Film
Miauczyński to neurotyk i frustrat. Chory na wieczną niedojrzałość mężczyzna, połączony toksyczną więzią z matką (i z Polską!) i niebędący w stanie scalić własnej rodziny. Tylko tysiące rytuałów pozwalają mu w miarę normalnie funkcjonować w chaosie rzeczywistości. Jako inteligent czuje się gatunkiem zbędnym i śmiesznym w świecie, który doszczętnie schamiał. Przepełnia go jad, nienawiść i pogarda. We Wszyscy jesteśmy Chrystusami ujawniając kolejną przypadłość Adasia, alkoholizm, Koterski zajrzał naprawdę głęboko, tam, gdzie znajduje się źródło jego życiowej porażki i niemocy: w relacjach rodzinnych, braku miłości i najprostszej komunikacji z bliskimi. Pokazał związki picia z Polską i otoczył bohatera symboliką religijną.
Zupełnie inaczej sportretował inteligentów Andrzej Barański w skromnym, ale świetnym filmie Parę osób, mały czas, który, co znamienne, nigdy nie wszedł na ekrany [wszedł na ekrany w maju 2007, rok prod. 2005 - przyp. red.]. Reżyser pokazał szczególną więź jaka zrodziła się między poetami, Mironem Białoszewskim i niewidomą Jadwigą Stańczakową. Tłem dla ich niejednoznacznej, subtelnie sportretowanej relacji, jest Polska epoki komunizmu. Szara i dławiąca, w której ludzie szukali dla siebie rozmaitych szczelin. Taką szczeliną był niewątpliwie świat, który stworzyli Białoszewski i Stańczakowa, a w którym uczestniczyli profesorowie, literaci, artyści, studenci.
Barański jest jedną z niewielu już wyrazistych osobowości polskiego kina, twórcą, który idzie pod prąd trendom i komercyjnym oczekiwaniom. Poza nim pozycji w autorskiej niszy próbują bronić - z lepszym lub gorszym skutkiem - Jerzy Stuhr, wciąż krążąca wokół tematów dziecięcych Dorota Kędzierzawska, autor nieudanej adaptacji powieści Pawła Huelle Weiser Dawidek - Wojciech Marczewski, twórca niezwykłego, baśniowego Angelusa, Lech Majewski, czy Krzysztof Zanussi, którego Persona non grata jest jednym z lepszych polskich filmów ostatnich lat. Po wątpliwej jakości próbach robienia kina dla młodych i o młodych, Zanussi zrealizował opowieść, którą można potraktować, jako domknięcie biografii bohatera kina "moralnego niepokoju". Jej bohaterem jest starzejący się dyplomata, który uświadamia sobie klęską osobistą i klęskę "solidarnościowych" ideałów, o jakie walczył. Wartości, które wyznaje, nie przystają do otaczającego go świata.
Ramy swojego autorskiego "magicznego" kina opuszcza Jan Jakub Kolski, by mierzyć się z literaturą. W ostatnim czasie sięgnął po opowiadającą o żydowskich wojennych losach prozę Hanny Krall (Daleko od okna), ze średnim skutkiem próbował przełożyć na swój język Pornografię Gombrowicza, a teraz przymierza się do ekranizacji Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało czerwoną Doroty Masłowskiej [film wyreżyserował Xawery Żuławski - przyp. red.]. Dodajmy, że to książka uznawana, za... całkowicie niefilmową. Ostatnim sukcesem Kolskiego było inspirowane słynnym Pachnidłem Jasminum, zanurzone w prościutkim, magicznym świecie, typowym dla jego kina.
Po latach milczenia Ubu króla, o którego zabiegał bardzo długo, zrealizował inny wyjątkowy artysta, Piotr Szulkin. Intrygujący, mocny film o obłędzie władzy przemknął przez kina niemal niezauważony.
Na osobowość rodzimej kinematografii wyrasta dziś Krzysztof Krauze, twórca głośnego Długu, który w ostatnich sześciu latach, we współpracy z żoną, Joanną Kos-Krauze, zrealizował dwa znakomite filmy: Mojego Nikifora (zdobywca nagród w Karlowych Warach) i Plac Zbawiciela (zwycięzca ostatniego festiwalu w Gdyni). Ten pierwszy film, bazujący na biografii malarza "prymitywnego", Nikifora Krynickiego opowiadał o niezwykłej przyjaźni i najgłębszym poświęceniu. Mowa tu o Nikiforze i jego opiekunie, który dla samotnego, schorowanego artysty zrezygnował z własnego życia.
Plac Zbawiciela to z kolei bardzo mocna opowieść o toksycznej relacji rodzinnej, o narastaniu spirali wzajemnych pretensji i nienawiści - aż do tragedii. Bez epatowania obrazami biedy film pokazuje skomplikowaną sytuację ekonomiczną, która uniemożliwia wielu młodym ludziom stanięcie na własnych nogach i "odcięcie pępowiny". Co ważne, film nie formułuje żadnych oskarżeń, portretuje za to relację rodzinną w pełnym jej skomplikowaniu.
Królowie masowego kina
Na przestrzeni ostatnich lat zmienił się pejzaż polskiego kina komercyjnego. Królowie masowego kina z lat 90., Władysław Pasikowski (Psy), Jarosław Żamojda (Młode wilki) czy Maciej Ślesicki (Tato), nowymi filmami ponieśli klęskę, z ekranów zniknęły ich aktorskie gwiazdy: Cezary Pazura, Bogusław Linda, Marek Kondrat. Ten ostatni założył sklep z winem i właściwie wycofał się z branży, aktorstwo traktując jako hobby i wybierając tylko wybitnie interesujące propozycje (np. u Koterskiego). Pazura zajął się produkowaniem (m.in. Nienasycenia Wiktora Grodeckiego), gra w telewizyjnych serialach. Linda i Ślesicki założyli szkołę filmową, ten pierwszy zajął się też reżyserowaniem, wkrótce w kinach pojawi się jego Jasne błękitne okna [styczeń 2007 - przyp. red.]. Żamojda zrobił dwa odrzucone przez widownię filmy, Pasikowski nakręcił niezły serial o policji.
Ich miejsce na jakiś czas zajął Olaf Lubaszenko, reżyser niewybrednych komedii Chłopaki nie płaczą, Poranek kojota i E=mc2. Wulgarny humor, pełen seksualnych aluzji i sympatyczny obraz "chłopaka z miasta", pół dresiarza, pół gangstera, sprawiły, że filmy cieszyły się dużym powodzeniem wśród masowej widowni, a ludzie długo przerzucali się cytatami z filmów.
O tym, że chętnie oglądane komedie nie muszą być prymitywne i bezdennie głupie, przekonali nas duet Andrzej Saramonowicz i Tomasz Konecki oraz Juliusz Machulski. Dwaj pierwsi amatorskimi niemal środkami zrealizowali Pół serio, film o... robieniu filmu. Później nakręcili komedię pomyłek, Ciało. Sprawnie grają cytatami z kina, posługują się pastiszem, umiejętnie lawirują między gatunkami. Z kolei Juliusz Machulski po serii mniej udanych i mało zabawnych filmów, zrealizował sympatyczną, bezpretensjonalną komedyjkę kryminalną Vinci o kradzieży obrazu Leonarda da Vinci z krakowskiego muzeum.
Wśród udanych komercyjnych przedsięwzięć należy odnotować debiutanckiego Pitbulla Patryka Vegi. Świetnie zagrany (w obsadzie znaleźli się między innymi Janusz Gajos, Andrzej Grabowski, Marcin Dorociński, Krzysztof Stroiński) film pokazuje niesztampowy obraz pracy polskich policjantów. Vega przesunął akcenty: zamiast koncentrować się na sprawach, pokazał prozę życia, nędzę finansową policji i heroizm jej funkcjonariuszy, polegający na trwaniu przy mozolnej, nieefektownej, źle opłacanej robocie, mimo, że są kuszeni przez tych, z drugiej strony. Film doczekał się jeszcze lepszej wersji serialowej. Świetnym tytułem z pogranicza komercji i sztuki był niedoceniony Tam i z powrotem Wojciecha Wójcika, kryminał z polityką w tle.

W ostatnich latach filmowcy rozstali się z marzeniami o superprodukcjach, popularnych pod koniec lat 90. (jak Ogniem i mieczem Jerzego Hoffmana). Po klęsce finansowej i artystycznej Quo vadis Jerzego Kawalerowicza (film miał największy jak dotąd w naszej kinematografii budżet, ok. 70 mln złotych), Przedwiośnia Filipa Bajona oraz Chopin. Pragnienie miłości Jerzego Antczaka, banki, dotąd chętnie współfinansujące podobne przedsięwzięcia, widząc brak zysków, błyskawicznie wycofały się z branży filmowej. W lukę, która powstała po masowym kinie realizowanym na bazie szkolnych lektur, słusznych tematów i poczytnych sag (nieudany Wiedźmin Marka Brodzkiego na podstawie książek fantasy Andrzeja Sapkowskiego), wskoczyli inni: gigantycznym powodzeniem (mówimy o przeszło milionowej widowni) cieszyły się w Polsce wszystkie cztery pokazywane tu filmy o Janie Pawle II. Nikomu nie przeszkadza, że to słabej jakości produkcje telewizyjne, pełne uproszczeń, a nawet przeinaczeń. Po raz kolejny okazało się, że rodacy wolą Papieża od kremówek (tych, którymi zajadał się w Wadowickiej cukierni po maturze), a nie od encyklik.
Ale masowa widownia ma jeszcze jeden nowy fetysz - komedie romantyczne. I to właśnie one są najważniejszym zjawiskiem w polskim kinie komercyjnym. Warto poświęcić im uwagę, ponieważ sukcesy owych filmów wiele mówią o polskiej widowni.
Tylko mnie kochaj!
Komedie romantyczne to gatunek dotąd nad Wisłą właściwie nieobecny. W 2004 roku powstała pierwsza z nich, Nigdy w życiu, ekranizacja bestsellerowej powieści Katarzyny Grocholi pod tym samym tytułem. Film opowiadający o perypetiach porzuconej przez męża dojrzałej kobiety, Judyty, okazał się kasowym hitem. Obejrzało go 1,6 miliona widzów. W 2006 roku powstała adaptacja kolejnej książki Grocholi, Ja wam pokażę!, i ona również zebrała ogromną, jak na polskie warunki widownię (1,1 miliona), mimo, że w głównych rolach widzowie zobaczyli zupełnie inny aktorski duet (Grażyna Wolszczak, Paweł Deląg). Ten, który współtworzył sukces Nigdy w życiu (Danuta Stenka, Artur Żmijewski) był związany umowami z producentami tegoż. Producenci zaś i autorka książek, Katarzyna Grochola zakończyli współpracę w aurze finansowego sporu. Pisarka realizację kolejnej części przygód Judyty postanowiła więc wziąć we własne ręce.
Z kolei ekipa Nigdy w życiu również w 2006 roku nakręciła inną romantyczną komedię, Tylko mnie kochaj, skierowaną do nieco młodszej widowni. Nie trzeba chyba dodawać, że i to był wielki kinowy przebój (1,6 miliona widzów). Za ciosem poszli inni: jesienią 2006 roku powstała ekranizacja innej książkowej love story, S@motności w sieci Janusza L. Wiśniewskiego (ponad 400 tysięcy widzów).
O tych produkcjach należałoby w zasadzie mówić wyłącznie w kategoriach towaru, bo też powstają w wyniku finansowych kalkulacji. Ich celem jest dotarcie do najszerszej widowni i zmaksymalizowanie zysków. Nie ma tu mowy o żadnych artystycznych ambicjach, wszystkie wspomniane komedie romantyczne mają bardzo słabe scenariusze i papierowych bohaterów - również realizacyjnie pozostawiają wiele do życzenia, nie odbiegając od poziomu telewizyjnych seriali. I być może właśnie ich "serialowość" jest źródłem sukcesu, w końcu polskie telewizyjne tasiemce stały się w ostatnich latach szalenie popularne, można wręcz mówić o prawdziwym wysypie. Najsłynniejszy z nich, emitowany w TVP M jak miłość potrafił zebrać przed małym ekranem nawet 12 milionową widownię! Warto dodać, że autorką scenariusza Nigdy w życiu i zarazem jego współproducentką była Ilona Łepkowska, pomysłodawczyni M jak miłość i kilku innych popularnych seriali.
O powodzeniu nowych polskich love stories na pewno nie decyduje wyjątkowość opowiadanych tu historii - są one do bólu schematyczne i stereotypowe - ale raczej ich "aspiracyjny", jak go nazywam charakter. Najważniejsza jest bowiem otoczka: filmy te w mniejszym stopniu opowiadają o miłości, a w większym o stylu życia, do jakiego aspirują miliony naszych rodaków. Romantyczne komedie (i melodramaty, jak S@motność w sieci) działają na podobnej zasadzie, jak przeglądanie luksusowych magazynów czy zakupy markowych produktów - oferują namiastkę uczestnictwa w wyimaginowanym świecie dobrobytu. "Podaruj sobie odrobinę luksusu" głosi slogan reklamowy jednego z kosmetyków, który z powodzeniem mógłby zaistnieć na plakatach promujących te produkcje.
Wszystkie te filmy przetwarzają rzeczywistość w szczególny sposób i rozgrywają się w szczególnym świecie sielankowych podmiejskich osiedli (Nigdy w życiu, Ja wam pokażę) lub nowiutkich apartamentowców (Tylko mnie kochaj, S@motność w sieci). Niemal we wszystkich pojawia się zbudowany przed kilku laty stołeczny most Świętokrzyski, warszawski fetysz nowoczesności. Zresztą sama stolica w romantycznych filmach przemienia się w jedno wielkie "city", krainę wieżowców ze szkła i metalu, poprzetykaną gdzieniegdzie starą architekturą (w Nigdy w życiu będzie to kamienica na Powiślu, bohaterka S@motności w sieci ma ze swojego apartamentu widok na Plac Zbawiciela).
Są to bez wątpienia filmy ery konsumpcyjnej, w których nawet miłość zamienia się w towar, i to ten z gatunku luksusowych, bo wymagający luksusowej otoczki: domku ukrytego w ogrodzie, apartamentu z tarasem i pięknym widokiem, butelki najlepszego wina, kolacji z owocami morza w drogim lokalu, dobrego samochodu, markowych ubrań, podróży do Paryża. Oczywiście nawet przez sekundę nie widzimy, by bohaterów absorbowało zarabianie na te wszystkie cudeńka, ich czas wypełniają pościgi za ukochaną/ukochanym, zakupy, spacery i randki.
O ile jednak twórcy Nigdy w życiu czy Tylko mnie kochaj nie dbali specjalnie o pozory artystycznych ambicji, o tyle autorzy S@motności w sieci próbują przekonać widzów, że chodzi w niej o coś więcej: rozpaczliwą samotność człowieka w świecie drapieżnej, ekspansywnej technologii. Bohaterowie wygłaszają więc pseudofilozoficzne monologi (a raczej wypisują je na monitorze komputera), a realizatorzy serwują nam scenę dyskusji między sercem i rozumem i opowieść o mózgu Einsteina... Bohater podróżuje do Nowego Orleanu na naukową konferencję i wędruje po ruinach miasta zmiecionego z powierzchni ziemi przez huragan Katrina. Ten pomysł recenzenci uznali zresztą za wyjątkowo cyniczny.
Moda na romantyczne kino trwa, już najbliższej zimy na ekrany wejdzie kolejna produkcja, Dlaczego nie!
Na offie
Choć to temat na osobny tekst, trzeba choćby wspomnieć, że bardzo prężnie funkcjonuje w Polsce kino niezależne, niektórzy niezależni reżyserzy przenikają zresztą do mainstreamu, do "głównego nurtu" kina - jak choćby wspominany tu Przemysław Wojcieszek. Ciekawym zjawiskiem jest twórczość Dominika i Piotra Matwiejczyków, autorów głośnej Krwi z nosa, Ugoru czy Homo Fathera. Matwiejczykowie weszli tam, gdzie nie dotarły jeszcze kamery profesjonalnych filmowców, pokazali beznadzieję egzystencji młodych ludzi na wsi czy opowiedzieli historyjkę o parze gejowskiej żyjącej w blokowisku. Ich filmy tchnęły autentyzmem, niestety stracili go przekraczając bramy "profesjonalnego" kina, obaj zrobili bardzo słabe filmy. Takie transfery zresztą często się nie udają, co potwierdza przypadek samouka Konrada Niewolskiego, który po niepokojących offowych D.I.L. i Symetrii, zrobił w mainstream dwa filmy pozbawione już tego impetu i świeżości.
Ciekawym autorem niezależnym jest Jacek Nagłowski, twórca głośnej Katatonii, pełnego ironii obrazka z życia młodej polskiej inteligencji, inspirowanego malarstwem Wilhelma Sasnala. Nagłowski pokazuje, że niemoc, bierność i ciągłe niespełnienie nie są wypadkową okoliczności zewnętrznych, tylko problemem czysto wewnętrznym.
Lista interesujących twórców offu mogłaby być zresztą dużo dłuższa. Warto przy tym pamiętać, że granice między offem, kinem niezależnym a tym "oficjalnym" są w Polsce bardzo płynne.
Czego brak
Skoro wiemy już, co w kinie polskim jest, można by stworzyć długą listę tego, czego nie ma. Wciąż nie widać wielkiego zainteresowania najnowszą historią. Dlatego w mojej opinii dwa najlepsze filmy o polskiej polityce po '89 roku to nowy dokument mistrza, Marcela Łozińskiego, Jak to się robi i... Psy (1992) Władysława Pasikowskiego. Ten przebrany w kostium amerykańskiego B-klasowego kina akcji, okazał się proroczy. Pasikowski doskonale uchwycił moment chaosu między rozpadem jednego politycznego systemu, a tworzeniem się innego, moment nieuwagi, podczas którego powstały mafijno-polityczno-biznesowe układy, a gracze z poprzedniej epoki zdążyli szybko zmienić kostiumy. Był to też moment gwałtownej brutalizacji naszej rzeczywistości. Konsekwencje tego, co się wówczas stało ponosimy do dziś (problem lustracji, "układów", teczek itp.).
Bardzo wyraźnie jednak widać, że polskich filmowców zaczyna interesować historia, tyle że odległa, jak Powstanie Warszawskie. Polski Instytut Sztuki Filmowej rozpisał nawet konkurs na scenariusz filmu o Powstaniu, na który napłynęło ponad 60 propozycji. Niezależnie od niego, powstańcze filmy planują Sławomir Fabicki czy Leszek Wosiewicz. Pasikowski od kilku lat zabiega o pieniądze na Stankiewicza, opowieść o carskim oficerze, synu powstańca styczniowego, a Juliusz Machulski marzy o filmie o Janie Nowaku-Jeziorańskim. Andrzej Trzos-Rastawiecki na bohatera wybrał sobie pułkownika Kuklińskiego, Rafał Wieczyński - księdza Popiełuszkę.
Andrzej Saramonowicz ma gotowy scenariusz filmu o Monte Cassino, a Cezary Harasimowicz o Katyniu (miał go realizować Robert Gliński).
Poza współczesną historią brak na pewno filmów o zwykłych ludziach, którzy nie pochodzą z patologicznych środowisk i nie walczą zaciekle o byt. Nikt nie poważył się na film o seksualnych mniejszościach, które w ostatnich latach doszły w Polsce do głosu.
O tym wszystkim czego jeszcze polskiemu kinu brak możemy dowiedzieć się z dyskusji, których przez łamy gazet w ostatnich sześciu latach przetoczyło się kilka. W 2003 roku dyskutowano o przyczynach finansowej i jakościowej zapaści (finanse kinematografii były w totalnym kryzysie). Ówczesny minister kultury, Waldemar Dąbrowski obwiniał twórców, że robią filmy "dla nikogo", twórcy skarżyli się na niemoc producentów, producenci na słabość całego systemu finansowania kina. Pisano o braku funduszy i o braku dobrych pomysłów na filmy.
W latach kolejnych kłócono się o nową ustawę o kinematografii, prasa była sceną zaciekłego sporu między filmowcami popierającymi ustawę, a prywatnymi nadawcami czy kablarzami, których obciążała ona podatkiem na rzecz polskiego kina. Ci pierwsi mówili o obowiązkach wobec kultury narodowej, ci drudzy, o "haraczu", który próbuje się na nich nałożyć, by uprzywilejować jedną grupę zawodową: filmowców. Ostatecznie ustawa weszła w życie w 2005 roku, a na jej mocy w styczniu 2006 roku powołano Polski Instytut Sztuki Filmowej, instytucję z ogromnym, bo wynoszącym grubo ponad 100 milionów złotych, budżetem. Za wcześnie jeszcze jednak, by oceniać skuteczność i sprawność jej działania.
Ostatnia ważna dyskusja przetoczyła się przez łamy "Tygodnika Powszechnego", a rozpoczął ją tekst krytyka Łukasza Maciejewskiego, w którym autor konstatował, że " polskie kino jest en bloc cherlawe i smętne i takiego też promuje bohatera". "To nie są moi bohaterowie i nie mój świat" kontynuował, domagając się od reżyserów lekkości, wyrafinowania, estetyki campu. Krytycy Tadeusz Sobolewski i Mateusz Werner przyczyn słabości polskiego kina upatrywali w braku wolności, "Jakby nie wierzono, że poprzez film można powiedzieć coś serio od siebie, że kogoś to zainteresuje. Jakby przestano wierzyć, że robienie filmów to także spełnianie własnych marzeń", pisał Werner. Ten ostatni zwrócił również uwagę na problemy systemowe, które nie sprzyjają produkcji dobrego kina. O nich wspominał też Roman Gutek, szef festiwalu Era Nowe Horyzonty. Z kolei inny krytyk, Bartosz Żurawiecki podkreślał, że przede wszystkim "kino polskie jest kinem zerowego ryzyka. Artystycznego i myślowego".
Wprawdzie rozmawiano pod hasłem , "dlaczego jest tak źle", jednak ważne jest, że w ogóle poważnie o filmach rozmawiano. Polskie kino, nawet jeśli wciąż pozostawia wiele do życzenia i nie spełnia do końca marzeń ani twórców, ani widzów, zaczyna nas coraz bardziej obchodzić.
Oby powodów do dyskusji było coraz więcej.
Autor: Małgorzata Sadowska, grudzień 2006.
Autorka jest dziennikarką tygodnika "Przekrój".